Google Website Translator Gadget

sobota, 21 stycznia 2012

Co ja właściwie kupiłem?

Zwykle wiem, co licytuję. To przecież ważne, bo kiedy się nie wie, co jest przedmiotem aukcji, nie wiadomo jaki limit ustawić.
Rzadko, bo rzadko, ale zdarza mi się zalicytować w aukcji, na której sprzedawane jest COŚ. Coś, czego nie znam, czego nie zna sprzedający (choćby mu się nawet wydawało, że wie co ma), a co mi się z jakichś względów podoba. Tak było w przypadku tej aukcji.
Pewien byłem dwóch rzeczy:

  • oferowana moneta to ternar (trzeciak) Zygmunta III Wazy,
  • to nie jest moneta wybita w mennicy poznańskiej.

Prawie pewien byłem, że to moneta łobżenicka.
Wygrałem, zapłaciłem, odebrałem przesyłkę i oto jest:
Z pewnością Łobżenica. Tu widać Bróg (Leszczyc), herb rodziny Krotoskich i charakterystyczną zawartość dwóch dolnych pól tarczy herbowej.

W czym więc problem? Ano w tym, że ternary zaczęto bić w Łobżenicy w roku 1623, a na awersie mojego nowego nabytku jest data w postaci Z - 0, czyli teoretycznie rocznik 1620.
Ten fragment rewersu pasuje z kolei do późnych emisji - z lat po roku 1625. Mógł by to być rok 1626 albo 1628, gdyby przyjąć, że z ostatniej cyfry rocznika została tylko dolna połowa, a reszta zniknęła albo przez uszkodzenie puncy lub stempla, albo na skutek nieszczęść, które dotknęły gotową już monetę.
Umieściłem tu kiedyś wpis pod zapożyczonym tytułem "Jado, nie patrzo" i jak się okazuje, opisywany w nim syndrom ("patrzo, nie widzo") i mnie nie ominął. Tak przejąłem się tą dwójką w dacie (a właściwie literą Z pełniącą rolę cyfry 2), że zacząłem podejrzewać, że trafił mi się rocznik 1628 nie dość, że oceniony na R8, to jeszcze w nienotowanym wariancie z Z zamiast 2 (u Czapskiego - nr 7541 - wyraźnie podano, że w dacie jest 2 - 0).
Poprosiłem o radę na cafe Allegro i prawie natychmiast pojawiła się odpowiedź sugerująca, że to rzeczywiście wariant nienotowany, ale nie wariant rocznika 1628, tylko 1630 (podziękowania dla Gradiva!). Mincerz - prawdopodobnie na początku roku 1630 - zamiast puncy z trójką, złapał puncę z używaną od ośmiu lat dwójką (Z) i ani mu przez myśl nie przeszło, że za czterysta prawie lat ktoś będzie sobie łamał głowę nad jego dziełem. Pewnie się tylko zmartwił, gdy zorientował się, że błąd popełnił.
A ja się wcale nie zmartwiłem, że nie dostałem ternara z Poznania.

A żeby pozostać w klimacie opowieści o tych, co to "nie widzo" proponuję jeszcze rzut oka na inny z niedawnych nabytków
Awers półgrosza koronnego Zygmunta Starego z 1507 r.

Co ten orzeł trzyma w dziobie? Jak myślicie?
Kiedy licytowałem tę blaszkę, pomyślałem sobie, że to pewnie jakieś uszkodzenie stempla, a że bardzo wyraźne, to uznałem, że warto by to mieć w kolekcji. Dopiero kilka dni później, w wolnej chwili, pooglądałem sobie inne półgrosze króla Zygmunta I i ze zdumieniem stwierdziłem, że na wszystkich coś dziwnego z tego dzioba wystaje. Jeśli nadal nie wiecie co to takiego, popatrzcie na rewers ciut późniejszego  półgrosza litewskiego

Tak, to język! Krakowski rytownik stempla nie popisał się, i zamiast finezyjnie powyginanego jęzora walnął prostą kreskę, na dodatek w miejscu anatomicznie całkiem niewłaściwym.

Warto czasem dokładnie obejrzeć swoje monety. Nawet, jeśli wydaje się Wam, że znacie je na pamięć.

Warto też popatrzeć na monety, o których przeciętny kolekcjoner nawet marzyć nie śmie. Materiał przygotowany przez Warszawskie Centrum Numizmatyczne na  swoją jubileuszową, 50 aukcję to oferta niezwykła. Pod hasłem  SPECJALNA KOLEKCJA PIENIĘDZY POLSKICH wystawiono 87 obiektów, z których doprawdy nieliczne są w zasięgu "normalnego" zbieracza. To trzeba obejrzeć dokładnie, moneta, po monecie, zdjęcie po zdjęciu. Kolejna okazja prędko się nie trafi.


wtorek, 17 stycznia 2012

Nakłady monet obiegowych 2011

Tydzień temu wyraziłem nadzieję, że Narodowy Bank Polski, podobnie jak w roku ubiegłym, opublikuje wkrótce wysokość nakładów obiegowych monet z rocznikiem 2011.

Dziś na stronie NBP pojawiły się takie dane
Najrzadsza jest pięćdziesięciogroszówka, co jednak nie oznacza, że to moneta rzadka.
Brak nominałów 1, 2 i 5 złotych.

Pora teraz na wypatrywanie rocznika 2012 i dokładne oglądanie wszystkich obiegówek z rocznikami 2010 i 2011 - nadal nie wiemy, które nominały występują w dwóch wariantach rewersu.



piątek, 13 stycznia 2012

5 groszy 2011

Czy widzicie jakieś różnice?
A teraz?

Obie monety mają na awersie rocznik 2011, a ich rewersy różnią się. Oznacza to, że akcja odświeżania rewersów naszych obiegówek trwa.

Prawdopodobne jest, że już w 2010 r. pojawiły się pięciogroszówki z nowym rewersem, ale jeszcze takiej nie widziałem.

Odświeżanie rewersów zaczęło się w roku 2010. Mogę potwierdzić istnienie następujących monet:

2010 - stary rewers - 1, 2, 5, 10, 20, 50 groszy, 1, 2, 5 złotych
2010 - nowy rewers - 20 groszy
2011 - stary rewers - 1, 2, 5, 20, 50 groszy
2011 - nowy rewers - 5, 10, 20 groszy

Ciekawe, co jeszcze wypłynie!


poniedziałek, 9 stycznia 2012

Czy to już ostatni nominał?

Jak wieść gminna niesie, warszawska mennica wybiła w roku 2011 wyłącznie monety o nominałach groszowych.

Wczoraj dopadłem pięćdziesięciogroszówkę 2011 - ostatni (?) nominał, którego mi jeszcze brakowało.
Jak widać, jest to moneta z "nowym" rewersem, który pojawił się między innymi i na tym nominale już w roku 2010. Pisałem już o dwudziestogroszówkach i dziesięciogroszówkach. Czy to już wszystko? Czy w ubiegłym roku wybito tylko grosze? Ile wybito obiegówek z rocznikiem 2011? Czy są 50-groszówki 2011 ze "starym" rewersem?

Zajrzałem na wszelki wypadek do oficjalnego źródła. Jak na razie, źródło milczy. Podsumowanie roku 2010 NBP datował na 18 stycznia 2011. Na 10 dni cierpliwości powinno mi wystarczyć.

Swoją drogą, to też signum temporis - pamiętam pierwsze lata po denominacji - NBP uważał wysokość nakładów monet obiegowych za wielką tajemnicę. Może miało to sens w pierwszym roku nowego pieniądza, ale później?...
Pierwszy raz opublikowano nakłady obiegówek w Periodyku "Bank i Kredyt" 1/2002. Informację tę powtórzono w Przeglądzie Numizmatycznym 2/2002 ale w części katalogowej tego kwartalnika zaczęto je podawać dopiero od numeru 3/2004. Skromną analizę danych udostępnionych przez NBP opublikowałem w formie artykułu dla portalu e-numizmatyka.pl.
Plik na stronie NBP zawierający zbiorczą tabelę nakładów monet obiegowych dla roczników 1990-2008 ma datę utworzenia 2 czerwca 2009. Pamiętam, że w latach 2004-2008, kiedy zdobywałem informacje o nakładach monet na potrzeby pierwszej wersji mojego internetowego katalogu obiegówek III RP, musiałem niekiedy kilkakrotnie ponawiać prośby do NBP i tłumaczyć: kto prosi, dlaczego prosi, jak te informacje zostaną wykorzystane itp.
A dziś? Proszę bardzo - w połowie stycznia emitent sam chwali się nakładami monet.
Żebym tylko nie zapeszył.

czwartek, 5 stycznia 2012

Początek roku.

Dziwny ten początek roku. Zima to, czy nie zima? Co by to nie było, do spacerów nie zachęca, siedzę więc w domu i czytam, czytam, czytam...

Historia pieniądza – działa, jak szklaneczka whisky – najpierw zachwyca i troszkę oszałamia, później podnosi ciśnienie. Mnie na przykład iskry spod plomb poszły gdy dotarłem do czasów Augusta III. Rozumiem, że nie dało się szczegółowo wszystkiego opisać i potrzebne były redakcyjne cięcia. Nie rozumiem jednak, dlaczego po cięciach z akapitu dotyczącego mennicy toruńskiej został tylko okaleczony kadłubek. Nie dość, że niespójny, to jeszcze nieprawdziwy – widział kto kiedy toruńskie szelągi z portretem „grubaska”?

Kilka kartek później jest rozdział omawiający mennictwo Poniatowskiego. Po obietnicy złożonej przez autora we wstępie i lekturze „rozdziałów średniowiecznych” miałem nadzieję, że kwestia odróżnienia miedziaków krakowskich od warszawskich zostanie przedstawiona z uwzględnieniem wyników dociekań R. Janke przedstawionych na cafe Allegro i w Biuletynie Numizmatycznym.
Czyją to matką nadzieja?

I co z tego, że ciśnienie skacze, jeżeli książka tak piękna? Podtrzymuję opinię napisaną po pierwszej lekturze – książkę A. Dylewskiego kupić trzeba.

Książka, przy wszystkich swoich zaletach i wadach jest jednocześnie dobrym obrazem stanu polskiej numizmatyki. Profesjonaliści - naukowcy koncentrują się na antyku i średniowieczu, niewiele uwagi poświęcając monetom nowożytnym. Czy to nie dziwne na przykład, że nie podjęto poważnych badań w celu wyjaśnienia zagadki pierwszej mennicy warszawskiej, która w/g źródeł pisanych zaczęła działać pod koniec panowania Zygmunta III?
Możliwości podejmowania takich badań są dziś niepomiernie większe niż były w czasach prekomputerowych. Przykład:
Na cafe numizmatyka na Allegro poruszono problem szóstaków malborskich z 1596 r. w wariancie "duża głowa". Wystarczyło zaangażowanie kilku osób i przed upływem tygodnia pojawiło się niemal gotowe opracowanie porządkujące ten wycinek mennictwa Zygmunta III i jednocześnie otwierające pole do dalszych badań. Jeśli ktoś to przegapił, pora nadrobić zaległości.
Szóstak 1596, Malbork "mała głowa"
dużej w zbiorze nie mam (na razie).

Przed Świętami udało mi się nareszcie znaleźć czas na skonsumowanie jeszcze jednego jesiennego zakupu. Nie, nie mam na myśli żadnych smakowitych trunków. W październiku zorientowałem się, że na dyskach mojego komputerka coraz mniej miejsca. A zdjęć monet (i nie tylko) przybywa. Postanowiłem, że nareszcie wykorzystam konsekwencje niegdysiejszej awarii komputera, która zaowocowała wymianą płyty głównej i możliwością skorzystania z dysków SATA. Kupiłem 1 TB w dwóch kawałkach, ale stale brakowało czasu na przeniesienie na nie systemu i danych.
Czas w końcu znalazłem. Najpierw wpiąłem oba nowe dyski, odpiąłem stare i zabrałem się za instalację dopiero co wydanego nowego Kubuntu 11.10. Poszło sprawnie, ale kiedy zabrałem się za kopiowanie danych ze starych dysków, zauważyłem, że nie wszystko działa tak, jak bym chciał. Pewne operacje trwały zbyt długo. Miarka się przebrała, kiedy postanowiłem umilić sobie czas oczekiwania słuchając dopiero co skopiowanej muzyki. Serwer dźwięku PulseAudio okazał się strasznie humorzasty. Jak w starym kawale o milicjantach - działa, nie działa. I tak na zmianę. Troszkę mnie to zdenerwowało. Nie ma na co czekać - trzeba poszukać rozwiązania. Po przeczytaniu połowy internetu zdecydowałem, że dam szansę innej dystrybucji Linuksa. Ściągnąłem obraz płyty, wypaliłem i uruchomiłem sesje live. Wszystko działa, out of the box, jak mawiają za Atlantykiem. Dźwięk też!
No to do roboty. Kubuntu wyleciało z dysku, a na jego miejsce wskoczył PCLinuxOs. Ponieważ obie dystrybucje operują w środowisku KDE, zaeksperymentowałem i przerzuciłem do partycji /home nowego systemu zawartość /home z Kubuntu. Na tej partycji przechowywane są między innymi wszystkie ustawienia programów użytkownika. Dzięki temu, nawet gdy trzeba od nowa instalować system, nie traci się ustawień poczty, kontaktów z komunikatorów i mnóstwa innych ważnych rzeczy. Okazało się, że nowy system bez żadnych oporów przyjął ustawienia. Trochę czasu zajęło mi jeszcze kopiowanie pozostałych danych, ale w sumie cała operacja przebiegła bezboleśnie i zajęła rozsądną ilość czasu.
Wynik: nowy, stabilny system na dużych, szybkich dyskach.

Początek roku.
Zwyczajowo czas podsumowań i planów.
Podsumowywać mi się nie chce - sprawozdawałem na bieżąco.
Plany - trudno coś konkretnego planować w obliczu zagrożenia kryzysem (i końcem świata). Na początek zgłosiłem mojego bloga do konkursu Blog Roku 2011

Koszt SMS to 1,23zł brutto. 
Uwaga! W numerze bloga znak 0, to cyfra zero.
Pamiętaj, także, aby nie wstawiać w SMS spacji!

Co z tego wyniknie - przyszłość pokaże.

P.S.
Kiedy syn zobaczył, że majstruję coś z nowymi dyskami skomentował to krótko:
- Ale sobie porę na zakup dysku wybrałeś! Przy takich cenach?!
Pokazałem mu fakturę z 17 października z kwotą za dwa dyski wyraźnie niższą od grudniowej ceny jednego.
- Ty to masz szczęście, powiedział.
Może starczy na cały rok?

wtorek, 3 stycznia 2012

Errare humanum est

I bardzo dobrze. Ktoś, kiedyś pomylił się - może był zmęczony, może chory, może myślał o niebieskich migdałach, może słabo widział - przyczyny nie znamy. Dysponujemy tylko niezbitymi dowodami na to, że do pomyłki doszło.
Szóstak (sześć groszy) Jana III Sobieskiego z 1680 r.

Na awersie popiersie w zbroi, a więc pomyłka miała miejsce w mennicy krakowskiej. Ale jaka pomyłka? Spójrzcie na rewers. W legendzie mamy GROS ARG SEX (Grossus Argenteus Sexduplex = grosz srebrny sześciokrotny), a nad herbami... To przecież IV, czyli 4, a miało być VI! Tak to jest, gdy się zapomni, że moneta jest lustrzanym odbiciem stempla.
Podobna pomyłka miała miejsce już wcześniej. W 1664 r. w Krakowie wybito szóstaki Jana II Kazimierza z analogicznym błędem.
Mylono się nie tylko w Krakowie. W tym samym, 1680 r. w Bydgoszczy też wybito szóstaki z cyfrą IV.

Karygodnymi błędami (w przenośni i dosłownie) były pomyłki w imionach i tytulaturze panujących. Wydaje mi się, że najczęściej przekręcano je na monetach Jana Kazimierza. Znamy orty lwowskie z IOO CASIM, wschowskie dwugrosze z 10 CASIMR. Najwięcej zniekształceń jest oczywiście na fałszywych szelągach (boratynkach) bitych gdzie popadnie przez ludzi, o których można wszystko powiedzieć, tylko nie to, że znali litery.
Jestem przekonany, że wszystkie te pomyłki są po prostu pomyłkami, że nie było tu żadnej premedytacji. Nie wszyscy myślą tak samo.
W 1884 r. w Zapiskach Numizmatycznych redagowanych przez Mieczysława Kurnatowskiego ukazał się wieloczęściowy artykuł zatytułowany "Jan Kazimierz Kaimem". Autor (Henryk Goldstein) podpisujący się jako "Autor Wrażeń Ciechocińskich" opisując wszystkie nieszczęścia, jakie przytrafiły się Rzeczpospolitej pod koroną Jana Kazimierza puentuje swój wywód opisem szóstaka z 1664 r. z błędem w imieniu króla IO CAIM (zamiast CASIM) i przypisuje autorowi stempla świadome działanie. CAIM ma być według niego równoznaczne z nazwaniem króla KAINEM, biblijnym bratobójcą. A wszystko to podpiera łacińską sentencją Littera docet, littera nocet.

Katalogi polskich monet notują wiele podobnych pomyłek, zaczynając od średniowiecza, na monetach najnowszych kończąc. Na aukcjach karierę robią na przykład dwuzłotówki Nordic Gold - "Mickiewicz bez kreski".
Nie tylko my się mylimy. Finowie w roku 2006 wybili 2 euro z mapą, która miała stać się ważna dopiero w roku 2007 po przystąpieniu Bułgarii i Rumunii do wspólnoty. Do obiegu trafiło tylko 55 tysięcy "proroczych" monet. Popyt na kolekcjonerskim rynku jest znacznie większy.

Niedawno udało mi się włączyć do zbioru kolejną błędną monetkę - grosz 1837 z omyłkowym znakiem mennicy - zamiast M - W jest W - M.
Rzadka rzecz, notowana w katalogach (Plage 247 - odmiana; Berezowski 681, wycena 20,00 zł; Kopicki 9341, R5; Bitkin 1219 R2; Czapski 7943 R4). To jedna z nielicznych moich monet w slabie. Całość wygląda tak
i jak widać, na błędzie autora stempla się nie skończyło - mamy jeszcze nieznaczne skręcenie stempla rewersu względem awersu.
Grader z PCGS nie odnotował na etykiecie ani skręcenia, ani nie podkreślił, że to wariant stempla.
Tym samym, moja dziesięciogroszówka 1840 W - W 
ma już towarzystwo. Cierpliwie wypatruję jeszcze na trojaka 1840 W - W.
Przy okazji można sprawdzić, że to dwie różne pomyłki - na groszu 1837 przestawiono kolejność punc z literkami (jak na szóstakach/czworakach), na dziesiątce z 1840 r. zamiast puncy z W użyto odwróconej puncy z M.

P.S. To setny wpis na moim blogu. Korciło mnie troszkę, żeby setnym wpisem zakończyć rok 2011, ale musiało by to być jakieś podsumowanie, nie daj Boże połączone z noworocznymi postanowieniami. Na podsumowanie przyjdzie pora po dwóch latach istnienia bloga, chyba że wcześniej przytrafi się ten zapowiadany koniec świata.

czwartek, 29 grudnia 2011

Kontrmarki na miedziakach Augusta III

Miedziane szelągi i grosze koronne Augusta III, to temat, który interesuje mnie od wielu lat. Rozwiązanie zagadki literek umieszczanych poniżej herbów na rewersie - to było by coś! Pierwsze wnioski przedstawiłem nie tak dawno temu tu, na blogu.

Chcąc zebrać jak najwięcej materiału badawczego, pilnie śledzę miedziaki A3S pojawiające się na internetowych aukcjach i w internetowych sklepach. Przed samymi świętami wygrałem trzy aukcje. Dziś poczta dostarczyła ostatnią z przesyłek. Co w nich było?

Tylko jedną z monet kupiłem by poszerzyć bazę danych do rozpracowywania problemu literek. Zostawmy ja na koniec. Pozostałe dwie, to grosze z kontrmarkami.

Najpierw trafiłem tę sztukę:
W archiwum miałem już zdjęcie innego egzemplarza, który kiedyś przeszedł mi koło nosa

Później trafiłem na monetę następną
Sprzedający - było, nie było, poważna firma - zasugerował w opisie dwie rzeczy. Po pierwsze - rzadkość występowania, po drugie - odczytanie kontrmarki - Kontrasygnatura Γт.
Co do rzadkości, sugestia jak najbardziej prawidłowa. Nie dość, że nigdy podobnego okazu nie widziałem, to jeszcze nie trafiłem na żaden ślad w mojej biblioteczce. Przekopałem pierwsze numery Wiadomości Numizmatycznych, w których był cykl artykułów Mariana Kowalskiego poświęconych monetom zastępczym, przerzuciłem pół metra Biuletynów Numizmatycznych, zajrzałem do "Pięciu wieków polskiej monety zastępczej" B. Paszkiewicza i jeszcze kupkę innych książek, czasopism i katalogów - takiej kontrmarki nie znalazłem.
W Wiadomościach Numizmatyczno-Archeologicznych z 1911 roku, w artykule Gustawa Soubisie-Bisiera "Kontrasygnatury prywatne na monetach" są opisy i reprodukcje wielu monet. Jest wśród nich pierwsza z dziś opisywanych, z literą F.
Tej drugiej nie ma. Bisier przedstawił tylko rejestr nie próbując dociekać pochodzenia tych kontrmarek. Nie znając miejsca znalezienia takiej monety nie mamy podstaw do jakichkolwiek przypuszczeń o miejscu jej powstania (przypuszczalnie jakiś duży majątek ziemski). Wiemy tylko tyle, że kontrmarkę nałożono pomiędzy rokiem wywołania z obiegu monety Augusta III (początek panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego), a rokiem zniesienia pańszczyzny w Królestwie Polskim (1864). Szczególnie dotyczy to drugiego mojego nabytku. Przyjrzyjmy się bliżej tej kontrmarce.
Wygląda to jak GT pisane cyrylicą, ale czy to na pewno litery? Przypuszczam (jestem prawie pewien), że chłopi pańszczyźniani byli analfabetami. Moja wiedza na temat realiów życia codziennego na wsi na wschodnich kresach Rzeczpospolitej na przełomie XVIII / XIX wieku jest więcej, niż skromna. Być może cyrylica była tam i wtedy w powszechnym użyciu (osobiście wątpię). Ale czy aby nie obrazki? Na przykład KOSA i GRABIE. Taka interpretacja oznacza, że to nie tyle moneta, co znak rozliczeniowy o nominale dniówka przy żniwach/sianokosach.

Na koniec słówko o trzeciej monecie.
Zdjęcie na aukcji nie było najlepsze. Zobaczyłem na nim literkę pod herbami, ale nie wyglądała mi ona na H. Kupiłem, zobaczyłem, jest H. Na osłodę mam legendę awresu z imieniem AVGVSTVS. Do tej pory miałem szeląga 1755 H z AUGUSTUS. Słaby, bo słaby, ale jest! Byle tak dalej.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Aniołek zaszalał.
Konsekwencja Jego szaleństwa, to ponad 5500 stron nowej lektury (a jeszcze nie skończyłem 845 stron dostarczonych przez św. Mikołaja!).
Na razie jednak wszystkie inne lektury zeszły na drugi plan, a "na warsztacie" pozostała tylko jedna:
Książka słusznych rozmiarów i nie mniej poważnej wagi. Papier znakomity, dzięki czemu zdjęcia - marzenie. Właściwie, to same zdjęcia są wystarczającym powodem, by mieć tę książkę na półce.

Największe zaskoczenie: trzeci akapit wprowadzenia ("Po co oglądać stare monety") pióra prof. Borysa Paszkiewicza. Rzadki - niestety - przykład zwycięstwa rozumu nad bezduszną urzędniczą procedurą.

Największa radość: możliwość podziwiania świetnych monet na świetnych zdjęciach.

Największa zaleta: kompendium aktualnego stanu wiedzy numizmatycznej - w jednym dziele zebrano informacje z rozproszonych publikacji naukowych (i nie tylko), nierzadko nicujące przekonania ugruntowane od prawie dwóch stuleci - zwłaszcza w zakresie numizmatyki średniowiecznej.
Świetne zdjęcia w połączeniu z umieszczanymi obok opisami monet umożliwiają przeprowadzenie samodzielnych ćwiczeń w odczytywaniu legend, co zwłaszcza w przypadku średniowiecza bywa niezwykle skomplikowane. W kilku przypadkach okaże się, że interpretacje czytelnika będą inne, niż odczytania wykonane przez Autora.

Największe rozczarowanie:  bardzo nieliczne, ale jednak istniejące niedoróbki edytorskie, np. informacja o pewnych szczególnym wariancie legendy na florenie Wacława I, przypięta do zdjęcia na str. 118 zamiast do zdjęcia na stronie następnej.

Największe nieporozumienie: opatrywanie "Historii pieniądza..." A. Dylewskiego etykietką "nowy Kałkowski".
Niby wszystko się zgadza - obie książki, to "zbiory pięknych zdjęć codziennych rzeczy", obie są "zbiorami opowieści o dawnych polskich  monetach i banknotach". Gdzie więc nieporozumienie? Różnice tkwią w języku.
Tadeusz Kałkowski był gawędziarzem. Nie znałem Go osobiście, ale znam kilku kolekcjonerów, którzy pamiętają Jego wizyty na zebraniach kół PTAiN w Krakowie i Katowicach. Wszyscy są zgodni co do jednego - Pan Tadeusz potrafił opowiadać o monetach.  "Tysiąc lat monety polskiej" nie tylko się ogląda. Tę książkę również się czyta.
Nie mam pewności, czy podobnie będzie z "Historią pieniądza...", bo język Pana Dylewskiego nie do wszystkich dotrze, nie dla wszystkich będzie zrozumiały "... monety... były recypowane...".
Z drugiej strony, może to i lepiej, że książka nie wpisuje się w coraz powszechniejszą tendencję do spłycania i upraszczania wszystkiego do granic możliwości przeciętnego gimnazjalisty, czyli do poziomu...

Reasumując - jeżeli ktoś waha się, czy Historię pieniądza na ziemiach polskich kupić, czy nie, to powinien wahania porzucić i książkę kupić, póki jest jeszcze dostępna. Najpierw przekartkować, zatrzymując się na co bardziej intrygujących zdjęciach i opisach, a później powoli czytać od deski do deski. Raz, drugi, trzeci...

P.S.
Henry V Karolkiewicz (vide katalog aukcji TRITON IV z 60 grudnia 2000 r.) gromadził swoją kolekcję przy wydatnej pomocy Karla Stephensa bazując na Tysiącu lat monety polskiej T. Kałkowskiego. Ciekawe, czy ktoś pokusi się na podobne potraktowanie Historii pieniądza na ziemiach polskich?

P.P.S.
Z trzech oczekiwanych monet Augusta III, o których pisałem przed świętami, dotarły dwie. Jest dobrze! Czekam jeszcze na trzecią monetę i na zakupioną w międzyczasie jeszcze jedną książeczkę. Na początku stycznia napiszę o tym, co te trzy monety i książkę łączy.

wtorek, 20 grudnia 2011

Przedświąteczna gorączka zakupów.

Święty Mikołaj jeszcze moczy nogi w miednicy z ciepłą wodą, a za kilka dni znów trzeba wziąć się do pracy.

Nie wszyscy wierzą w świętego i biorą sprawy w swoje ręce. Obroty sklepów małych, dużych, realnych i wirtualnych szybują nad podziw wysoko (to w końcu jest ten kryzys, czy go nie ma?) i mam wrażenie, że styczeń znów będzie upływał pod znakiem upłynniania nietrafionych prezentów.

Nie mam pewności, czy ten przypadek kwalifikować do kategorii prezentów nietrafionych, czy wyjątkowo udanych.

Wydać dwa tysiące na podstawie takich zdjęć, to moim zdaniem przesadne ryzyko.

Przypuszczam (tylko przypuszczam!), że to jednak tylko kolejna próba przyłapania potwora z Loch Ness.
W archiwum WCN można obejrzeć zdjęcia dwóch egzemplarzy "Mickiewicza 1977". Monety różnią się wagą, więc to raczej dwa różne egzemplarze.
Cóż, prawie cztery i pół tysiąca na 19 aukcji w 1999 r.; trzy lata później brak chętnych za 3200, w roku 2011 sprzedaż na Allegro za ciut ponad 2000 zł. Nie wygląda to na nadzwyczajny obiekt inwestycyjny.
Tym bardziej, że w katalogu umieszczonym w czwartym tegorocznym Przeglądzie Numizmatycznym próżno szukać tej monety. Ostały się tylko 10 groszy 1973 bez znaku mennicy warszawskiej (moneta istniejąca bez żadnej wątpliwości) i 5 złotych 1978 (moim zdaniem równie realna, jak Mickiewicz 1977).
Nie wiem czym kierowali się autorzy katalogu pozostawiając tę piątkę - Mickiewicz ma przynajmniej dwa wystąpienia na aukcjach WCN, o pięciozłotówce ani widu, ani słychu.

Przegląd Numizmatyczny 4/2011 kupiłem "z rozpędu" w ramach przedświątecznej gorączki zakupów, nie sprawdzając nawet spisu treści (choć wcześniej postanowiłem sobie, że przed kupnem będę dokładnie przeglądał kolejne numery). Po prostu przyjąłem, że skoro w numerze trzecim była pierwsza część interesującego mnie artykułu A. R. Chodyńskiego na temat rozmaitych rodzajów zbroi pokazanych na monetach XVI- i XVII-wiecznych, a artykuł kończył się wiele mówiącymi literkami c.d.n., to wieczorem będę miał co czytać.
Niestety ciąg dalszy nie nastąpił. Może kiedyś...

Przegląd pozostał na mojej półce, bo znalazłem w nim kilka interesujących fragmentów.
Po pierwsze, "Monety gdańskie Sambora I" B. Paszkiewicza. Krótki tekst poświęcony brakteatom odkrytym w Gdańsku. Temat przedstawiony przez Pana Profesora na marcowym wykładzie w MNK, zatytułowanym "Moneta w rękach historyka" (szkoda, że ilustracje w PN nie dorównują jakością zdjęciom pokazanym w Krakowie). Tekst o tyle istotny, że poszerzony o informacje, których w marcu jeszcze nie było.
Po drugie, obszerniejszy artykuł J. Dutkowskiego na temat złotych odbitek drobnych monet obiegowych z czasów Zygmunta III Wazy.
Po trzecie, "Nieznane monety próbne II Rzeczpospolitej" J. Parchimowicza - nawiązanie d świetnego katalogu wydanego w 2010 r. i uzupełniający tekst tegoż autora - pierwsza publikacja "Konstytucji" w odmianie z 82 perełkami.
Do tego katalog-cennik monet Republiki Weimarskiej.
W sumie zakup jednak udany.

Czekam teraz z niecierpliwością na trzy przesyłki z monetkami Augusta III. Będzie ciekawie!



niedziela, 18 grudnia 2011

Petrus Nicolaus Nyegaard

Petrus Nicolaus Nyegaard odegrał niebagatelną rolę w polskim mennictwie XVIII wieku.
Tak? To dlaczego o nim nie słyszałem? - odpowie większość kolekcjonerów (a i niejeden zawodowiec).
Wątpliwości znikają, gdy pojawiają się inne nazwiska, używane przez Nyegaarda:
Peter Niels Nyegaard,
Peter Nikolaus Neugarten Freiherr von Gartenberg
Peter Nikolaus Neugarten von Gartenberg,
Peter Nikolaus von Gartenberg,
Piotr Mikołaj Neugarten von Gartenberg Sadogórski.
Teraz już wiadomo o kim mowa?
Jasne, ale kto wie, skąd wziął się człowiek, któremu król Stanisław August Poniatowski powierzył zarząd mennic w Krakowie i Warszawie?

Urodził się w 1714 roku w duńskim miasteczku Kregome, niedaleko Frederiksværk (północna Zealandia). Uczęszczał do szkoły katedralnej w Roskilde, studiował medycynę w Kopenhadze i nauki górnicze w Kongsbergu (Norwegia). W 1743 r. został doktorem medycyny uniwersytetu w Halle, ale nie z medycyną związał swoją przyszłość. Doświadczenie zdobyte w Norwegii umożliwiło mu karierę w górnictwie. Rozpoczął ję w 1749 r. w Saksonii.
Gartenberg był jednym z najbliższych zauszników Brühla. Obejmował kolejne stanowiska w saskiej administracji górniczej. W roku 1753 dorobił się szlachectwa.
Herb Piotra Mikołaja Neugarten von Gartenberg

Gartenberg był człowiekiem bardzo aktywnym. Zajmował się przemysłowym wykorzystaniem węgla i torfu. Między innymi wykorzystaniem węgla do opalania pieców do wypalania wapna. W 1763 r. wysłał propozycje ożywienia gospodarczego do premiera Saksonii Brühla. W tym samym roku nabył od niego dobra w wielkopolskim Sierakowie.

Po śmierci Brühla został aresztowany w październiku 1763 z inicjatywy nowego elektora Fryderyka Chrystiana i odwołany ze swoich stanowisk. Ponieważ nie udało się udowodnić mu żadnych konkretnych wykroczeń, w maju 1764 roku Gartenberg został uwolniony. W latach 1749-1750 i 1753-1760 miał jakiś udział w administracji mennic w Gubinie i Lipsku. Bazując na zdobytym tam doświadczeniu, w roku 1765 roku udał się Warszawy. Tam przystąpił do spółki założonej przez Augusta Fryderyka Moszyńskiego herbu Nałęcz, razem z  Tepperem i berlińskim bankierem Schweigerem.
Nawiasem mówiąc, Moszyński też miał bogatą biografię - urodzony 25 stycznia 1731 w Dreźnie (zmarł 11 czerwca 1786 w Padwie), projektował parki i ogrody, był ekonomistą i znawcą spraw menniczych, członkiem Komisji Kruszcowej, a także wolnomularzem i różokrzyżowcem. Gromadzony majątek trwonił na kobiety i alchemię.

Spółka Moszyńskiego zebrała 400 000 talarów kapitału i podpisała z królem kontrakty dotyczące emisji nowego pieniądza dla Polski. Gartenberg został zarządcą mennicy miedzianej w Krakowie (na Wawelu), Moszyński - nowej mennicy w Warszawie (monety złote i srebrne). Wkrótce jednak, w roku 1766 Gartenberg, dysponujący pruskim kapitałem, przejął od niego zarząd mennicy warszawskiej.
3 stycznia 1766 roku komisja mennicza podpisała kontrakt na prowadzenie mennicy z Piotrem Gartenbergiem, który jak się okazało, nie miał zamiaru ograniczać się wyłącznie do działalnosci menniczej.  W lutym przedstawił królowi program uprzemysłowienia Polski, a w kwietniu uzyskał zgodę na poszukiwania węgla kamienistego. Poszukiwania udały się - w 1766 r. zaczęto kopać węgiel w Szczakowej.

Na ten sam okres przypada reaktywowanie prac górniczych w Tatrach. Król powierzył zarząd kopalni fachowcom sprowadzonym z Saksonii: „inspektorowi gór mineralnych” Knoblauchowi, „górmistrzowi” Knorrowi i "pisarzowi górnemu” Friesiemu. Bardzo prawdopodobne, że Gartenberg poznał ich wszystkich podczas swojej wcześniejszej działalności w Saksonii. W roku 1765 podjęto prace pod Ornakiem w żlebie Pod Banie, w kopalni zwanej „Czarne okno”. U wylotu żlebu Pod Banie zbudowano niewielką hutę do wytopu uzyskanej rudy miedzi i srebra. Niestety wydatki siegające 36 000 zł. nie zrównoważyły zysków. Rudy było za mało, jej jakość była za słaba.
Na jednym z posiedzeń Komisji Skarbowej, w kwietniu 1766 roku, Gartenberg zdał sprawozdanie z poszukiwań minerałów w Tatrach.

Wkrótce nastąpił kres działalności krakowskiej mennicy. 21 czerwca 1768 roku konfederaci barscy opanowali Wawel, zajęli mennicę, skonfiskowali kasę mennicy i wybite już monety, a także korzystając z przejętych narzędzi i surowców wybili miedzianą monetę na sumę ponad 150 tysięcy złotych polskich.

Po upadku konfederacji Komisja Mennicza nakazała likwidację krakowskiej mennicy i   przewiezienie całego jej wyposażenia do Warszawy.

W roku 1768 Gartenberg uzyskał polskie obywatelstwo (przyjął nazwisko Sadogórski)  i dorobił się tytułu barona.
Od jego nowego, polskiego nazwiska pochodzi nazwa miejscowości Sadogóra, którą nasz bohater założył w roku 1770. Na początku zamieszkiwało ją około 100 osób. W roku 1778 erygowano w niej kościół katolicki pod wezwaniem św. Michała. 31 sierpnia 1774 roku Sadogórę przyłączono do Austrii. Podczas I wojny światowej zajęli ją Rosjanie. W latach 1918-1940 należała do Rumunii. Latem 1940 przyłączona do ZSRR, po ataku Niemiec na Związek Radziecki wróciła do Rumunii. Ponownie zdobyta przez Armię Czerwoną w 1944 przez jakiś czas pozostawała samodzielną miejscowością , ale pod koniec lat pięćdziesiątych XX w. włączono ją do Czerniowiec. Dziś należy do Ukrainy.

Mimo przyjęcia polskiego nazwiska, pan baron nie kładł na monetach ze swoich mennic litery S. Początkowo, na groszach bitych w Krakowie umieszczano VG (von Gartenberg), później ograniczając się do samego G.
grosz z VG na awersie (Kraków)
grosz z VG na rewersie (Kraków)
Grosz z G (Kraków)
Grosz z g (Warszawa)

W naszej literaturze numizmatycznej pokutują niestety błędne przekonania co kryteriów odróżnienia miedzianych monet SAP z mennic Krakowa i Warszawy. Nie można opierać się wyłącznie na kształcie litery G ani na zastosowaniu rozróżnieniu GROSSUS/GROSSVS. Żądnych wiedzy odsyłam do artykułu R. Janke w Biuletynie Numizmatycznym 4/2004.

Gartenberg zarządzał mennicą warszawską do roku 1772. W tym samym roku (29 kwietnia ) założył Lożę Masońską Mars.
W roku 1774 zamieszkał w swoim majątku w Sierakowie i na powrót zajął się medycyną (pamiętajcie, stuknęła mu już sześćdziesiątka!). 
Po wielkim pożarze miasta w roku 1785 założył straż ogniową, która po stu tatach działalności została wcielona do „Freiwilligen und pfilcht – feuerwehren” czyli  stała się  Ochotniczą Strażą Pożarną (i pozostaje nią do dziś).
Rok później, na  Trzech Królów  1786 Piotr Mikołaj Neugarten von Gartenberg Sadogórski zmarł w Sierakowie.

niedziela, 11 grudnia 2011

Jeszcze jedno dziwadło z 1840 r.

W maju 2011 r. nie udało mi się kupić dziesięciogroszówki 1840 WW wystawionej na eBay.de.
Tym razem nawet nie próbowałem.

Znak mennicy normalny (M - W), ale za to wyraźne przesunięcie stempla awersu powodujące obcięcie części rysunku.

Rewers bliźniaczo podobny do monety z maja:
Te same litery i cyfry!

Linki do archiwalnych zapisów obu aukcji:
maj 2011
grudzień 2011

Zalecam dużą ostrożność przy kupowaniu "dobrze zachowanych" dziesięciogroszówek 1840 - najwyraźniej ktoś wprowadza na rynek pokątną produkcję.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Gdzie ja to już widziałem?

Wczoraj zakończyła się aukcja o bardzo enigmatycznym tytule "Półgrosz".

Moneta rzeczywiście przypomina jagiellońskiego półgroszka, ale tylko przypomina.

Ja już gdzieś coś podobnego widziałem! Zachowałem sobie nawet zdjęcie.

Pierwsze spotkanie z takim "półgroszem" miałem w roku 2005. Napisałem o tym w jednym z felietonów dla e-numizmatyki "SZWEDZI W POLSCE". Pisząc tamten tekst nie wiedziałem jeszcze cóż to za dziwna moneta. Deprymujące było zwłaszcza pominięcie jej w Ilustrowanym Skorowidzu... E. Kopickiego.

Kilka dni później już wiedziałem - moneta rzeczywiście ma związek z Polską bo wybito ją w Szwecji za panowania naszego Zygmunta III Wazy (Sztokholm, rok  1593). Nominał = 1 FYRK, czyli ćwierć öre. Waga - około 1 grama, średnica około 20 mm.

To moneta rzadka i wczorajszy zwycięzca może mówić o dużym szczęściu. Tak bywa, gdy sprzedający nie wie, co sprzedaje (albo nie uważa za konieczne by dokładnie opisywać sprzedawaną monetę).
W archiwach Allegro znalazłem trzy notowania:
http://archiwumallegro.pl/zygmunt_iii_waza_1_fyrk_1593_b_rzadka-1749883179.html
http://archiwumallegro.pl/1_fyrk_1593_zygmunt_iii_waza_rarytas-183456766.html
http://archiwumallegro.pl/zygmunt_iii_waza_1_fyrk_1593_m_sztokholm-1735282964.html


niedziela, 4 grudnia 2011

Cierpliwość...

Czasem mi jej brak (zwłaszcza, gdy słucham polityków).

Zwykle jednak z pokorą cierpliwie czekam. Dziś doczekałem się dwudziestogroszówki 2010 z nowym rewersem.


Katalog został uzupełniony.

Cierpliwie czekam na następne odmiany - te, o których już wiem, że istnieją i te, których istnienia jeszcze nikt nie odnotował.

środa, 30 listopada 2011

"Destrukt czy już odmiana"

Tytuł "ukradłem" z komentarza zamieszczonego pod poprzednim wpisem.

Destrukt, czy odmiana? Odmiana, czy wariant? Takich pytań można by wymyślić jeszcze kilka, a odpowiedzi na nie można udzielić dosyć łatwo.

Odmiana, to przypadek, gdy z jakiegokolwiek powodu wyprodukowano monety tego samego gatunku/typu, które jednak różnią się jakimiś szczegółami rysunku stempla. Ważne jest, żeby różnice rysunków były na stemplach już w chwili ich wyprodukowania. W przypadku monet współczesnych te różnice muszą być już na matrycach do tłoczenia stempli. Do dalszej lektury zapraszam tutaj.

Destrukt, to moneta wybita nieprawidłowo. I w tym przypadku, zamiast pisać na nowo, zapraszam tutaj.

Kwestię klasyfikacji monet, w tym wyjaśnienie różnic między typem, gatunkiem, odmiana i wariantem opisałem kiedyś w artykule dla portalu e-numizmatyka.pl. Umieściłem dziś ten tekst na stronie zawierającej archiwum moich felietonów numizmatycznych. Zapraszam do lektury.
Dwa warianty rewersu pięciogroszówki z 1923 r.
Zwróćcie uwagę na zakończenie litery Z w GROSZY (po stronie litery Y).

A skoro już przy lekturach jesteśmy, to wypada odnotować ukazanie się na rynku dwóch nowych publikacji.

Pierwsza, to Historia pieniądza na ziemiach polskich autorstwa Adama Dylewskiego.
320 bogato ilustrowanych stron. Książka reklamowana, jako następczyni "Tysiąca lat monety polskiej" Tadeusza Kałkowskiego, a więc pozycja bardziej popularyzatorska, niż monograficzna.
Konsultacja merytoryczna : prof. dr hab. Borys Paszkiewicz
Objętość: 320 stron
Format: 255 x 355 mm
Oprawa: twarda, szyta, płócienna, srebrzenia
Wydawca: Carta Blanca 2011
Cena około 100 zł.

Druga - Numizmatyka średniowieczna - moneta źródłem archeologicznym, historycznym i ikonograficznym jest zbiorem 32 tekstów dotyczących numizmatyki średniowiecznej napisanych przez Stanisława Suchodolskiego podczas ostatniego półwiecza.
Liczba stron: 488
Format: B5
Oprawa: twarda
Rok wydania: 2011
ISBN: 978-83-7436-175-0
Cena około 45 zł


poniedziałek, 21 listopada 2011

20 groszy 2011 - 2 warianty rewersu

Pisałem niedawno, że w roku 2010 zaczęto wprowadzać lekko zmodyfikowany rysunek rewersu monet obiegowych.

Dziś wpadła mi w ręce dwudziestogroszówka 2011, z nowym rewersem
i nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wcześniej wyłowiłem ten nominał z rewersem starym:
Różnice są niewielkie.
Najłatwiej rozróżnić te warianty po kształcie litery O w GROSZY.

Katalog został już uzupełniony.

Polowanie na inne nominały trwa.


sobota, 19 listopada 2011

Jakie piękne miasteczko.

Zapowiadałem relację za dwa, trzy dni - okazało się, że trzeba było czekać prawie tydzień. Będzie dużo do czytania i oglądania.

Po sfotografowaniu dworca i solidnym śniadaniu ruszyłem na zwiedzanie.
Postanowiłem zacząć od tego, na czym miasto wyrosło. Pierwsze kroki skierowałem więc na Hrádek.
Nazwa słusznie  kojarzy się z grodem (hradem). Budynek powstał pod koniec XIII wieku (pierwsza wzmianka pochodzi z 1312 r.) i stanowił część miejskich fortyfikacji. Bronił jednak nie tyle miasta, co bogactwa ukrytego pod nim. Miasto powstało nad bogatymi złożami rud srebra i pod koniec XIII wieku pochodziła stąd prawie jedna trzecia srebra wydobywanego w Europie.
Hrádek jest dziś siedzibą Czeskiego Muzeum Srebra, a jedną z muzealnych atrakcji jest spacer tunelami starej kopalni. Zwiedzający po nałożeniu kasków i ochronnych białych płaszczy płóciennych, zaopatrzeni w lampki górnicze prowadzeni są przez miasteczko (Podívejte se! Vypadají jako pochod Ku Klux Klanu!) do wejścia do kopalni. Najpierw trzeba zejść w dół po 160 metalowych schodach (Se otepluje - někde blízko je jádro Země), później przewodnik prowadzi do niewielkiej komory, w której niegdyś wydobywano rudę. Po drodze mija się wąziutkie i niskie boczne chodniki (pokonywać je można było tylko na czworaka lub czołgając się) i pionowe szyby prowadzące na niższe piętra kopalni. Pięter tych jest co najmniej sześć, a najniższe chodniki znajdują się ponad pół kilometra pod miastem. Niestety są do dziś zalane wodą i nie zostały przebadane ani udostępnione do zwiedzania. Po obejrzeniu miejsca wydobywania rudy, zwiedzający prowadzeni są przez 350-metrowy chodnik - dawną sztolnię odwadniającą.
W tym miejscu chodnik jest wyjątkowo szeroki i wysoki. Najniższe miejsce ma ledwo 120 cm wysokości, najwęższe 40 cm szerokości - nie wszyscy przejdą!
Nie wszystkim też podobała się kilkunastominutowa przerwa w podziemnej wędrówce. Przewodnik zarządził ją w wygodnym, dość szerokim korytarzu, gdzie można było nawet usiąść na drewnianych belkach obudowy. Zostaliśmy poproszeni o wyłączenie swoich lampek. Zapalona pozostała tylko lampka przewodnika i to mocno przysłonięta dłonią, tak by dawała światło przypominające światło dawane przez średniowieczne kaganki. Później, nie przerywając opowieści o pracy twórców kopalni, przewodnik zgasił swoją lampkę. Zapanowały absolutne ciemności. Włóczyłem się za młodu z kolegami po beskidzkich i jurajskich jaskiniach, więc nie zdziwiło mnie, że człowiek nie widzi własnej dłoni trzymanej tuż przed oczyma, ale niektóre osoby były tym mocno zdziwione. Po włączeniu lampek ruszyliśmy w dalszą drogę by po chwili wyjść spod ziemi i udać się przez miasto z powrotem do muzeum. Niestety nie dostałem zgody na fotografowanie w pomieszczeniach ekspozycyjnych.

Skoro jest srebro, to powinny być srebrne monety. Następnym miejscem, które odwiedziłem był vlašský dvůr (włoski dwór).
Nazwa zamku pochodzi od fachowców, których sprowadził Wacław II z Florencji i którzy z początkiem XIV wieku uruchomili w nim mennicę.
Funkcje zamku nie ograniczały się do mennicy. Zamek był jedną z siedzib królów czeskich. To tu odbyła się w 1471 r. koronacja Władysława II Jagiellończyka.
Jedną z pamiątek po Jagiellonie jest portal z literą W na nadprożu.
Poniżej znajduje się słabo widoczny dziś napis Noli me tangere (łac. nie dotykaj mnie!) - drzwi prowadzą do dawnego skarbca, w którym gromadzono produkcję mennicy.
A było to niemało monet, bo...
każde, zamurowane dziś wejście prowadziło do warsztatu mincerskiego, który wyglądał mniej więcej tak, jak na tej rekonstrukcji,
a każdy mincerz miał za zadanie wyprodukować co dzień dwa tysiące dobrze wybitych monet.
Szybki rachunek: 15 warsztatów x 6 dni w tygodniu x 2000 monet = 180.000 praskich groszy tygodniowo. Nieźle, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę, że monety bito na takich stanowiskach
Sympatyczna przewodniczka, która oprowadzała moją jednoosobową wycieczkę nie zgodziła się na fotografowanie we wnętrzu zamkowej kaplicy. Szkoda, bo to podobno jedyna średniowieczna kaplica z oryginalnym wyposażeniem z epoki - trzema pięknymi drewnianymi ołtarzami.
Po rozgrzaniu się przy pomocy horkej čokolády s Bailey´s ruszyłem ku następnym atrakcjom.
Największą z nich jest Chrám svaté Barbory
Główna fasada była w remoncie, a duża strzałka kierowała do bocznego wejścia. Po wykupieniu vstupenki upewniłem się, że można fotografować pouze bez blesku! i zacząłem zwiedzanie. Tym razem tak, jak najbardziej lubię - bez przewodnika.
Pierwsze kroki skierowałem ku najsłynniejszemu świętobarbarskiemu freskowi
przedstawiającemu bicie monety grubej (grosze - dwie osoby) i drobnej (parwusy - jedna osoba).
W tej samej bocznej nawie trafiłem na jeszcze jedną pamiątkę po naszym Władysławie
Wędrówka po wnętrzu kościoła i później, dookoła na zewnątrz zajęła mi prawie dwie godziny. Ale czy można się temu dziwić, skoro na każdym kroku, gdzie nie spojrzeć, pojawiają się cuda. Na przykład taki gargulec
Jeden z kilkudziesięciu (?), a nie zauważyłem dwóch identycznych!

Porządnie już zmęczony zacząłem rozglądać się za miejscem na dobry obiad. Jak już tydzień temu wspomniałem, uczciłem świętego Marcina pieczoną gęsią popitą miejscowym, czerwonym winem. Miejscowym, bo pochodzącym z winnicy leżącej tuż obok kościoła świętej Barbary.
Winnica poniżej kościoła św. Barbary.
Po lewej Kolegium Jezuickie, po prawej kościół św. Jakuba,
pomiędzy nimi Hrádek.

Powłóczyłem się jeszcze trochę uliczkami starego miasta upewniając się, że słusznie od roku 1995 r. jest ono razem z kościołem św. Barbary i kościołem klasztornym w dzielnicy Sedlec zapisane na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Rozglądałem się przy tym za miejscem, w którym mógłbym kupić sobie jakąś autentyczną numizmatyczną pamiątkę z wycieczki (żetony sprzedawane w automatach porozstawianych na całej starówce i kopie groszy praskich sprzedawane w muzeach już na wstępie postanowiłem zignorować). Może się źle rozglądałem, ale trafiłem na jeden tylko antykwariat oferujący monety. Niestety, jedynymi polskimi monetami były tylko srebrne dwustuzłotówki z 1974 r. Było kilkanaście habsburskich drobniaków ze śląskich mennic, ale te lepiej zachowane wyceniono zbyt moim zdaniem wysoko - np. 4500 koron (ponad 750 zł) za kłodzką trzykrajcarówkę Ferdynanda (jako króla Węgier) z 1627 r. - moneta rzadka, ale nie aż tak.

Powoli zbliżał się wieczór, a w plamach miałem jeszcze jeden interesujący obiekt.
Na zewnątrz wygląda typowo
ot zwykła kaplica cmentarna, no może ciut większa, niż inne. A w środku?
Cała niemal dekoracja kaplicy została wykonana z ludzkich kości. Również i ten herb rodu Schwarzenbergów z krukiem wydziobującym oko Turkowi (dla upamiętnienia zasług dla zwycięstwa nad Turcją). Może to i lepiej, że Sobieskiemu czegoś takiego do herbu nie dodali.
Kości, to szczątki kilkudziesięciu tysięcy ofiar epidemii dżumy z XIV wieku, wojen husyckich z XV wieku i wojny trzydziestoletniej.

Z kostnice Sedlec do mojego penzionu było niedaleko, więc nie przejmując się zapadającym zmrokiem pokonałem ją pieszo.

Następnego dnia ruszyłem na północ, w kierunku polskiej granicy. Na jednym z postojów (wpadła mi w oko sympatycznie wyglądająca vinotéka, z której wyszedłem z kilkoma butelkami Rulandského modrého - szczerze polecam!) przyszła mi do głowy myśl, że Borowice, z których mam odebrać żonę, leżą blisko Miedzianki, o której niedawno pisałem. Przeprogramowałem nawigację, i po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów po wyjściu z samochodu zobaczyłem taki widok
Tyle zostało z rynku Kupferbergu.

A tak wyglądało to miejsce w tatach 20-tych XX wieku:

Pozostało trochę kilometrów krętymi, górskimi drogami o nawierzchni zdecydowanie gorszej, niż po południowej stronie granicy, później trochę więcej autostradą A4 (całkiem niezłą) i długi listopadowy weekend można było uznać za zakończony.

A jeśli ktoś spostrzegawczy wypatrzy na tak licznie pokazanych tu zdjęciach coś intrygującego, o czym nie wspomniałem, a wydaje się, że wspomnieć należało i pierwszy napisze o tym w komentarzu - dostanie nagrodę.

P.S.
Byłbym zapomniał. Czy już wiecie, jakie miasto odwiedziłem?
























TAK! To Kutna Hora. Warto się tam wybrać na kilka dni - jednodniowy pobyt, to stanowczo za mało.


Printfriendly