Google Website Translator Gadget

niedziela, 2 marca 2025

Za duży zbiór?

Szesnastego lutego przedstawiłem dziewięć zasad kolekcjonersywa według Kory Tea Kowalskiej. Czwarta zasada i mój do niej komentarz: 

"Czwarta zasada kolekcjonerstwa: co dwa, to nie jeden (a najlepiej trzy)". Rozumiemy, rozumiemy. Nie istnieje coś takiego, jak za duża kolekcja.". 

Na pewno? 

A czy wiecie, że zbiór monet antycznych Muzeum Narodowego w Akwileji liczy co najmniej osiemdziesiąt tysięcy monet? Ile dokładnie, nie wiadomo, bo mimo tego, że to duże, dobrze zorganizowane i zarządzane muzeum, przez kilkadziesiąt lat nie udało się opracować zawartości magazynu.

A czy wiecie, że zdarzały się na świecie znaleziska zawierające nawet sto tysięcy monet? Jeden z takich skarbów nazwany millenijnym odkryto w Polsce. Dziś ten zespół złożony z denarów jagiellońskich znajduje się w Ossolineum ale nikt nie wie dokładnie ani ile tych monet jest, ani jakie są to monety. 


Zbiór Muzeum Narodowego w Akwileji pod koniec XIX wieku liczył nieco ponad tysiąc monet. W latach 1882-1913 muzeum pozyskiwało monety odkrywane podczas prac archeologicznych i kupowało zbiory od prywatnych właścicieli, co spowodowało że ilość monet w zbiorze przekroczyła szesnaście tysięcy. Skokowy przyrost wielkości zbioru nastąpił w latach 1959-1989. Rozwój miasta wiązał się z pracami ziemnymi, podczas których wykopywano wiele monet. Równocześnie zmieniały się technologie rolnicze. Wprowadzano głęboką orkę co oznaczało kolejne znaleziska. Najważniejsza jednak okazała się zmiana podjęta przez muzealników. Wcześniej zasadą było, że do muzealnego zbiory włączano wyłącznie monety szczególne - najcenniejsze, najrzadsze, najlepiej zachowane. Począwszy od lat 60-tych XX w. muzeum zatrzymywało wszystko!  Zbiór rozrósł się do niebywałych rozmiarów szacowanych na 60 do 80 tysięcy monet. Ile ich jest dokładnie ani jakie to są monety nie wiadomo, bo... 

Okazało się, że monety uznane za bezwartościowe, skorodowane brązy nie były wyrzucane, tylko gromadzone w dużej drewnianej skrzyni przechowywanej w magazynach muzeum. Później zawartość skrzyni została przeniesiona do kontenerka zawierającego co najmniej siedem dużych plastikowych worków wypełnionych monetami. Przeprowadzona w latach 80-tych i 90-tych konserwacja próbki 600 okazów wykazała, że wiele z nich wymagało jedynie dokładnego oczyszczenia i jest w bardzo dobrym stanie zachowania. Okazało się też, że niektóre z nich to srebrne denary. 

Przeczytałem o tym wszystkim w artykule "Too big to study? The numismatic collection in the National Museum of Aquileia", jednym z kilkunastu zamieszczonych w materiałach z międzynarodowego seminarium, które odbyło się w Trieście w roku 2018. Wydawnictwo zatytułowano "Too Big to Study? / Troppo grandi da studiare?" - Za duży do przestudiowania? Pasjonująca lektura.

Fakt zorganizowania seminarium o takiej tematyce i tytuły referatów, np. 

  • Le Catillon II: conserving the world’s largest Iron Age hoard 
  • Applying Statistics and Computer Science to the Study of Big Coin Finds: An Engineering Approach
  • Reka Devnia (Bulgaria): the challenges of creating a digital dataset of 80,000 coins
  • D’une perspective à l’autre. Le dépôt monétaire de ca 14500 nummi constantiniens découvert à Saint-Germain-de-Varreville (Manche, France)
  •  « Big is beautiful » ? Faut-il VRAIMENT étudier les « mégadépôts » monétaires ?

świadczy z jednej strony o utrwaleniu się zasady włączania do zbiorów muzealnych całości znalezisk monetarnych, z drugiej strony o świadomości konsekwencji przyjęcia tej zasady przez muzea. 

A konsekwencje są poważne, bo ta zasada oznacza konieczność angażowania potężnych sił i środków. W tej chwili, dzięki rozwojowi informatyki, mamy narzędzia do tworzenia baz danych o praktycznie nieograniczonej objętości. Opracowano odpowiednie standardy tych baz i wiele placówek z nich już korzysta. Na przykład odwiedzone przeze mnie niedawno austriackie muzea. Więcej w artykule "THE NUMISMATIC PROJECT - CARNUNTUM".

Oczywiście trzeba sobie zadawać pytania, czy dokładne badania monetarnych "mega-skarbów" są naukowo i ekonomicznie opłacalne. I gdzie leżą granice między skarbami zwykłymi, dużymi, ogromnymi i czy o podjęciu/odrzuceniu badań ma decydować tylko wielkość znaleziska. A po odpowiedzi na te pytania powinniśmy się zastanowić, co tak naprawdę wnosi do świata numizmatyki szczegółowe badanie tych znalezisk. Badanie które nie dość, że kosztowne, to w dodatku po ludzku mówiąc jest niebywale uciążliwe. 

Opisałem na blogu doświadczenia ze zmiany narzędzia, którego używam do katalogowania mojego zbioru:

 https://zbierajmymonety.blogspot.com/2023/04/katalogujemy-zbior-opennumismat.html

i https://zbierajmymonety.blogspot.com/2023/12/2023-krotkie-subiektywne-podsumowanie.html 
To było strasznie monotonne i męczące zającie, a ja tylko przenosiłem bazę z jednego programu do drugiego. Monety były zidentyfikowane i opisane. Nie musiałem ich konserwować ani zastanawiać się, co to za moneta, gdzie i kiedy ją wybito. A teraz spróbujcie wejść w buty pracownika wrocławskiego muzeum, który przystąpiłby do opracowania "milenijnego skarbu". Musiałby on dzień po dniu, godzina po godzinie sięgać po kolejną ze stu tysięcy niemal identycznych monet, fotografować ją, ważyć, mierzyć, wprowadzać niezbędne dane do bazy i... I co dalej? Indywidualne pakowanie? Tacka? A może na nowo wszystkie razem do nowego pojemnika i do magazynu? A kiedy przyjdzie czas na przeprowadzaną co X lat inwentaryzację, to co?

Nie wszyscy pracownicy muzeów są święci, nic więc dziwnego, że od czasu do czasu media informują, że:

  • Ukradł monety z toruńskiego muzeum o wartości blisko 1,5 mln zł. Ruszył proces Adama M.
  • Celtic gold coins worth ‘several million euros’ stolen from German museum. Third-century coins taken in heist involving ‘cut off’ phone and internet connections in Manching, Bavaria
  • Thefts at the British Museum - during the 1970s, the museum said a number of historic coins and medals were stolen.

Nie neguję konieczności istnienia muzeów. Są potrzebne by chronić, badać, uczyć. Tylko, że to kosztuje i to kosztuje niemało. Budżety państw i miast nie są z gumy (przynajmniej teoretycznie), a muzea nigdy nie były i chyba nigdy nie będą na początku kolejki po pieniądze. Dlaczego więc dając im tak mało, wymaga się od nich by wydawały je tak nieracjonalnie? 

„Sorry, mamy taki klimat”, znaczy ustawę.

USTAWA z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami.
Art.  3.  [Definicje]
Użyte w ustawie określenia oznaczają:
1) zabytek - nieruchomość lub rzecz ruchomą, ich części lub zespoły, będące dziełem człowieka lub związane z jego działalnością i stanowiące świadectwo minionej epoki bądź zdarzenia, których zachowanie leży w interesie społecznym ze względu na posiadaną wartość historyczną, artystyczną lub naukową
...
Art.  6.  [Zabytki podlegające ochronie i opiece]
1.  Ochronie i opiece podlegają, bez względu na stan zachowania:
...
2) zabytki ruchome będące, w szczególności:
...
c) numizmatami oraz pamiątkami historycznymi, a zwłaszcza militariami, sztandarami, pieczęciami, odznakami, medalami i orderami,

Ustawa, to prawo, czyli LEX, a jak wiadomo DURA LEX, SED LEX więc przepisy ustaw należy twardo i bezwzględnie stosować niezależnie od ich uciążliwości oraz konsekwencji dla zobowiązanego.

piątek, 21 lutego 2025

Wszystkie moje "trumienki".

Dzięki uprzejmości kolegów mam możliwość zapoznawania się z wywiadami publikowanymi na FB przez "Okiem kolekcjonera". Pytania, jak mi się wydaje, są zawsze te same. Zaczyna się od "Jak długo zajmuje się Pan (czy było kiedyś Pani?) monetami / pieniądzem papierowym?", później jest "Jak się zaczęło? Pierwsza moneta / pierwszy banknot?" itd. Jednym z szeregu standardowych pytań jest "Grading czy „golasy”". 

Nie jest niespodzianką, że większość odpytywanych kolekcjonerów podkreśla rynkowe znaczenie gradingu, jego pozytywny wpływ na wielkość kwot uzyskiwanych ze sprzedaży monet w slabach. Mimo tego, że dwa pytania wcześniej zdarzają się narzekania na nieprzewidywalność rynku i zaskoczenia powodowane wysokością kwot, jakie trzeba płacić chcąc coś do zbioru kupić. 

Znam kolekcjonerów dążących do tego, by w zbiorze były wyłącznie monety ogradowane. Mnie do takiego podejścia zniechęca kilka czynników. Pierwszy, choć nie najważniejszy, to ekonomia. Zamiast płacić premię za grading wolę kupić dodatkową, gołą monetę. Monety w slabie nie mogę zmierzyć ani zważyć, a to bardzo często jest mi potrzebne przy pisaniu artykułów i katalogów. I nie mniej ważna rzecz - przyjmuje się (wbrew zapisom w regulaminach firm gradingowych!), że grading oznacza potwierdzenie oryginalności monety. Niestety, to nijak ma się do rzeczywistości. Może tak jest w przypadku monet USA, ale widziałem już tyle ogradowanych falsyfikatów, że wolę polegać na własnej ocenie, a w tym plastikowe opakowanie tylko przeszkadza. 

Mam, rzecz jasna, kilka monet w slabach. Kilka, więc mogę je tu wszystkie pokazać. 

O jednej już pisałem i to dość szczegółowo. 


O drugiej też już wspominałem. 


Mam jeszcze dwa polskie slaby. 
Jeden z PCG (Polskiego Centrum Gradingu - ktoś to jeszcze pamięta, nadal działają?). 
Nie odnotowałem kiedy i za ile to kupiłem. Na pewno na Allegro, na pewno tanio, prawdopodobnie w czasach, gdy pracowałem nad katalogiem monet PRL. 

Drugi z Gliwic. 
Zakup z 2004 roku za 140 zł + przesyłka. 

I jeszcze jedna polska moneta ale tym razem w slabie amerykańskim. 
Kupiona u Niemczyka w roku 2008. Kosztowała mnie 2043 zł (w tym przesyłka). 

Do tego dochodzą jeszcze dwie monety obce. 

Amerykańską jednocentówkę z "bankowego skarbu z Omaha" wygrałem w jakimś konkursie na cafe Allegro we wrześniu 2007 roku. 


Skarb "Bank of Omaha" powstał w ten sposób, że pewien kolekcjoner przez około czterdzieści lat, od wczesnych lat trzydziestych do wczesnych lat siedemdziesiątych co roku kupował bankowe rolki nowo emitowanych monet obiegowych. Zgromadził przeszło 320 000 monet w rolkach, które przechowywał w sejfie w banku w Omaha. Większość monet pochodzi z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Były to niskie nominały - od jednego centa do pół dolara, wszystkie w idealnym stanie.
Mark Borckardt z Heritage Auction Galleries, ogłosił w 2004 roku, że amerykański dom aukcyjny nabył skarb banku Omaha. Ceny nie ujawniono, ale sądzi się, że przekroczyła milion dolarów. Wszystkie monety zostały ogradowane przez PCGS.

Moja jednocentówka nie jest żadnym rarytasem. Na stronie PCGS znalazłem, że takich monet ogradowano ponad pięć tysięcy. 

I w końcu najnowszy slab. 

W środku aluminiowe 5 franków z Dżibuti. 
Zaskakiwać może brak informacji o stanie zachowania monety. Rzecz w tym, że to nie standardowy slab z monetą zgłoszoną do oceny stanu zachowania, tylko reklamowa próbka firmy NGC. Slab dostałem w prezencie od kolegi, który z kolei dostał go przy okazji oddawania monet do gradingu podczas niedawnych międzynarodowych targów numizmatycznych w Berlinie. 

Firmy gradingowe często rozdają slaby z  zazwyczaj niedrogimi współczesnymi monetami aby zareklamować swoje usługi i pokazać wygląd nowych "trumienek".  Więcej na ten temat tu: https://readingroom.money.org/collecting-sample-slabs/

I na tym kończy się lista moich monet w gradingu. 

Pojawienia się kolejnych nie wykluczam. Warunki są jasne, musiałaby to być moneta, na którą czeka wolne miejce w zbiorze, wyceniona na poziomie monet "gołych". Na pewno jednak będę omijał szerokim łukiem takie oferty. 

Będę śledził losy tych ofert na eBay. Bardzo jestem ciekaw, czy wzbudzą zainteresowanie. Na wszelki wypadek, gdyby komuś z Was zachciało się to licytować, ostrzegam. To przekręt. Wszystko można powiedzieć o tej Nike 1931, tylko nie to , że jest w stanie MS63. 
Pamiętajcie:
  • Grading nie gwarantuje oryginalności monety.
  • Monety po gradingu czasem wypakowuje się ze slabu i wysyła do ponownego gradingu w nadziei, że dostaną lepszą ocenę. Do czego można użyć pustego slabu z oryginalną etykietą nie muszę wyjaśniać. 
  • Slaby też się fałszuje.

A wracając do początku, gdy po raz pierwszy czytałem wywiad "Okiem kolekcjonera" i dotarłem do pytania "grading, czy "golasy"" natychmiast "oczyma duszy" zobaczyłem coś takiego 



PS I 
Jakaś propozycja polskiego odpowiednika "slabu"?

PS II
Może jednak nie trumienki, bo...


niedziela, 16 lutego 2025

Patrz pod nogi czyli dziewięć zasad kolekcjonerstwa.

Jeszcze jedna książka w lutym. 

Chronologicznie o niej powinno być przed "Przewodnikiem" Starowieyskiego bo wcześniej ją kupiłem i przeczytałem. Chrzanić chronologię, to nie ten przypadek, co tu
To książka całkiem inna od tej sprzed tygodnia. Też kipi od opowieści i kolekcjonerskich anegdot ale więcej w niej przemyśleń o życiu ludzi kolekcjonujących. Ich motywacjach, pomysłach na organizację zbioru, pomysłach na zdobywanie nowych okazów. Przy okazji przemyśleń pojawiają się ZASADY KOLEKCJONERSTWA. 

Najważniejsza jest pierwsza i jednocześnie ostatnia - o niej na końcu.

"Druga zasada kolekcjonerstwa: historia tworzy historię." 
Dobrze to znamy - zbieramy przedmioty, a one, każdy z nich ma swoją historię. I każda z tych historii jest ciekawa. Od nas tylko zależy, czy umiemy do niej dotrzeć, czy umiemy się nią podzielić z innymi.

"Trzecia zasada kolekcjonerstwa: wszystko lepiej wygląda za szkłem."
 Autorka ilustruje to twierdzenie opowieścią o plakietkach pielgrzymich, metalowych drobiazgach często odkrywanych podczas prac archeologicznych. Wykopywane z ziemi zwykle nie wyglądają dobrze, bywają skorodowane, połamane ale po oczyszczeniu, zakonserwowaniu i umieszczeniu w muzealnych gablotach nabierają blasku. Stają sią zabytkami przez duże Z. 
Z monetami jest podobnie. Kolekcja przechowywana w specjalnych szafkach, na dopieszczonych szufladkach 

prezentuje się lepiej, niż kolekcja monet ukrytych w kopertkach. 
A ja i tak wolę kopertki. 

"Czwarta zasada kolekcjonerstwa: co dwa, to nie jeden (a najlepiej trzy)".
Rozumiemy, rozumiemy. Nie istnieje coś takiego, jak za duża kolekcja. Zawsze znajdzie się miejsce na jeszcze jednego trojaczka, na jeszcze jeden banknot. Gorzej mają kolekcjonerzy obrazów, że o meblach i starych samochodach nie wspomnę.

"Piąta zasada kolekcjonerstwa: Gdy słowa przestają odpowiadać faktom, czas rozstać się z nimi i powrócić do faktów".
Autorka o czym innym napisała, inne były przemyślenia, które doprowadziły ją do tej zasady ale moje skojarzenie jest oczywiste - ktoś coś kiedyś napisał, słowo poszło w świat, zostało zapamiętane, powielone w cytatach, odwołaniach, aż tu nagle...  

"Szósta zasada kolekcjonerstwa: co było, a nie jest, może być, ale nie musi".
Ten fragment książki jest z tych cięższych, przykrych w uważnym czytaniu. W końcu chodzi o przemijanie, nieuchronność. O to, co czeka każdego, każdą kolekcję, każdą rzecz. I nagle, pod koniec tej części trafiam na coś takiego: 
Przed umasowieniem rzeczy kolekcjonerzy sztuki, kuriozów, naturaliów, starożytności i reszty artefaktów nie mogli mieć nadziei na zdobycie pełnej serii. 
...
Kolekcja do tej pory musiała być, w swojej naturze, otwarta.
...
Współczesna kolekcja jest dziełem teoretycznie zamkniętym, a w praktyce nadal otwartym, tak jak wcześniej. Trzeba jedynie znaleźć pretekst, by zbiór nadal dążył do nieskończoności".
Szukamy nowych odmian, wariantów, błędów, przebitek, pomyłek, przesławnych destruktów i innych wynalazków. Byle był pretekst do dołożenia czegoś jeszcze do kolekcji, do pochwalenia się innym. Niech teraz oni się pomęczą, żeby ich zbiór nie był gorszy.

"Siódma zasada kolekcjonerstwa: najważniejszą rzeczą w kolekcji jest ta następna".
Cóż dodać. Każdy dzień zaczynam od pośniadaniowej sesji przed monitorem przeglądając powiadomienia o nowych aukcjach, nowe oferty na "A", "E" itp. wspomagając się oczywiście systemami wyszukiwania i subskrybcjami zapytań. Co jakiś czas coś się udaje ustrzelić i następuje męczący czas oczekiwania. Czy przesyłka dotrze, czy nie zginie gdzieś po drodze, czy w środku będzie to, co być powinno i w takim stanie, jakiego oczekuję na podstawie zdjęć. Każdy nowy nabytek jest oczywiście źródłem radości i satysfakcji, ale przecież jest już mój, wciągnięty do katalogu zbioru, skreślony z listy braków (o ile tam był). Już nie jest taki ważny, jak ten, na który czekam, albo ten, który mam nadzieję gdzieś zauważyć i kupić.

"Ósma zasada kolekcjonerstwa: nie można mieć wszystkiego (?)".
Powtarzam to sobie co tydzień przeglądając katalogi domów aukcyjnych pełne wspaniałych monet, których nigdy nie miałem i mieć nie będę. 
I jakoś muszę z tym żyć i cieszyć się z tego, co zdobyć się udało.

"Pierwsza i ostatnia zasada kolekcjonerstwa: nigdy nic nie zbieraj, nigdy!".
Tej zasady nie rozumiem i nie akceptuję. W końcu każda działalność człowieka, wszystko co człowiek robi, to kolekcjonowanie - ubrania, wyposażenie domu, przeżycia, wrażenia. 

Na koniec jeszcze kilka malutkich cytatów.
"Nie będziesz panem swego domu, jeśli nagromadzisz w nim zbyt wiele rzeczy" (podobno Lao-cy, którego znałem jako Lao Tse, a ostatnio spotykam jako Laozi).

"Kolekcja to nie śmietnik".

"- Jakbyś widział takie, to bierz!
- Pełno tego było, ale nie brałem.
- Jak pełno, jakto nie brałeś, przecież mówiłem, że trzeba!
- Dziad wołał 10 złotych, bez przesady. Potem wróciłem, ale już nie było" - Samo życie, każdy z nas, kolekcjonerów to kiedyś przeżył albo przeżyje.

Zachęciłem do lektury?

wtorek, 11 lutego 2025

Czy kolekcjoner może być zacnym człowiekiem?

Książka, o której wspomniałem w zakończeniu poprzedniego wpisu, to "Przewodnik zacnego kolekcjonera według F. Starowieyskiego". 

Pamiętam Jego telewizyjne gawędy o sztuce (fragment na YouTube: https://youtu.be/yMnqdfrTPEA?si=AF3v2m110WWy9dhp). Podobały mi się. Dlatego zdecydowałem się kupić tę książkę, którą kiedyś przegapiłem. 

Rzecz bardzo ładnie wydana, tyle że w lekturze, przynajmniej dla mnie, troszkę męcząca. Fakt, pełna smakowitych anegdot z kolekcjonerskiego światka, niestety utopionych w sosie samouwielbienia współautora. Książkę co prawda firmuje Izabela Górnicka-Zdziech ale całość to wypowiedzi Franciszka Starowieyskiego. W pierwszej osobie, ja, moje, mam, widziałem, kupiłem...

Po kilku pierwszych stronach trafiłem na ten fragment. 
Niewielu zbieraczy przechodzi z czasem na zawodostwo. Ja także nie przeszedłem, ale choć nie wypada o tym mówić, mam świadomość, że jestem człowiekiem, który wie o przedmiotach najwięcej w Polsce. Nie znam nikogo w tym kraju, kto by zebrał na ten temat tyle wiedzy, co ja."
I zacząłem się zastanawiać, czy decyzja o wydaniu pieniędzy na tę książkę, zamiast na jakąś monetę była słuszna. Przeczytałem do końca i mimo irytacji dopadającej mnie od czasu do czasu, po przemyśleniu polecam Wam lekturę Przewodnika.

Starowieyski zbierał wszystko, meble, brązy, portrety trumienne, monety (a jakże), sztućce, zegary, srebra i co tylko chcecie. Z wyraźną niechęcią odnosił się tylko do kolekcjonerów kufli - "Nawet tak prymitywne zbieractwo jak kolekcjonowanie kufli wojskowych musi odchamiać.". Jeden z rozdziałów ma tytuł "Kufle - pasja dla nudziarzy". 
 
Przewodnik zacnego kolekcjonera - zastanawia mnie, które ze znaczeń słowa "zacny" mieli na myśli autorzy. U Brucknera "zacny" nie ma osobnego hasła. Pojawia się tylko jako jedno ze znaczeń słowa "godny". 

W "Słowniku etymologicznym języka polskiego" Wiesława Borysia czytam, że słowem "zacny" określało się w dawnej polszczyźnie człowieka "mającego szlachetny charakter, dobre serce, prawego".
Zostawmy etymologię i sięgnijmy do Wielkiego słownika języka polskiego. Jako jedno ze znaczeń "zacnego" znajdujemy w nim "taki, który ma wysoką wartość lub jakość, przez co zasługuje na szczególną uwagę lub poważanie" i to wydaje mi się być najbliżej intencji autorów. Franciszek Starowiejski bez wątpienia był kolekcjonerem zasługującym na szczególną uwagę i poważanie.  

A co radził kolegom "po pasji", by i oni byli kolekcjonerami zacnymi? 
Doradzał kupowanie przedmiotów z duszą, wzbudzających emocje. Odradzał kupowanie czegoś, co nazywał "czekiem" - obrazów, mebli, rzeźb, których wartość wynika nie z jakości i urody, tylko z umieszczonego na nich podpisu. "No cóż, kupiliby, jakby było sygnowane, inaczej - nie. Gdyby to było gówno, a sygnowane, to też by kupili.". Ja tak odbieram te wszystkie "nienotowania", "MAX-noty" i "EM ESY" w aukcyjnych opisach.  

O kolekcjonerach kufli już wspomniałem. O miłośnikach monet Starowieyski też wyrażał się z niechęcią: "Zbieracze monet to specjalny rodzaj ludzi, współcześni technokraci. Mieszkają ponuro, ich domom brak dekoracji. Banknoty, monety czy medale trzymają w plastikowych klaserach.". Ale kilka linijek niżej czytamy "Początkującemu zbieraczowi, który chce zostać poważnym kolekcjonerem, rozumiejącym naturę rzeczy, a nie dekoratorem wnętrz, poleciłbym zaczynać od numizmatyki. Na kawałku metalu, jakim jest moneta, można nauczyć się materii.". Coś w tym jest , bo pamiętam, jak kilka lat temu uratowałem kolegę przed zakupem za duże pieniądze "srebrnej" cukiernicy na pchlim targu. Nie ten kolor, nie ten połysk...
Rozdział "Denar Łokietka i 3 grosze Stanisława Augusta" to jeden z lepszych kawałków tej książki. I wcale nie dlatego, że jest o monetach. To w nim Starowieyski przyznaje się, że jednak nie wszystko wie. 

Na koniec jeszcze jeden cytat. "...bo warto zbierać absolutnie wszystko: pudełka od zapałek, bagnety, obrazy Leonarda; każdą rzecz, którą człowiek zrobił. Jest tylko ważna zasada kolekcjonerska: ilość przechodzi w jakość. Musi to być taki zestaw, by można z niego wyciągnąć jakiś wniosek: coś napisać czy opowiedzieć coś ciekawego.".

"Przewodnik" jest gęsty, pełen bon motów, anegdot, opinii (zwykle arbitralnych), opisów przedmiotów i ludzi. To nie jest jedna z tych książek, które po pierwszym przeczytaniu trafiają na półkę, na której zostają i łapią kurz. To trzeba co jakiś czas czytać na nowo, niekoniecznie całość, można otwierać w losowym miejscu i kończyć po kilku stronach. Na pewno będzie o czym myśleć, analizować swoje działania i plany. 

Polecam.

piątek, 7 lutego 2025

Przegląd zaległości.

 Od czego by tu zacząć...

Pod koniec lutego ubiegłego roku napisałem:

Plany na rok 2024

Blog mi się nie znudził. Mam kilka pomysłów na nowe teksty i może nawet dwa cykle, a życie podsunie następne.
Mam w planach kilka "numizmatycznych" wycieczek. Jak się udadzą, będą sprawozdania.  
Mam w planach dwa (na razie) numizmatyczne projekty DYI. Może nawet jakiś filmik się pojawi w związku z jednym z nich. 
Może uda się sprężyć i będą nowe wydania katalogów. Z góry uprzedzam, że nie wszystkich. 
Może uda mi się napisać coś nowego większego. Na pewno nie nowy katalog, bo na to trzeba czasu, a wolnych tematów coraz mniej i nie jestem jeszcze pewien za co się złapać. 
Czego nie będzie - filmów na YouYube i TikToku ani podkastu. Nie planuję też powrotu na FB ani aktywności na innych serwisach social media. Nie moje klimaty.
Wypada się rozliczyć. 
Nowe teksty oczywiście były - 26 wpisów w 2024 r. 
Jeden zaplanowany cykl się udał - Dukaty lokalne i inne wynalazki. Część pierwsza i druga.
Drugi nie wypalił. Napisałem kilka zdań i jakoś nijako to wyglądało. Odpuściłem.
Z "kilku numizmatycznych wycieczek" udała się jedna - W odwiedziny do ulubionego stoika. Niecałkiem numizmatyczna, monety były tylko przy okazji, ale chyba można odhaczyć jako zrealizowane.  

Projekty DYI - oba gotowe.



Nowych wydań katalogów nie ma. Na razie. Na warsztacie jest angielskojęzyczne wydanie książki o miedziakach koronnych Augusta III. Nie tyle tłumaczenie, co gruntowna przeróbka i uzupełnienia. Trochę czasu jeszcze mi to zajmie.


Pisałem kiedyś, że mam taki folder, do którego wrzucam rozmaite ciekawostki z myślą o późniejszym wykorzystaniu ich na blogu. Dawno z niego nic nie wyciągałem, więc...
Zaczynamy od najstarszego obrazka. 
Nie wiem czy Allegro zatrudnia jakąś AI. Jeśli tak, to jest do zwolnienia.

A tak wnuk podsumował jeden z moich nielicznych grudniowych numizmatycznych zakupów. Co to za moneta?

Przechodzimy do tegorocznych zaskoczeń. 
Styczeń 
Naprawdę? 40 złotych + "młotek" + koszty wysyłki po to żeby zdobyć monetę, którą w podobnym stanie zachowania, przy odrobinie cierpliwości można wyłowić z obiegu?

No to następna historia z cyklu "kto bogatemu zabroni". 
15 lutego 2024: 
4 czerwca 2024: 

Tak, to nie taka sama tylko TA SAMA moneta. Po 110 dniach 552 złote przepadły w czarnej dziurze. 

A teraz pora na cykl "nie ma przypadków panie doktorze". Naprawdę? To dlaczego te zestawy miedziaków Augusta III poszły za identyczną kwotę? W odstępie trzech dni!
Zestaw sprzedany przez RDA opisałem niedawno. U Marciniaka było tylko 20 monet, więc wypada po 22,80 za sztukę. O 7 złotych drożej, niż na aukcji RDA ale... nie dość, że wszystkie monety mają czytelny rocznik, to w zestawie są między innymi trzy anomalne grosze, z czego jeden bardzo rzadki oraz jeden rzadki (nie tak bardzo, jak grosz) szeląg z 1754 roku w typie gubińskim ale bez literki pod herbami. 

Za kilka dni skończę czytać niedawno kupioną książkę. Przegapiłem ją kiedy ukazała się w roku  2008. Nic straconego, już ją mam. 

sobota, 1 lutego 2025

I znów o Facebooku

W poprzednim wpisie dotyczącym zagadkowego szeląga Augusta III wyraziłem zdziwienie, że wiadomość o nietypowym szelągu została opublikowana w sieci, w miejscu dla mnie całkiem nieoczywistym, bo nie na blogu firmy, nie na znakomitym blogu Pana Marcina Żmudzina, nie na uznawanym za poważne i wpływowe forum TPZN, tylko na firmowym profilu na Facebooku.

Po kilkudniowych przemyśleniach i testowym przeglądaniu internetu doszedłem do wniosku, że wytłumaczenie może być tylko jedno - Święty Graal marketingu, czyli ZASIĘG. Mam jednak bardzo poważne wątpliwości co  do skuteczności wykorzystywania z mediów społecznościowych do prowadzenia merytorycznych, fachowych dyskusji. Nie mam możliwości sprawdzenia, jaki zasięg ma taki wpis na FB. 

Widzę tylko, że przez prawie miesiąc (wpis z 7 stycznia) wpis polubiło 195 osób, podzieliły się nim z innymi 4 osoby. W dyskusji napisano 58 komentarzy. Nie dziwi mnie to, bo żeby dziś na ten wpis trafić trzeba bardzo długo przewijać kolejne ekrany z przeróżnymi treściami.

Dla porównania zasięgi z forum TPZN z działu dotyczącego monet Polski przedrozbiorowej. 

Wrzucę tu prośbę o opinie na temat tego szeląga. Zobaczymy jak tu będzie wyglądał odzew.

Ja konta na FB już nie mam. Dostęp do niemałej części publikowanych tam wiadomości mam dzięki odpowiednim środkom technicznym: system operacyjny (Debian) + przeglądarka (Vivaldi) + dodatki do przeglądarki (F.B.Purity i uBlock Origin). Kiedy porównałem to, co widzę wchodząc na FB na moim komputerze z tym co widać na typowym zestawie (Windows 11 +Firefox/Chrome) nie mogę zrozumieć jak można z FB korzystać. Lawina reklam, bzdurnych apeli, propozycji nowych znajomości przy braku kontroli nad chronologią treści to po prostu absurd. Nieostatni. 

Śledzę kilka fejsbukowych profili. Większość z nich, to profile otwarte, z wpisami dostępnymi dla wszystkich. Moje środki techniczne (patrz wyżej) pozwalają jeszcze na podgląd niektórych grup zamkniętych, do których dostęp teoretycznie jest możliwy dopiero po uzyskaniu członkostwa grupy. To głównie tzw. grupy sprzedażowe (czytaj sklepiki) ale nie tylko. Dlaczego ta grupa jest grupą zamkniętą nie jestem w stanie zrozumieć. Czyżby chodziło o zabezpieczenie przed zalewem ofert handlowych?

Profil Portal Numizmatyczny jest profilem otwartym, na którym wpisy mogą publikować jedynie administratorzy. Można je komentować. Projekt Portal Numizmatyczny oprócz profilu na FB ma również swoją stronę www. 
Ostatni wpis na niej pochodzi jak widać z 21 stycznia 2024. Czyli "FB rulez". Liczba 10.000 osób śledzących aktywność PN na FB robi wrażenie. Czy i jak te osoby radzą sobie z wyłuskiwaniem interesujących treści z zalewu śmieci to już inna sprawa i nie moje w końcu zmartwienie.

No to sobie ponarzekałem.

A teraz się pochwalę. Tym czego nie kupiłem i tym co wczoraj przyniosłem z paczkomatu. 

Nie kupiłem (bo nie licytowałem) tego zestawu miedziaków Augusta III. 


Zestaw poszedł niedawno za 456 złotych (młotkowe wliczone). 30 monet. Z tego 5, to niemożliwe do zidentyfikowania wycieruchy. Ponad 15 złotych za sztukę! Ja takie rarytasy trzymam w pudełku z etykietką ZŁOM. 

Kupiłem to.  

Cynkowy żeton dość często pojawiający się na OneBid. Zwykle opisywany, jako żeton warszawskiej piekarni Merkury. Rzadziej prawidłowo, jako żeton warszawskiego Stowarzyszenia Spożywczego Merkury. 

Stowarzyszenie założono w 1869 roku. Znalazłem w sieci druk wydany z okazji dziesięciolecia stowarzyszenia. 

To bardzo ciekawy dokument początków spółdzielczości w Polsce. Rzeczowy opis zamierzeń założycieli, problemów które pojawiły się w pierwszych latach i metod, jakim z tymi problemami sobie radzono. 

Częścią tego sprawozdania jest statut stowarzyszenia. 

Szczególnie interesujący jest jego artykuł czwarty. 
Mowa w nim o "markach" - żetonach sprzedawanych członkom stowarzyszenia za gotówkę. Żetony miały służyć do wymiany na towar, wyłącznie w placówkach stowarzyszenia. I taki żeton sobie właśnie kupiłem. Bardzo mi się podoba jego nominał - pół bułki. 

P.S.

Kojarzycie takie szyldy? 

Albo ceramikę z tymże logo, często spotykaną na pchlich targach?

Społem to w prostej linii spadkobierca Merkurego – protoplasty wszystkich współczesnych warszawskich Spółdzielni „Społem”.


sobota, 25 stycznia 2025

Tajemniczy szeląg 1749

 Zaczęło się 6 stycznia od wiadomości od pana Marcina: 

"Piszę z prośbą o opinię na temat monety, która spędza mi ostatnio sen z powiek. Załączam jej zdjęcia w mailu. To bardzo nietypowy szeląg Augusta III...  
Moneta pochodzi ze zbioru zamkniętego w końcu lat 80-tych.".

Pan Marcin był skłonny uznać to za produkt którejś z mennic pracujących podczas wojny siedmioletniej.

Rzeczywiście, na załączonych zdjęciach jest szeląg bardzo nietypowy. Tak wygląda w zestawieniu z monetą typową. 

Teza o biciu "wojennym" nie spodobała mi się. Na szybko odpisałem tak:

Na pewno nie z okresu wojny siedmioletniej. Nie ten styl, nie ta data - szelągi i grosze początkowo bito w przejętych mennicach z wsteczną datą 1754. Być może we Wrocławiu z datą 1753, ale to tylko przypuszczenie. 

Gdyby nie to, że jak Pan napisał, moneta jest ze zbioru zamkniętego przed 1990 r. myślałbym, że to robota tego magika od menniczych boratynek litewskich 1661.

Stemple pierwszej partii szelągów przygotowali Johann Wilhelm Höckner i Christian Sigismund Wermuth. Höckner  odszedł z mennicy w tym samym 1749 r. Jego następcą został asystent Wermutha, Carl Christian Pribus, który robił stemple dla Grunthalu aż do 1755 roku zachowując styl i jakość wykonania przez cały ten okres. 

Jedyne co mi na myśl na szybko przychodzi, to że ten dziwny szeląg to pierwsze podejście do testowej serii z 1749 roku spod ręki Höcknera. 

Druga możliwość, to warsztat Wermutha. Coś jak szeląg Augusta Mocnego z 1720 roku.

Oczywiście na myśli miałem na myśli nie Christiana Wermutha, medaliera Augusta Mocnego, właściciela prywatnej mennicy w Gotha tylko jego syna, Christiana Sigismunda Wermutha pracującego w mennicy drezdeńskiej. Tyle, że syn nie poszedł w ślady ojca i nie miał prywatnego warsztatu produkującego medale i żetony. 

Po namyśle odrzuciłem też możliwość, że to dzieło Höcknera. Wprawdzie miał on w tym czasie 78 lat, ale nadal musiał mieć dobry wzrok i pewną rękę, bo dwa lata później, jako osiemdziesięciolatek, zrobił stemple do medalu na inaugurację Katedry Świętej Trójcy w Dreźnie. 

Tymczasem wygląda na to, że ten przedziwny szeląg wyszedł spod mniej wprawnej ręki. I chyba z gorzej przygotowanego warsztatu, bo takie tło nie pasuje do porządnej mennicy. 
Takie tło jest charakterystyczne dla monet wybitych starymi, skorodowanymi stemplami ale tę możliwość też odrzucam. Po pierwsze z powodu braku dwukropków w legendzie rewersu, po drugie z powodu nadmiernych uproszczeń rysunku i awersu, i rewersu. O ile na upartego można przyjąć, że rewers wybito starym zregenerowanym stemplem, na którym zaniknęła część szczegółów, 
to na awersie mamy portret zupełnie innej osoby! 

A co z możliwością, że to bicie z okresu wojny siedmioletniej? Wydaje mi się to nieprawdopodobne z powodu najprostszego z możliwych. Carl Christoph Pribus za 102 pary stempli polskich szelągów dla roczników 1751 i 1752 otrzymał 300 talarów. Czyli para stempli szelężnych kosztowała około trzech talarów. Niewiele droższa powinna być para stempli groszowych. Bicie groszy dawało większy zysk od bicia szelągów, tym bardziej, że równocześnie manipulowano wagą monet. Dlatego gdy mowa o fałszerstwach Fryderyka II, zawsze podkreśla się maksymalizację zysku - przez zaniżanie próby kruszcu dla złota i srebra i optymalizcję kosztów dla miedzi. Wojenna produkcja polskich miedziaków to przede wszystkim grosze. Szelągi bito dotąd, dokąd możliwe było użycie oryginalnych saskich stempli i ich regeneracja. Później ich produkcja stawała się nieopłacalna. Do tego dochodzi jeszcze sprawa rocznika. Na podstawie archiwaliów z Geheimes Staatsarchiv Preussischer Kulturbesitz Elke Bannicke i Lothar Tewes przedstawili krótko losy mennic w Grünthalu, Gubinie, Dreźnie i Lipsku. Jedyne znane autorom dowody na bicie polskich pieniędzy miedzianych w mennicach saskich pod nadzorem pruskim dotyczą wyłącznie Lipska i Drezna, dokąd przeniesiono wyposażenie z Grünthalu i Gubina. Do stycznia 1758 r.  produkcję prowadziło konsorcjum Ephraima bijąc grosze z datami 1753, 1754 i 1755, a od lutego 1758 spółka Gumpertza, Isaaca i Itziga. Ta spółka rozpoczęła bicie groszy z datą 1758 i kontynuowała je do stycznia roku 1759 (Elke Bannicke und Lothar Tewes: „Polnisches Kupfergeld der Jahrgänge 1752 bis 1755 sowie 1758 — geprägt unter sächsischer oder preußischer Herrschaft?”. W Beiträge zur brandenburgisch/preußischen Numismatik, Numismatisches heft 2015). Nie ma mowy o biciu szelągów, nie ma mowy o biciu monet z roczników wcześniejszych, niż 1753.

Co pozostaje - fałszerstwo na szkodę kolekcjonerów. Ale kiedy wykonane? 

Dziewiętnastowieczni autorzy katalogów uznawali rzadkość rocznika 1749 ale za rzadszy, zgodnie i całkiem słusznie uznawali rocznik następny. Jaki miałby być cel fałszowania rocznika 1749? Nakład pracy niemały, potencjalny zarobek niewielki. Poza tym przypuszczam, że gdyby był to wyrób XIX-wieczny, to zdążyłby już zaistnieć w kolekcjonerskim światku. 

Zbliżamy się do czasów najbliższych. "Moneta pochodzi ze zbioru zamkniętego w końcu lat 80-tych.". Na razie nic więcej o niej nie wiemy. My, czyli kto? I tu pora na kolejne zaskoczenie. Przynajmniej dla mnie. Wiadomość o nietypowym szelągu została też opublikowana w sieci, w miejscu dla mnie całkiem nieoczywistym, bo nie na blogu firmy, nie na znakomitym skąd inąd blogu Pana Marcina, nie na uznawanym za poważne i wpływowe forum TPZN, tylko na firmowym profilu na Facebooku. 

Tyle dobrze, że na otwartym profilu, a nie na jakiejś zamkniętej grupie. I rozpoczęła się dyskusja:

  • Łukasz Gorzkowski
    bardzo ciekawa moneta i dobrze by było zeby tu wypowiedzieli sie specjaliści od saskiego mennictwa miedzianego, bo o ile ogólna prezencja monety jest bardzo ładna itd to wszytsko co na niej widzimy zarówno na awersie jak i rewersie jest swego rodzaju nowum. W takich przypadkach dobrze byłoby prześledzić inne monety miedziane z podobnych roczników wcześniejszych i pózniejszych w poszukiwaniu identycznych elementów jakie mamy tutaj. I nie dotyczy to tylko monet saskich. Jeśli rytownicy używali punc to te punce wykorzystywali wielokrotnie, więc elementy takie jak Orły czy Pogonie lub też korona nad tarczą powinny sie gdzies pojawiać. Z drugiej strony ciężko sobie wyobrazić, że rytownik wykonał tą tylko parę stempli której zaden z elementów nie pojawia się już później na miedziakach saskich - chyba ze sie pojawiają? to takie moje spostrzeżenie na szybko i jak pisałem wyżej, tu muszą sie wypowiedzieć specjaliści z tego zakresu, bo np mnie sam argument ze moneta przeleżała w jakiejś kolekcji 40 lat ( czyli gdzies od 85 roku) a wczesniej pozyskana od kolekcjonera o niczym nie świadczy bo troche tu jak dla mnie elementów nieznanych wcześniej a jednocześnie zbyt mocno odbiegających od tego co znamy, co z drugiej strony też o niczym nie przesądza.
    • Marcin Żmudzin
      Pytałem o opinię już pana Jerzego (autora katalogu na ten nominał). Dodatkowo wysłałem do innej osoby, która mocno siedzi w tym temacie. Mamy też swoją analizę. Ale uznaliśmy, że wolimy nie narzucać tu niczego
      • Łukasz Gorzkowski
        tak na szybko ale tez rozwine swoje spojrzenie troche pozniej to moneta jest falszerstwem wg mnie
      • Łukasz Gorzkowski
        Rownie dobrze moze to byc jakis rodzaj polproduktu czy wstepnego projektu ostateczie niezaakceptowanego czy poprawionego w pozniejszym czasie do formy jaką znamy obecnie czy powszechnie znanej, ale rownie dobrze moze to byc jakis rodzaj falszerstwa i tu powodow czy domyslow moze byc cala masa. Tu warto spojrzec na taki produkt z kazdej strony poczawszy od nietypowosci krążka na niestandardowosci rysunku kończąc. Tak zupelnie amatorsko w tym temacie ktory jrst mi niemal kompletnie obcy to jesli patrzymy na orly to nieznamy takich z produktow znanych z tego rocznika ale podobne znajdziemy juz w roku 51 cz 52. Cyfra 4 w dacie tez jest inna niz w 1749, bardziej moze jak na groszach z 54? Moze to szelag wybity juz po roku 49? Tylko gdzie i po co? Komu zalezalo by na wprowadzeniu takich szelagow i gdzie? Kto moglby na tym zyskac i co? Jesli masowa produkcja to dzis kompletnie nieznana z wczesniejszych egzemplarzy i kompletnie odmienna wiec masowosc odpada. Jesli jakis rodzaj wstepnego projektu to gdzie mogl przetrwac? Kto moglby miec dostep do takich i czemu weszly do kolekcji prywatnych? Moze byly w zbiorach mennicy i w pozniejszym okresie jakos trafily do kolekcjonerow itd. Pytan jest bardzo duzo i oby udalo sie odnalezc właściwą zgodna z prawdą odpowiedź bo monetka bardzo interesująca 
  • Maciek Kurczyn
    Jakies falszerstwo z epoki moze, albo zeton do gry
    • Dariusz Grzesik
      mnie moneta się nie podoba , myślę że to podróbka z XX wieku,moje uwagi: powierzchnia krążka nie jest gładka , litery są nierówne, błędny(niedokładny) herb Wettynów ,dwie różne Pogonie, "toporne" Orły ...nie interesuje się mennictwem Sasów moim "konikiem" to miedziaki Poniatowskiego , oczywiście mogę się mylić.
      • Paweł Bohdanowicz
        Czy Pana zdaniem Pogonie na miedziakach Augusta III zawsze wybijane były na stemplu jedną zespoloną puncą? Czy na poniższym szelągu Pogonie Pana zdaniem są identyczne? Co Pan myśli o pochyleniu szyi konia na górnej i dolnej Pogoni? A co o ustawieniu ogona na górze i na dole?
        https://onebid.pl/pl/monety-august-iii-sas-szelag-gubin-1752-litera-f/2165562#img-2
  • Juliusz Piwowarczyk
    Dlaczego nie bierzecie pod uwagę, że może to być fałszerstwo. Jeśli z epoki i była w obiegu, to oczywiście cenna. Ale jeśli to fałszerstwo n. p. z ostatnich 50 - 100 lat w celach kolekcjonerskich, to śmieć bez wartości.
    • Marciniak – Numizmatyka
      rozważmy różne teorie - stąd też ta prośba o konsultacje - ale to czego jesteśmy zdecydowanie pewni, to że nie jest to “śmieć bez wartości”
    • Olek Nilowicz
      nawet falsyfikaty, to poniekad unikaty, destrukty itp.
    • VALOR antyki
      fałszerstwa na ogół są powtarzalne. Ja takiej monety przez kilkadziesiąt lat nie widziałem, a ten okres był mi szczególnie bliski. Próba ?
  • Krzysztof Chmielewski
    Coś pięknego, rysunek godny talara albo jego wielokrotnosci
  • Michal Slak
    dobrze by bylo sprawdzic rodzaj stopu i porownac z monetami z tym okresem to juz by bylo wiadomo czy jest z tamtego okresu
  • Paweł Bohdanowicz
    Może być próba - stemple wykonane przez innego rytownika, na etapie, gdy szukano rytownika. Cała emisja drezdeńska 1749 bywa huraoptymistycznie nazywana próbną, ale tu to naprawdę można użyć tego słowa. Może też być inna mennica. Niekoniecznie ta sama, co zwykłe 1749.
  • Mariusz Klein
    I może być fałszywką?
    • Paweł Bohdanowicz
      Nie wydaje mi się. Technologia wykonania stempla na wysokim poziomie. Za dobre to, jak na fałszerza ówczesnego i za dobrze siedzi w epoce, jak na fałszerza późniejszego. Wiem, że pójdzie wyżej, ale chętnie dałbym jakieś grosze na poziomie 1000-1200 zł 
      • Marciniak – Numizmatyka
        Wywoławczą na niej wstępnie określiliśmy właśnie na 1000 zł
  • Marek Turkowski
    Katalog monet polskich 1697-1763, str. 174
  • Piotr Gierszal
    Moneta bardzo równo wybita , zazwyczaj były przesunięte stemple na tych monetach tutaj zastosowano jakiś szablon który pozwolił wybić tą monetę równo
  • Bernard Wieczorek
    Odwruc dogury nogami a i tak nie zobaczysz
  • Łukasz Gorzkowski
    no i wiadomo coś więcej odnośnie tej monetki?
    • Marcin Żmudzin
      Planujemy szerszy artykuł z wnioskami, ale to już pewnie po aukcji
      • Łukasz Gorzkowski
        ok trzeba czekac 
  • Artur Dyczewski
    A to co to jest i ile warte . Znalazłem w ponad 200 letnim domu pod posadzka w Irlandii
    • Mehow Wójcik
      Gdyby to była hol moneta strzelałbym, że piedfort a nie klasyczny Oczywiście zależne od wagi. Może i tutaj to samo. Pozdrawiam
      • Marcin Żmudzin
        Waga wyższa, ale jeszcze nie piedfort (1,9 g). Nadmiarowy materiał z resztą poszedł "w boczki", co widać po lekko większej średnicy krążka.
        • Andrzej Wyka
          krążek od grosza?
          • Marcin Żmudzin
            Do grosza niemal drugie tyle brakuje
    • Mehow Wójcik
      Może pruskie fałszerstwo?
  • Leszek Zydor
    Elektor Brandenburski. Czasy mego 4x pradziadka.
  • Grzegorz Borowski
    Skoro ten rocznik jest postrzegany jako próbny to dlaczego by nie przyjąć, że był bity różnymi stemplami, próbnymi.
  • Marek Łożyński
    I to kocham w numizmatyce, co rusz,jakaś niespodzianka,coś nieznanego,zagadkowego,niespotykanego.
  • Bolek Cienki
    mam podobną z1754r
  • Igor Obuchiwski
    August jak by z 20 lat młodszy, być może jakaś próbna seria trafiła w obieg
  • Grzegorz Tarnogrodzki
    Widzę tu dużo zdjęć z monetami. Ciekawe czy wszyscy posiadacze tych monet posiadają je? Legalnie
    • Kazik Zub
      a ciekawość to pierwszy stopień do piekła
  • Kamil Nowakowski
    Ja posiadam takiego,nie za piękny ale jest
    • Marciniak – Numizmatyka
      to jest zupełnie klasyczny styl
    • Krzysztof Bisek
      nic nadzwyczajnego.Zwykły Sas
    • Tomasz Bo
      .... nadzwyczajny jest stan zachowania, mi się podoba 
      • Krzysztof Bisek
        stan ponad przeciętny Cieszy oko
  • Grzegorz Knuter
    próbna odbitka, bez dbałości o wagę i średnicę.
  • Andrzej Wołek
    Ostatnia moneta z przed rozbiorów Polski
    • Attyla Hun
      no tak, bo Poniatowski nie bił monet…
  • Krzysztof Jakielski
    Stan Wybitny ale i tajemnicza Mennica oraz Rytownik
  • Szczepan Ciechalski
    No faktycznie, grubas tu z 10 kilo chudszy jak zwykle! Piękna moneta ,piękny rocznik, pierwszy raz taką widze w takim stanie
  • Sławomir Matelski
    Tak dla porównania o wiele ,wiele gorszym stanie
    • Marciniak – Numizmatyka
      tak, ale Pana jest z zupełnie standardowego warsztatu. Proszę spojrzeć na wykończenie tarcz, czy liternictwo.
 Specjalnie pokazałem całość, jako przygrywkę do następnego wpisu. To znaczy nie wiem, czy całość, bo ze względu na brak konta na FB, nie mam wygodnego dostępu do publikowanych tam treści. Zwykle tak się to kończy. 
W każdym razie jest dyskusja, są przemyślenia poważne, są typowe internetowe bzdety ale nie znalazłem nic, co by mnie do którejkolwiek opinii mocno przekonało. Ufam oku i doświadczeniu pana Pawła Bohdanowicza ale nie jestem przekonany, że "...za dobrze siedzi w epoce, jak na fałszerza późniejszego."

Na razie Pan Marcin trzyma karty przy orderach. Dokąd ich nie odsłoni, pozostają nam tylko przypuszczenia.

P.S. 14 czerwca 2025

Ciąg dalszy

Printfriendly