Google Website Translator Gadget

piątek, 21 sierpnia 2015

Jesienny terminarz.

Jesień zapowiada się bardzo interesująco.

Najpierw ósma aukcja u Michała Niemczyka - 3 października w warszawskim hotelu Westin. W sieci jest już wstępny przegląd wystawionego materiału. Sporo ciekawego materiału (piękny zestaw literatury z oryginałami katalogów aukcji najważniejszych polskich kolekcji numizmatycznych). Na pełny katalog trzeba jeszcze chwilę poczekać.

Następny weekend  - Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej, wbrew nazwie nie w Toruniu tylko w Krakowie (u Czapskich). To już XI edycja warsztatów, druga w Krakowie. W zeszłym roku znalazłem czas tylko na drugi dzień, w tym roku będę na całości.
Zachęcam do udziału. Program przedstawia się następująco (cytuję treść ogłoszenia z forum TPZN):
Organizatorzy:    Muzeum Narodowe w Krakowie, Fundacja „Traditio Europae”
Patronat:      Institut für Numismatik und Geldgeschichte, Universität Wien
Termin:       9-10 października 2015 roku
Miejsce:      Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego, ul. Piłsudskiego 12, Kraków
Dla kogo?
Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej są cyklem wykładów i zajęć praktycznych z zakresu mennictwa starożytnej Grecji i Rzymu oraz obszarów kulturowo pokrewnych lub zależnych (perskich, partyjskich, celtyckich i naśladownictw z obszaru północnego Barbaricum). Skierowane są do studentów oraz doktorantów archeologii i historii, kolekcjonerów monet antycznych starożytnej Grecji i Rzymu, jak też do wszelkich miłośników kultury antycznej.

Program:
9 października: wykłady i zwiedzanie od godz. o 10.00 do 18.00, między modułami przerwa na obiad - od 14.30 do 15.30:
- „Mennictwo Imperium Romanum w Rzymie i w prowincjach: wprowadzenie” - 2 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (B. Awianowicz)
- „Moneta jako źródło archeologiczne” - 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (J. Rakoczy)
- „Badania składu pierwiastkowego monet ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie” – 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (J. M. del Hoyo, M. Matosz)
- zwiedzanie ekspozycji monet antycznych MNK w Pałacu Czapskich (oprowadza J. Bodzek).

10 października: od godz. 9.00 do 18.00, między modułami obiad - od 14.30 do 15.30:
- od godz. 9.00 do 10.00 możliwość indywidualnego zwiedzenia ekspozycji monet w MNK w Pałacu Czapskich
- „Mennictwo Seleukidów - cz. 3.” - 1,5 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (J. Bodzek)
- Panel dyskusyjny poświęcony aspektom prawnym związanym z numizmatyką - 1,5 godz. (P. Groński)
-  „Nieniszczące badania monet” – 1,5 godz. wykładu pracownika LANBOZu
- zwiedzanie Laboratorium Analiz i Nieniszczących Badań Obiektów Zabytkowych – 2 godz.

Warsztaty poprowadzą m.in.:
dr hab. Bartosz Awianowicz – filolog klasyczny, adiunkt w Katedrze Filologii Klasycznej UMK, prezes Toruńskiego Oddziału PTN, autor podręcznika Język łaciński z elementami epigrafiki i numizmatyki rzymskiej dla historyków i archeologów (wyd. 1. Toruń 2006, wyd. 3. Toruń 2010), kompendium legend i skrótów na monetach republikańskiego Rzymu pt. Monety Republiki Rzymskiej. Kompendium (2010) oraz wielu artykułów z zakresu m.in. epigrafiki i numizmatyki antycznej.
dr hab. Jarosław Bodzek – archeolog, kierownik Gabinetu Numizmatycznego w Muzeum Narodowym w Krakowie, adiunkt w Instytucie Archeologii UJ, redaktor „Notae Numismaticae”, autor monografii ΤΑ ΣΑΤΡΑΠΙΚΑ ΝΟΜΙΣΜATA. Mennictwo satrapów w okresie panowania Achemenidów (ok. 550-331 a. C.) (Kraków 2011), tomu Sylloge Nummorum Graecorum. Poland. Volume III. The National Museum in Cracow. Part 4. Sarmatia-Bosporus (Kraków 2006) oraz wielu artykułów poświęconych archeologii i numizmatyce antycznej.
mgr Paweł Groński – sędzia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie; do 2004 r. specjalista w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji; współpracownik Kancelarii Premiera i Sejmu RP oraz Prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego; autor publikacji m. in. z zakresu prawa administracyjnego oraz prawa pracy; pasjonat numizmatyki (głównie antycznej) od ponad 20 lat.
dr Julio M. del Hoyo-Meléndez – absolwent Universidad Politecnica de Valencia w zakresie konserwatorstwa, pracownik LANBOZ Muzeum Narodowego w Krakowie, specjalista analiz materiałowych przedmiotów muzealnych, w tym monet – współautor m.in. wraz z Martą Matosz publikacji m.in. na temat badań promieniami X  monet piastowskich.
dr Jacek Rakoczy – archeolog, asystent w Zakładzie Archeologii Antycznej UMK, współautor Mennictwa bosporańskiego od VI do końca II wieku p.n.e. (Toruń 2012) i autor artykułów archeologicznych i numizmatycznych.

Warunki uczestnictwa:
Prosimy o potwierdzenie chęci uczestnictwa w warsztatach do końca września 2015 r. Prosimy też o informację, czy będą Państwo uczestniczyć w całości, czy też w części przewidzianych zajęć. Jeśli przyjeżdżają Państwo jedynie na część warsztatów, prosimy o informację o konkretnych terminach.
Koszt uczestnictwa w warsztatach: 80 zł za całość, lub 40 zł za udział w modułach jednego dnia (w cenę wliczony obiad i materiały). Dla studentów i doktorantów udział darmowy.
Prosimy o wpłaty najpóźniej do 30 września 2015 r. na konto Fundacji „Traditio Europae” w Volkswagen Bank Direct: 16 2130 0004 2001 0426 1574 0001 z dopiskiem: „darowizna na cele statutowe – numizmatyka antyczna”.

Wszystkich zainteresowanych prosimy o kontakt z Bartoszem Awianowiczem: bartosz.awianowicz@uni.torun.pl
Październik zakończę w Gdańsku na koncercie DMB - z numizmatyką niewiele ma to wspólnego, ale na monetach świat się nie kończy.

Na tym nie koniec.
Na Facebooku, profilu Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka pojawiła się informacja o przygotowaniach do wydania dwóch publikacji Rafała Janke. Będą to "Katalog monet Stanisława Augusta Poniatowskiego" zapowiadany na koniec roku oraz "Historia Mennicy Warszawskiej 1765-1868", która ma się ukazać już w październiku. Obie pozycje zapowiadają się niezwykle interesująco i na pewno pojawią się na półkach mojej biblioteczki.


Żeby tradycji stało się zadość muszę jeszcze znaleźć jakieś zdjęcie. Co by tu...
O!
Taki widoczek mieliśmy z werandy przed naszym wakacyjnym locum.


A potem przyleciały szpaki.





środa, 19 sierpnia 2015

Jak zwykle o tej porze roku.

Blog mi się nie znudził ani tym bardziej nie umarł. Jak co roku zafundowałem sobie pięciotygodniowy urlop - bez pracy, bez komputera, internetu, telewizji i gazet, za to z książkami i radiem.
Jak zwykle Bory Tucholskie. Jak zwykle wspaniale, tyle że niestety prawie bez grzybów - zaczynam się do tego powoli przyzwyczajać.
Od monet też odpoczywałem. Jedyny wyjątek, to tradycyjne odwiedziny w chojnickim muzeum, które jak zwykle przygotowało bardzo interesujące wystawy czasowe. Jak łatwo przewidzieć, zainteresowała mnie zwłaszcza wystawa "Archeologiczne świadectwa kultu maryjnego w średniowiecznym Gdańsku". Oczywiście ze względu na monety i liczmany.

Znakomicie prezentowały się gabloty z plakietami pielgrzymimi
i manekin pokazujący ich miejsce na stroju pielgrzymów.

W muzeum, co było do przewidzenia, tłoku nie było. Byłem jedynym zwiedzającym. Tłum był na plażach. Tam, gdzie od lat spędzamy wakacje jest na szczęście mnóstwo miejsc, w które łatwo przed tłumami uciec. Nie trzeba, jak nad naszym morzem, wstawać o świcie by zapewnić sobie wystarczającą ilość miejsca nad wodą. Bywały dni - nawet te upalne - w które na naszym ulubionym miejscu nad naszym ulubionym jeziorem byliśmy sami. Mam nadzieję, że ten stan rzeczy długo się jeszcze utrzyma. Nie chcę, by wakacje zaczęły mi się kojarzyć tylko z "kutrem rybackim przerobionym na statek wycieczkowy w kształcie okrętu pirackiego" (cytat z radiowej wiadomości o wypadku "wycieczkowca" bodajże w Ustce) ruszającym w rejs z przystani przy zatłoczonej do granic możliwości plaży. Bo i takie atrakcje można w okolicy znaleźć.

Przed urlopem rozesłałem kwerendę do dziewięciu muzeów szczycących się dużymi kolekcjami numizmatycznymi. Pytania dotyczyły oczywiście miedziaków A3S, a konkretnie kilku szelągów, które znam wyłącznie z publikacji. Nie udało mi się pomimo usilnych starań zobaczyć ich ani w naturze ani nawet na zdjęciach. Odpowiedziało - na razie - 5 placówek. Może po wakacjach odpowiedzą i pozostałe. Jeśli nie, to trudno.
W czterech muzeach interesujących mnie monet nie ma "prawie na pewno". Prawie, bo jedno z nich zaproponowało żebym upewnił się osobiście, a to z tego powodu, że część monet jest słabo zachowana i mogą pojawić się problemy z ich jednoznaczną identyfikacją. Łatwo na przykład pomylić stojącą na głowie literę T z literą L. Z tej propozycji na pewno skorzystam
Piąte muzeum też zaprosiło mnie do przeprowadzenia osobistej kwerendy ale z innego powodu. Wiadomość brzmiała tak:
"Uprzejmie informuję że w ..... znajduje się przynajmniej 380 szt. tych monet z różnych lat wybicia. Są one w zdecydowanej większości bliżej nieokreślone, w związku z czym bardziej szczegółowa kwerenda powinna zostać przeprowadzona przez Pana osobiście."
Postaram się i tam dojechać i przejrzeć te cztery setki monet. Ciekawe, co się między nimi kryje.



W ogóle, magazyny muzealne to ciekawy temat.



Po leniwym lecie zapowiadają się pracowite i numizmatycznie ciekawe  jesień i zima, ale o tym napiszę pojutrze.

niedziela, 28 czerwca 2015

Od łagodnej zimy do samoobsługowej myjni samochodowej.

Zima na przełomie 1881 i 1882 roku była łagodna i krótka. Z jednej strony, to dobrze, bo mniej wydano na opał, nie było powodzi, wcześniej ruszyła wegetacja roślin uprawnych. Z drugiej strony, krótka i łagodna zima naraziła przemysł spożywczy na wielkie straty i spowodowała spadek podaży piwa w drugiej połowie roku 1882.
Wymieniona w tekście wielka lodownia warszawska była przedsiębiorstwem dostarczającym towaru pierwszej potrzeby, na równi z wodociągami. Z nadejściem wiosny, co roku pojawiały się w gazetach ogłoszenia.
Lodownia przy Jeziorku Czerniakowskim nie była jedyna. Konkurencja oferowała nawet niższe ceny

Zauważyliście, że najmniejszą ilością lodu oferowaną w ogłoszeniach jest pół puda? To nie przypadek. Pud to rosyjska jednostka wagowa, około 16 kilogramów. Pół puda lodu (nieco ponad 8 kilogramów) zapewniał utrzymanie przez całą dobę odpowiednio niskiej temperatury w domowych "lodówkach" (zwanych lodowniami pokojowymi) - drewnianych szafkach, w których przechowywano mięso i inne łatwo psujące się produkty żywnościowe.
Lodówka- szafka z szufladą na lód (u góry)
źródło - Wikipedia

Co to wszystko ma wspólnego z monetami, z numizmatyką? Jeśli gdzieś w kontekście pojawiają się pieniądze, to zwykle coś wspólnego znaleźć można.

Kogo było stać, zamawiał abonament na codzienne dostawy lodu. Kosztowało to niemało, bo jak w ogłoszeniach czytamy, pół puda dziennie wymagało wydania co najmniej dwa i pół rubla miesięcznie przez co najmniej osiem miesięcy w roku. Dwadzieścia rubli - kawał grosza. Nie każdy potrzebował lodu codziennie. W końcu nie co dzień było w domu mięso. Można było kupować lód tylko wtedy, kiedy był niezbędny. Można było oczywiście płacić gotówką, ale nie było to wygodne. Z innych doniesień prasowych znamy pojawiające się okresowo braki pieniądza zdawkowego na rynku. Nie było czym płacić, nie było czym wydawać reszty. I jeszcze jedno - lód roznosili ludzie niekoniecznie biegli w rachunkach i co tu dużo mówić, nie zawsze uczciwi. Lekarstwem było wprowadzenie bonów, które w przypadku wielkiej lodowni warszawskiej przyjęły formę metalowych żetonów
awers: WIELKA LODOWNIA WARSZAWSKA
rewers: SŁUŻBA LODOWNI POKOJOWYCH / PÓŁ PUDA
mosiądz? - średnica 23 mm, waga 5 gramów

Pojęcie pieniądza zastępczego jest dobrze znane kolekcjonerom.Zwykle nie mamy problemów z rozpoznaniem w metalowym krążku pieniądza dominialnego czy deputatowego. Rzadziej zastanawiamy się jak taki pieniądz funkcjonował w praktyce. Nie mamy wątpliwości, jak wyglądała transakcja, w której wymieniano żeton na określone dobra (piwo, gotówkę, lód, wodę, chleb). Mniej wiemy o tym, jak pieniądz zastępczy trafiał do ludzi. Łatwo opisać to dla pieniądza dominialnego (folwarcznego) - tu żetony były potwierdzeniem wykonania ustalonej pracy. Nie wymagały od nikogo umiejętności pisania i czytania - odpracowałeś dniówkę przy żniwach, masz "pieniądz" - zrobisz z nim, co zechcesz - wymienisz na normalną gotówkę (tak też można było), dostaniesz w mojej karczmie dzbanek okowity albo odbierzesz równowartość w mące, ziemniakach itp.
Przeczytałem gdzieś, że żetony wydawane przez gazownie stosowano w przypadku klientów, którzy "niechętnie regulowali należności". Takim delikwentom zamiast normalnego licznika miano montować licznik wrzutowy - chciałeś gotować albo mieć jasno, musiałeś wrzucić żeton do licznika. Wydaje mi się, że prawda jest nieco inna. Liczniki wrzutowe zakładano po prostu w mieszkaniach na wynajem. Im częściej zmieniali się lokatorzy tym chętniej stosowano takie rozwiązanie. Stosuje się jej zresztą do dzisiaj.

Żetony na określoną ilość lodu, chleba, wody itp pełniły rolę pośrednią między abonamentem, a sprzedażą detaliczną. Abonament z WLW kosztował 3 ruble za pół puda dziennie, co oznaczało dzienny koszt w wysokości 10 kopiejek. Jednorazowy zakup pół puda lodu wymagał wydania powiedzmy 15 kopiejek. Możne było też kupić potrzebną ilość żetonów (każdy gwarantował dostawę pół puda lodu) po 12 kopiejek. Zysk dla wszystkich - klient miał tańszy lód i jak już miał żetony, to nie poszedł do konkurencji!

Czy nie przypomina Wam to żetonów do samoobsługowych myjni samochodowych?








niedziela, 21 czerwca 2015

Edukacja, głupcze!

Poniżej kilka interesujących (moim zdaniem) miejsc, które warto w internecie odwiedzić.

Monetarium bydgoskie
Polecam "czytelnię". Artykuł o kłopotach finansowych bydgoszczan, to źródło bardzo ciekawych wiadomości o finansach II Rzeczpospolitej widzianych oczyma zwykłych obywateli. Najnowszy artykuł poświęcony pięciozłotówce z 1925 r. (Konstytucja) to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika monet II RP.

Federację Bibliotek Cyfrowych już tu kilkakrotnie wspominałem. Federacja stale powiększa wielkość udostępnianych zasobów, a od niedawna testuje nową wersję strony - polecam gorąco.

Skoro już przy bibliotekach cyfrowych jestem, to chciałbym zachęcić do uważnego przeglądania niezliczonych stron tworzonych przez pasjonatów historii i przez lokalne instytucje. Całkiem przypadkowo trafiłem niedawno na portal Książnicy Cieszyńskiej, a na nim na artykuł profesora Borysa Paszkiewicza o średniowiecznych monetach księstwa cieszyńskiego. Niestety nie na wiele zdają się próby użycia wyszukiwarki umieszczonej na portalu. Lepiej użyć wyszukiwarki Google z opcją przeszukiwania zasobów konkretnej domeny. Wtedy łatwiej o takie odkrycia
http://archiwum.kc-cieszyn.pl/biblioteka/strony/pam9.php?autor=pam9&licz=1

Na kolejnej stronie, http://konik.pl/  jest niestety wiele odsyłaczy nieaktualnych (o tym kilka zdań za chwilę), ale wśród tych niezdezaktualizowanych trafiają się bardzo ciekawe. Na przykład znalazłem tu archiwum gazety "Poszukiwania".  Bardzo sympatyczna lektura na deszczowe dni nadchodzącego lata.

Tak już jest z internetowymi publikacjami, że zdarza im się zniknąć bez zapowiedzi i bez śladu, co gorsza. Dlatego, kiedy trafiam na coś, co uznaję za ciekawe/cenne/przydatne (niepotrzebne skreślić), zapisuję to sobie w archiwum - nie odnośnik, tylko zawartość. Treść strony, albo całego serwisu. Dzięki temu na przykład nie straciłem możliwości wygodnego przeszukiwania publikacji "Die Saurmasche Münzsammlung deutscher schweizerischer und polnischer Gepräge von etwa dem Beginn der Groschenzeit bis zur Kipperperiode" Hugona von Saurma-Jeltsch. Strona, na której udostępniano wygodną do przeglądania wersję (w html-u) od czasu do czasu znika. Ja mam jej pełne archiwum na dysku.
Czasem autor strony sam zaleca i ułatwia archiwizację, vide "Not in RIC" - znakomita strona z poprawkami i uzupełnieniami do "Roman Imperial Coinage". Autor zachęca do tworzenia lokalnych jej kopii http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,7168.0.html


Na tym kończę krótki przegląd prasy, ale na chwilę pozostanę jeszcze przy tematyce internetowej, zręcznie łącząc ją z nieuchronnie nadciągającym końcem roku szkolnego.
Regularnie sprawdzam, czego szukały w sieci osoby, które wyszukiwarki skierowały na mojego bloga. Nie ukrywam, że robię to licząc na podpowiedzi tematów do kolejnych wpisów. Ale nie na takie!
Konkurs!
Bez nagród.
Czy "autor" poniższego zapytania uczęszcza jeszcze do szkoły, a jeśli tak, to czy uzyska promocję do następnej klasy?
Wyszukiwarka Google została zaskoczona takim pytaniem:
"ślady orłuw na monetah"
Zaskoczona, nie zaskoczona, po krótkim namyśle zaproponowała między innymi mojego bloga (przetestowałem). 
Zaproponowała też poprawną pisownię treści zapytania. Czy pytający to zauważył? Czy zapamiętał? To już temat na inną opowieść.
Wszystkim, którzy zastanawiają się nad przyczynami niemalejącej stopy bezrobocia, nad upadkiem kultury, kindersztuby, fatalnymi wynikami ankiet na temat czytelnictwa (podobno 10 milionów moich rodaków nie dość, że nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki, to nawet nie ma w domu nic, co można by książką nazwać), wszystkim tym radzę, by zamiast naśladować Billa Clintona i koncentrować się na gospodarce ("It's the economy, stupid"), mieli przed oczyma
Edukacja, głupcze!
Bez edukacji gospodarka rady sobie nie da, choćby wpompować w nią wszystkie pieniądze i dołożyć jeszcze dwanaście groszy.

A jeśli już jesteśmy przy monetach (na razie grosze to jeszcze monety, a nie tylko cyfrowe zapisy na naszych kontach), a jeszcze nie odbiegliśmy zbyt daleko od edukacji, to spróbujcie proszę oszacować prawdopodobieństwo takiego zdarzenia.
Otóż nie planując ani nie poszukując ich specjalnie, w ciągu tygodnia kupiłem do zbioru dwie monety, które mimo tego, że mają różne nominały, zostały wybite w różnych metalach i różnych mennicach za panowania różnych władców (dzieli je niewiele, bo tylko dwadzieścia lat), mają niezwykłą wspólną cechę. Wybrałem je spośród milionów monet oferowanych w internecie.
Staszewski śpiewa prawie o tym samym
Wybrałem Cię spośród milionów.
Wybrałem tak jak mogłem wtedy najlepiej.
Wpuściłem Cię do swego domu.
Nie myślałem o tym co gdzie i kiedy
Właśnie. Nie myślałem, co gdzie i kiedy, a kupiłem:

Na szelągu, na tym skanie tak dobrze tego nie widać, ale na szóstaku już tak. Do wybicia obu monet użyto stempli rewersu z poprzedniego rocznika - 1660 i 1680 odpowiednio, ale ostatnią cyfrę daty zmieniono z zera na jeden. Zmieniono nie przejmując się, że pod jedynkami pozostają widoczne zarysy zer. Taka ciekawostka. Nie tylko numizmatyczna, bo przede wszystkim świadcząca o do bólu pragmatycznym podejściu naszych przodków do pracy, do życia.
 
Inne pytania, które przyprowadzały ostatnio odwiedzających na mojego bloga:
co warto zbierać,
drogie stare monety,
cenne rzeczy z prl.

świadczą o tym, że ludzi bardziej chcą mieć, niż być.No to jeszcze raz:
Edukacja, głupcze!

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Fałszerz Wielki.

Nie pamiętam już kiedy odnotowałem w kalendarzu treść przeczytanego gdzieś w sieci ogłoszenia.
8 czerwca w siedzibie PTN Pan Dariusz Pączkowski przedstawi wykład "Fałszerstwa monetarne Fryderyka II Wielkiego - zagadnienia ikonograficzne na przykładzie monet koronnych Augusta III Wettyna".
Na tydzień przed zapowiedzianą datą zacząłem się niepokoić - żadnej nowej informacji o wykładzie. Cierpliwie odczekałem do piątku, piątego czerwca - nadal nic. Zadzwoniłem do PTN - dyżurująca, dopiero po konsultacjach z szefem koła potwierdziła - wykład odbędzie się zgodnie z planem.
Czy zdziwię Was, jeśli napiszę, że uznałem ten wykład za wydarzenie typu "obecność obowiązkowa"?

Na miejscu byłem pół godziny przed planowanym rozpoczęciem, co okazało się godziną przed rozpoczęciem rzeczywistym. Źle się jeździ samochodem po stolicy.
Furda spóźnienie. Wykład wynagrodził długie wyczekiwanie, a mogło być jeszcze lepiej, po po prostu brakło czasu. Czasu potrzebnego na rozwinięcie tematu i na powykładową dyskusję.

Pan Pączkowski poruszył temat od lat nurtujący kolekcjonerów. Monetarne fałszerstwa Fryderyka II zostały nieźle opracowane i opisane przez historyków i ekonomistów, ale nie doczekały się jak dotąd nawet próby poważnej analizy ze strony numizmatyków. Prace Szelągowskiego, Gumowskiego, czy Schrottera nie dają nam narzędzi pozwalających na odróżnienie pruskich fałszerstw od oryginalnych monet Augusta III poza nielicznymi wyjątkami - na przykład miedzianymi groszami z datą 1758. Uznaje się za pewne, że to produkt mennicy (mennic?) pod pruskim zarządem. Niewiele więcej można jednak stwierdzić. Zdaniem Pączkowskiego na przykład, bito je nie w 1758, tylko w 1760. A może aż do tego roku z nie zmienioną od 1758 datą?
grosz 1758 - to na pewno nie jest oficjalna moneta bita z polecenia króla Augusta

O miedziakach A3S mowa na wykładzie oczywiście była, ale podstawą rozważań Dariusza Pączkowskiego jest srebro. Szóstaki, orty, dwuzłotówki. Bito je (oryginały) krótko, bo od roku 1753 (orty od 1752) do 1756. Wtedy zaczęła się wojna siedmioletnia, saskie mennice przejęli Prusacy i się zaczęło. Bezprzykładna operacja masowego bicia monety obcego państwa za jawnym przyzwoleniem władcy innego państwa. Początkowo z wykorzystaniem narzędzi (w tym stempli) zagrabionych w zdobytych mennicach. Później stemplami wykonywanymi specjalnie w tym celu.
Rzut oka w katalogi wystarczy by się przekonać, jak obfite było to fałszerskie dzieło. Rzadko spotyka się tak wielką ilość odmian i wariantów w tak krótkim okresie. Krótkim z pozoru, bo cały czas na monetach kładziono daty 1753-1756, niezależnie od roku, w którym rzeczywiście je bito. Grosze 1758 i dwuzłotówki 1761 i 1762 to wyjątki. Na domiar złego, są mocne przesłanki do twierdzenia, że polskie srebro Augusta III fałszowano też w mennicach pruskich - np. we Wrocławiu i Królewcu.
Pączkowski zaproponował, by klucza pozwalającego na oddzielenie falsyfikatów od oryginałów poszukać analizując rysunek monet, szczególną uwagę zwracając na portret króla. Dla miedzianych groszy zaproponował dodatkowy wyróżnik - za fałszywe proponuje uznawać te z dużymi literami w legendzie. 
według D. Pączkowskiego to też pruski wyrób, co oznaczało by, że następna moneta, to oryginał
Z moich obserwacji wynika, że większość spotykanych groszy rocznika 1755 to pruskie falsyfikaty.

A co sądzić o groszach tego typu,
na których król "z twarzy nie jest podobny do nikogo"?

Jak wiadomo, August III znany był z obżarstwa "...jedz, pij i popuszczaj pasa". Już jako młody człowiek nie grzeszył nadmierną szczupłością, a z biegiem lat jego sylwetka zaokrąglała się. Dodatkowo dorobił się niedoczynności tarczycy, która przeszła w fazę obrzęku śluzowatego (choroby Gulla). Zmarł jak wiadomo na apopleksję, czyli mówiąc prościej wylew krwi do mózgu.
W chwili pruskiego ataku na Saksonię król był już blisko sześćdziesiątki (urodził się w 1696 r). Na pewno już wtedy zasługiwał na przydomek "otyły". Dlaczego to ważne? Dlatego, ża Pan Pączkowski zaproponował, by za pruskie falsyfikaty uznawać monety, na których August III został przedstawiony, jako posiadacz wielu podbródków albo wręcz monstrualnego podgardla. To w opozycji do części monet, na których Augusta przedstawiono, jako mężczyznę może nie szczupłego, ale z pewnością nie, jako grubasa.

Teza ciekawa i na pewno warta dyskusji, choć osobiście mam w związku z nią wiele wątpliwości.
Nie sądzę na przykład, by fałszerzom szczególnie zależało na jak najwierniejszym przedstawianiu gwałtownie tyjącego monarchy. W końcu poddani nieczęsto mieli okazję do osobistych spotkań z królem. O ile w Warszawie August często pojawiał się publicznie i mógł być widziany przez wiele osób, to na prowincji znano jego twarz głównie z monet i rozsądnie myślący fałszerz powinien dążyć do tego, by jego produkty jak najbardziej przypominały monety oryginalne, a nie do oddawania na bieżąco zmian królewskiej fizys.

Innym wyróżnikiem nieoryginalności może być niska próba kruszcu, z którego wybito monety. Fryderyk Wielki (fałszerz wielki) zarabiał krocie na podrabianiu polskiej monety. Zaniżanie próby kruszcu tylko ten zarobek powiększało. Samo bicie monet ze stopu o próbie niewiele odbiegającej od przepisanej ordynacją też dawało "godziwy" zarobek. Dlatego nie zawsze można dziś uznawać wyniki badania składu stopu za jedyny rzetelny i niepodważalny miernik oryginalności monet. Rzecz komplikuje dodatkowo upływ czasu i podatność monet na wpływy czynników środowiskowych oraz sama technologia mennicza, której elementem było wzbogacanie powierzchniowej warstwy monet czystym srebrem (bielenie). Na domiar złego, porównywanie wyników otrzymanych z użyciem różnych przyrządów (spektrometrów) charakteryzujących się różnymi warunkami i parametrami pracy też może zniekształcać wyniki analiz.
Wszystko to sprawia, że tak trudno dziś odróżnić fryderycjańskie podróbki od oryginałów.

Pan Pączkowski zapowiedział kontynuowanie prac nad tematem. Będę je śledził z uwagą i nadzieją, bo siłą rzeczy tematyka zagadnienia mocno zazębia się z absorbującym mnie problemem miedziaków koronnych Augusta III.

wtorek, 2 czerwca 2015

Co to jest?

Nie znam kolekcjonera monet, który przy okazji budowy zbioru nie nagromadził by mniejszej lub większej - zwykle większej - ilości niepotrzebnych monet. Dlatego, że czasem trzeba kupić jakiś zestaw, w którym wypatrzy się coś "niezbędnego". Dlatego, że czasem zastąpi się egzemplarz gorzej zachowany monetą ładniejszą. Dlatego, że czasem chciejstwo sprawia, że widzimy nie to co jest, tylko to, co widzieć chcemy, a kiedy już zdobycz trafi w nasze ręce, te opadają, bo to przecież nie TO, tylko jakieś byle co.

Szczególną kategorią takich niepotrzebnych nabytków są monety, o których nie wiemy nic poza tym, za ile i kiedy je kupiliśmy, choć nie zawsze wiemy dlaczego. Można by się tego pozbyć, ale z tyłu głowy siedzi taki natrętny podpowiadacz i sączy do ucha
- Jak nie możesz tego znaleźć w katalogu, to może być coś rzadkiego.
albo
- I co? Wystawisz bez identyfikacji? Napiszesz, że nie wiesz co to jest? Będą się z ciebie śmiać!

Mam oczywiście i ja szufladkę ze zbędnymi monetami. Od czasu do czasu wystawiam coś na Allegro albo eBay (ostatnio bardzo rzadko), na Tictail założyłem niewielki sklepik. Może kiedyś uznam, że trzeba się będzie tego pozbyć i zadziałam bardziej zdecydowanie. Na razie zapasy leżą. A wśród nich oczywiście są krążki, których nie zidentyfikowałem. Na przykład taki.
Jednostronnie bity w dobrym srebrze. Średnica 12,2 mm, waga 0,27 grama.
Jesteście nieocenieni. Wszystkie monety zostały zidentyfikowane. Ta, to węgierski brakteat z okresu 1172 - 1270 (Bela III - Bela IV).
edytowane 9 czerwca 2015.


I jeszcze jedna blaszka, też jednostronne bita.
Trochę większa, bo o średnicy 14,5 mm, ważąca 0,32 g.

To również Węgry; brakteat z tego samego okresu. 
edytowane 9 czerwca 2015.

Trafiły do mnie te monetki razem z denarkami jagiellońskimi. Denarki nie sprawiły żadnych problemów, a z identyfikacją tych sreberek mam problem.

Nie pamiętam już czy następna monetka była w tym samym zestawie, czy nie.

To maleństwo (9,5 mm 0,19 grama) ma na pewno coś wspólnego z Węgrami, ale co to dokładnie jest, nie wiem.
Teraz już wiem - rzeczywiście Węgry; parwus Zygmunta Luksemburskiego 1387-1437. 
edytowane 9 czerwca 2015.

Jeśli się nie dowiem, co to za monety, w rozpacz nie wpadnę, ale chętnie skorzystam z podpowiedzi. Lubię wiedzieć.

Bywa też tak, że wiedzieć w zasadzie muszę. Bo trzymać w zbiorze monety, o których się nic nie wie, to wstyd. Mam kilka monet, których identyfikacja zabrała mi sporo czasu. Oto jedna z nich.
Przy poprzednich, po prostu olbrzym. 30 mm średnicy ale waga tylko 3,88 grama.
Śląsk, a konkretniej księstwo legnicko-brzeskie. Rocznik 1621. To dało się z rewersu odczytać. Brak nominału w postaci liczby 24 wskazuje na ćwierćtalara.
Legenda awersu słabo czytelna. Długo nie byłem pewien, czy to Jan Chrystian, czy Jerzy Rudolf. Archiwum WCN nie dawało odpowiedzi. Dopiero mozolne wertowanie Ilustrowanego Skorowidza  E. Kopickiego doprowadziło do celu.Numer 5262 - Jerzy Rudolf Legnicki, ćwierćtalar z nieokreślonej mennicy.
Monetę kupiłem za kilkanaście złotych w roku 2009 wiedząc tylko tyle, że to Śląsk i rok tysiąc sześćset dwudziesty któryś - zdjęcia aukcyjne były fatalne.
Dopiero w roku 2012, kiedy Niemczyk wystawił na sprzedaż duży zbiór Śląska mogłem zobaczyć zdjęcie lepiej zachowanego egzemplarza http://archiwum.niemczyk.pl/img2.php?param=podglad&id=2879640260
Moją monetę, zanim do mnie trafiła spotkało wiele nieszczęść. Przypuszczam, że albo trafiła do latryny albo najpierw była w ogniu, a potem ktoś uparł się, że ją wyczyści - sądzę, że amoniakiem. Mocno straciła na urodzie i na wadze (odchudzanie, jak widać nie zawsze popłaca)..

Tożsamość ćwierćtalara odkryłem samodzielnie dzięki zasobom biblioteczki. Literatury, która pomogła by mi w rozszyfrowaniu pierwszych trzech pokazanych dziś monet niestety nie mam.
Czy ktoś z Szanownych Czytelników podpowie rozwiązanie zagadek?






niedziela, 24 maja 2015

Do Tych, czy do Tychów?

Przygotowując się do dzisiejszego wpisu musiałem sprawdzić czy mam Was zachęcać na wycieczkę do Tych, czy do Tychów. Zachęcić chcę, bo przedwczoraj, w piątek, łącząc pożyteczne z przyjemnym pierwszy raz zajrzałem nad Jezioro Paprocańskie. Wcześniej jakoś nigdy nie znalazłem na to czasu, czego od dwóch dni żałuję.
W piątkowe popołudnie pogoda nie zachwycała
ale samo miejsce, jak najbardziej.
Po powrocie do domu sprawdziłem jak to wygląda na mapie 
i wobec tego, że musiałem być w Tychach i w sobotę, i dzisiaj, w niedzielę, decyzja nie mogła być inna. Na dzisiejszy wyjazd wrzuciłem do bagażnika buty do biegania i zapasowy t-shirt (kolejny kłopot z polszczyzną t-shirt, czy tiszert?).
Dwanaście stopni - na szczęście powyżej zera - i leciutka mżawka to może nie pogoda wymarzona do biegania, ale też i nie odstręczająca. Obawiałem się, że po oddaleniu się od zagospodarowanej części w pobliżu tyskiej piramidy, już tak ładnie nie będzie. Myliłem się. Dookoła jeziora jest utwardzona, szeroka ścieżka dla rowerzystów, biegaczy i spacerowiczów. Jest czysto. Nawet na miejscach okupowanych przez wędkarzy, co wcale nie jest oczywiste. Dookoła prawdziwy las, na horyzoncie żadnych kominów i chłodni, jak nad Pogorią. Po prostu super.

Podobnie, jak do dzisiaj nie wiedziałem, że w niedalekim sąsiedztwie jest takie sympatyczne miejsce, tak i do wczoraj żyłem w błędnym przeświadczeniu, że fakt istnienia jednofenigówek Królestwa Polskiego z datą 1917 nie był znany przed rokiem 1967. Nie ma ich ani w pierwszym powojennym katalogu publikowanym przez Władysława Terleckiego od 1957 r. w Wiadomościach Numizmatycznych, ani w pierwszym wydaniu Katalogu Monet Polskich 1916-1965 tegoż autora. Rok 1967 jest ważny, bo wtedy właśnie dwóch anonimowych dziś kolekcjonerów uzyskało dostęp do tego, co pozostało po pożarze mennicy w Stuttgarcie, który wybuchł po bombardowaniu miasta 20 i 25 lutego 1944 roku. Odbudowując miasto zgromadzono na składowisku metal wydobyty z gruzów mennicy, w tym monety, niewykorzystane krążki oraz próby przechowywane w archiwum mennicy. To stamtąd w roku 1967 na rynek numizmatyczny trafiły prawdziwe rarytasy, niestety w przeważającej większości uszkodzone w pożarze i podczas późniejszego przechowywania w złych warunkach (informacja pochodzi ze strony internetowej firmy Münzenversandhaus Reppa GmbH).
Tak myślałem do wczoraj. A zmieniło się to za przyczyną monet Augusta III.
Zbierając materiały do opracowania na temat jego szelągów i groszy koronnych przeszukuję "półki" bibliotek cyfrowych. Co można tam znaleźć? Na przykład katalogi ofertowe. W jednym z nich wyceniono niektóre szelągi
i grosze
Katalog wydano w roku 1876. W ofercie krakowskiego antykwariatu nie ma grosza z roku 1752, ale są wszystkie pozostałe, łącznie z rocznikiem 1758 i wszystkie w tej samej cenie! Gdyby ktoś z Was zastanawiał się, skąd w tym zestawieniu grosz z roku 1753 z literą H, to proszę zwrócić uwagę na umieszczony przy nim numer z Zagórskiego. 640, to grosz z literą H, ale z roku 1754, a nie 1753. Ktoś, kto przygotowywał katalog do druku pomylił się po prostu.
Friedlein, moim zdaniem całkiem słusznie, potraktował szeląga 1751 z literką S, jako monetę pospolitą. Nie mam pojęcia, dlaczego Kamiński z Żukowskim oszacowali jej wartość na R7. Z kolei dziwi mnie troszkę fakt jednakowej wyceny szeląga 1749 bez literki i szeląga 1753 z literką A (ten ostatni wydaje mi się częściej występować), za to nie dziwi mnie, że oba te szelągi wyceniono kilkakrotnie wyżej od pospolitych groszy.

Ale ja przecież miałem pisać o fenigu z 1917 roku, a nie saskich miedziakach. Już wracam do tematu. Trafiłem mianowicie na  taki katalog,
a w nim
Wynika z tego, że świadomość istnienia feniga z datą 1917 miał już w roku 1929 jeden z naszych najbardziej znanych kolekcjonerów monet. Katalog aukcji frankfurckiej firmy Leo Hamburgera z 9 maja 1932 roku, na której pod młotek poszły rarytasy z kolekcji Chomińskiego jest do dziś cennym źródłem wiedzy numizmatycznej.
Dlaczego autorzy powojennych katalogów tak długo nic o fenigu 1917 nie wspominali?

Przy okazji. Mam w archiwum zdjęcia 27 różnych, ale bezspornie oryginalnych egzemplarzy feniga KP z 1917 r., które pojawiły się w ostatnich kilkunastu latach na rynku numizmatycznym. A są też przecież egzemplarze przechowywane w zbiorach muzealnych. Według klasyfikacji przyjętej dla monet znanych (zachowanych) przyjętej w katalogach E. Kopickiego oznacza to stopień rzadkości R5 (znanych 26 do 120 sztuk). Zdecydowanie odbiega to od szacunku R8 (2 do 3 sztuk), jaki dał tej monecie Kopicki w Ilustrowanym Skorowidzu w roku 1995.

P.S.
Można do Tych (forma poprawna leksykalnie), można do Tychów (regionalizm, ale rozpowszechniony na tyle, że nie uznawany za błąd).


sobota, 23 maja 2015

W oczekiwaniu na porządne truskawki.

Nie przypuszczałem, że tyle czasu to mi zabierze, żeco chwilę będę napotykał na nowe fakty, na nowe warianty...
Oczywiście chodzi o te niepozorne miedziaki Augusta III.

Szelągi nie nastręczają większych trudności (poza stuprocentowo pewnym wyjaśnieniem znaczenia literek pod herbami!). Wiadomo tylko, że te bez literek wybito w Gruntalu, te z literkami w Gubinie. Nie trzeba zresztą zaglądać na rewers, by dowiedzieć się z której mennicy pochodzą. Na szelągach z Gruntalu jest taki portret króla
Na gubińskich nieco inny
Podstawowa różnica, to to, co jest na szyi, pod podbródkiem.
Są oczywiście warianty tych podstawowych typów. Król tył - twarz wypełnia się, rytownicy upraszczali rysunek - znikały szczegóły peruki, stroju. Czasem trudno to dokładnie opisać, bo gros szelągów Augusta dotrwała do naszych czasów w fatalnym stanie.

W przypadku groszy, sprawa się komplikuje. "Sprawa się komplikuje" jest eufemizmem. Bałagan, to kolejny, którego można by użyć.
Lata 1752 i 1753 to wstęp usypiający czujność. Grosze bito wtedy tylko w Gubinie, a portret na ich awersach nie odbiega od portretu na szelągach.
Od roku 1754 zaczyna się horror. Z dokumentów wynika, że grosze w tych latach bito w obu mennicach, a na domiar złego mamy wiarygodne informacje, że bito je też w mennicach fałszerskich. Z różnymi datami! I nie chodzi tu o prymitywne warsztaciki pokątnych fałszerzy, tylko o dobrze zorganizowane i wyposażone mennice z prawdziwego zdarzenia. Po pierwsze, jako mennice fałszerskie trzeba by potraktować saskie mennice (oprócz wyżej wymienionych Drezno i Lipsk), które z całym inwentarzem przejęli Prusacy na początku wojny siedmioletniej. Po drugie, istotne przesłanki wskazują na możliwość bicia saskich miedziaków na Spiszu. Czy Prusacy bili miedź tylko przejętymi, oryginalnymi stemplami nie wiadomo. Z jakimi datami je bili, nie wiadomo, za pewne można tylko uznać, że ich dziełem są grosze z datą 1758.

Oprócz popiersia w przykrytej płaszczem zbroi z owalnymi naramiennikami na groszach pojawia się popiersie w zbroi antycznej
Tak wygląda na groszu z 1755 r. ale w tym samym roczniku zdarza się i taki portret
inne szczegóły rysunku tej monety - szczególne rewers - wyglądają bardzo dobrze, nie odbiegają od monet ewidentnie legalnych.

Popiersie w zbroi antycznej znam z groszy z roczników 1754, 1755 i 1758, wyłącznie na wariantach z trójką pod herbami i imieniem pisanym przez V.

Oprócz tego na groszach z lat 1754, 1755 i 1758 mamy popiersie takie, jak na groszach z lat wcześniejszych. Na przykład popiersie z jednego z wariantów grosza 1758.

Ale są też grosze z tych lat z popiersiem wyraźnie innym, na przykład z uproszczonym dołem
albo z całkiem odmiennym stylowo portretem
Żeby było ciekawiej (i trudniej) takie awersy mieszają się z nie mniejszą ilością rewersów.

Żeby to rozwikłać zastosuję chyba metodę, o której opowiedzieli autorzy monografii "skarbu hutnika". W celu ustalenia łańcucha powiązań awersów i rewersów dającego podstawę do określenia chronologii odmian układali wielkie puzzle z ich zdjęć. Robili to nie na komputerowym monitorze tylko układali wydrukowane zdjęcia na podłodze. Całość, jeśli miała by się zmieścić na ekranie, musiała by być złożona z tak małych obrazków, że były by zupełnie nieczytelne.
Będę próbował - albo ze zdjęciami, albo jednak na komputerze, ale układając łamigłówkę z symboli odmian i wariantów. Kombinacji jest masa (a nie wiem, czy znam wszystkie, bo jak na wstępie zaznaczyłem, co chwile pojawiają się nowe). Bardzo jestem ciekaw, czy coś się w ten sposób wyklaruje.

Pracę umila mi zapis jednego z tegorocznych koncertów moich ulubieńców -  https://www.youtube.com/watch?v=QVA-JAT7src
Przydały by się jeszcze truskawki, ale takie prawdziwe. Niekoniecznie wielkie i piękne, ale za to aromatyczne. Cóż, żeby takie były, potrzebne jest słońce i ciepło, a tego brak. Może za tydzień będzie lepiej.





środa, 6 maja 2015

Plusy i minusy.

Nie, tym razem nie będzie nic o znakach + i - w legendach monet. Może się za to okazać, że będzie to pierwszy  odcinek cyklu +/-.

Zacznę od pierwszego plusa.
O dziwo przyznać go muszę serwisowi Allegro. Po długotrwałym, a konsekwentnym psuciu serwisu pojawiła się w nim pożyteczna nowość - oficjalne Archiwum Allegro
Nie do końca takie, jakie bym chciał widzieć, ale na bezrybiu i rak ryba. Dla ułatwienia link do tego, co sercu najbliższe: http://archiwum.allegro.pl/numizmatyka-85
Ciekawe, na jak długo to włączono i czy będzie się mądrze rozwijać. Jak by nie było, ostrożnego plusa przyznać należy.

Dla odmiany i urozmaicenia - pierwszy minus.
Impreza już się odbyła. Wystawa, na której prezentowano medale i...
i COINY. Czyżby poeta miał na myśli monety? Monsieur Jourdain nie wiedział, że mówi prozą, ja nie wiedziałem, że kolekcjonuję coiny. Teraz już wiem.

No to plusik. Co tam plusik. PLUS, jak się patrzy.
Dzięki uprzejmości jednego z moich korespondentów, drogą wymiany trafił do mojej kolekcji bardzo zniszczony grosz Augusta III. Zniszczony, a jednak pożądany, bo
z kontrmarką, której jeszcze w zbiorze nie miałem. Kontrmarki MS nie ma w wykazie Soubisie-Bisiera. Być może można ją powiązać z Mikołajem Sapiehą.

I jeszcze jeden plus, i to wielki.
WCN, jak wiadomo nie ogranicza się do handlu monetami. Firma od dawna udostępnia świetne archiwum sprzedanych monet i to nie tylko sprzedanych na aukcjach, ale również tych, które przeszły przez jej sklep internetowy. Od pewnego czasu udostępnia też utworzoną i utrzymywaną przez siebie stronę Monety Średniowiecza poświęconą badaniu numizmatyki polskiej okresu średniowiecza w dużej mierze opartą na publikacjach i wynikach badań profesora Borysa Paszkiewicza.
WCN zasłużyło się udziałem w wydaniu Katalogu trojaków polskich Tadeusza Igera, a teraz udostępniło stronę z katalogiem Jego kolekcji. Piękne zdjęcia monet ogląda się na ekranie znacznie lepiej, niż w drukowanym katalogu.
Trojak Z3W z 1591 - z mojej kolekcji

W katalogu kolekcji Tadeusza Igera na stronie WCN odmianę tę zaprezentowano tak:

niedziela, 3 maja 2015

Zabawy z liczydłem ciąg dalszy.

Wciągnęło mnie. Zacząłem 22 kwietnia i wciągnęło mnie.

Najpierw policzyłem to samo, tylko dla monet II Rzeczpospolitej. Ograniczyłem się do nominałów bitych w metalach nieszlachetnych. Srebro i złoto, to całkiem inna historia - rzecz wyjaśni się troszkę później.

Mamy więc takie nominały: 1, 2, 5, 10, 20 i 50 groszy oraz 1 złoty z datą 1929.
W sumie wybito 998.896.810 monet (nie wszystkie w mennicy warszawskiej!). Jeśli podsumujecie nakłady podawane w katalogach popularnych - wynik będzie inny. Dlaczego? Po szczegóły odsyłam do mojego katalogu https://pl.scribd.com/doc/126435370/IIRP-W2
Niecały miliard. Polskę w roku 1939 zamieszkiwało około 35 milionów ludzi, czyli na jedną osobę przypadało około 29 monet o łącznym nominale 3,86 złotego.
Najwięcej monet wybito...
To nie takie proste. Nie zawsze rok widniejący na monecie oznaczał, że wybito ją w tym samym roku. Na przykład złotówki z datą 1929 bito w latach 1928, 1929, 1930, 1932, 1936 i 1938.
Więc inaczej, najwięcej monet ma datę 1923 - prawie 455 milionów, głównie za sprawą niklowych 10, 20 i 50 groszówek.
Najmniej z datą 1933 - tylko dwa najniższe nominały, łącznie 14 milionów sztuk.
Łączny nominał tego miliarda monet, to 135.224.985,79 złotych. Niecałe 4 złote na osobę, jak już wspomniałem. Strasznie mało! Przecież obrót bezgotówkowy prawie nie istniał, a już na pewno nie dotyczył drobnych kwot codziennych zakupów.
Nic dziwnego, że... Jeszcze nie teraz.

Najpierw ciąg dalszy statystyk.
Na monety przebito dwa tysiące sześćset czterdzieści cztery i pół tony metali nieszlachetnych. Przypomnę, że pomiędzy rokiem 1990, a bieżącym, 2014 na obiegowy bilon przebito trzydzieści cztery i pół tysiąca ton metalu i różnica ta ma niewielki związek z ilością lat, w których monety emitowano.

Wybór metali, z których bije się monety obiegowe nie jest sprawą prostą. Trzeba uwzględnić uwarunkowania technologiczne - metal musi być odpowiednio plastyczny, by ułatwić bicie (a właściwie tłoczenie) monet i jednocześnie wytrzymały, by monety mogły być w obiegu jak najdłużej. Trzeba brać pod uwagę kwestie estetyki, a nawet zdrowia publicznego. Nie od razu wiadomo było, że nikiel ma własności uczulające. Dylematy te opisano krótko w pierwszym sprawozdaniu Mennicy Państwowej, złożonym na ręce Ministra Skarbu w roku 1927.
Na samym końcu pojawia się jeszcze jedna funkcja pieniądza (w formie monet). Funkcja, z której mało kto zdaje sobie sprawę, a którą brano pod uwagę na całym świecie już dawno. Na dużą skalę uwidoczniło się to podczas pierwszej wojny światowej, która spowodowała tak wielki popyt na metale kolorowe potrzebne do produkcji wojskowej, że przeznaczono na nią klamki, naczynia kuchenne, miedziane, mosiężne i brązowe przybory domowe i nawet monety obiegowe. Te ostatnie zastąpiono monetami z tanich, mniej potrzebnych wojsku metali, z żelaza, cynku i aluminium. Srebro i złoto nie były bezpośrednio potrzebne do produkcji wojskowej, ale mogły ułatwić nabycie broni i surowców. Też znikały więc z rynku.
W ciężkich czasach monety z metali szlachetnych na powrót stawały się pełnowartościowym pieniądzem kruszcowym. Gromadzono je na czarną godzinę. 
Nie wszyscy byli posłuszni rozporządzeniom władzy i ukrywali zarówno patelnie i moździerze, jak i bilon. W wielkopolskiej prasie, w roku 1917 można było przeczytać:
Monety z metali kolorowych znikały z rynku przetapiane na łuski do nabojów albo chomikowane w piwnicach. Mennice nie nadążały z produkcją pieniądza z "ersatzmaterial" więc brakom próbowano zaradzić lokalnie.
Warto zwrócić uwagę, że i przed stuleciem sięgano po argumenty karno-skarbowe, żeby ukarać "spekulantów".

Wielkość emisji monet zdawkowych II Rzeczpospolitej, jak wcześniej napisałem, była niewystarczająca. Nasiliło się to w okresie bezpośrednio przed wrześniem 1939. Na przykład w sierpniu 1939 r. "Echo Polskie" donosiło
Zastanawiające, że i w tym przypadku nie napisano o jakichś konkretnych przepisach albo rozporządzeniach, które spekulanci naruszyli. W repozytorium obejmującym treść Dziennika Ustaw i Monitora Polskiego dostępnym na stronach sejmowych nie znalazłem żadnego takiego przepisu. Być może coś znajdzie się wśród przepisów resortowych.

Wpisu o monetach PRL w tej konwencji nie będzie. Udostępnię tylko plik z arkuszem kalkulacyjnym obejmującym statystyki II RP, PRL i aktualnych monet obiegowych (może tylko z małym komentarzem), ale to dopiero za klika dni.







piątek, 1 maja 2015

Gadżeciarstwo

Zacznę od spraw okołokomputerowych, bo to dla gadżeciarzy wymarzone pole do popisu.

Komputer, to dla mnie przede wszystkim narzędzie pracy, a od narzędzi wymagam niezawodności i wygody w użytkowaniu. Potrzeba niezawodności skłoniła mnie do rozstania z systemami Microsoftu, potrzeba wygody trzyma mnie przy zwykłym "blaszaku". Mimo, że w pracy zawodowej używam też laptopów, do ich klawiatur przyzwyczaić się nijak nie mogę. Gadżeciarska żyłka odzywa się we mnie kiedy patrzę na coś takiego
Dla moich potrzeb wystarczające aż nadto. Miejsca na biurku nie zajmuje toto wcale (można przyczepić za monitorem) i jest bezgłośne -  żadnych wiatraków! Zainteresowani? Brać, wybierać: https://system76.com/desktops/meerkat
Linuks na tym czuje się świetnie
- à propos Linuksa; Wzburzyłem się niedawno zmianą sposobu aktualizacji mojej dystrybucji (Netrunner). Wziąłem się nawet poważnie za poszukiwania rozsądnej alternatywy. Wstępnie padło na powrót do źródeł, czyli do Debiana ale jak to w życiu bywa, okazało się, że kiedy się człowiek z takim pomysłem prześpi, przechodzi ochota na radykalne zmiany. Pośpiech sprawdza się przy łapaniu pcheł, a nie przy podejmowaniu decyzji o daleko idących konsekwencjach. Osądźcie sami. Używam teraz Netrunnera w wersji 14 – Main Edition LTS Long Term Support, czyli wersji o długim, bo pięcioletnim okresie wsparcia. Do roku 2019 mam zagwarantowane konieczne poprawki bezpieczeństwa i aktualizacje podstawowego oprogramowania. Może nie błyszczy nowościami i wodotryskami, znaczną część pakietów gadżeciarze uznali by za przestarzałe ale system jest stabilny, wystarczająco szybki, bezpieczny i to mi w zupełności wystarcza.
Kiedy okres wsparcia się skończy, pomyślę o zmianie. Do roku 2019 wiele się zdarzyć może i nie ma sensu zastanawiać się na zapas nad nowym systemem. Może będzie to Debian (stable), może nowe wydanie Netrunnera (LTS oczywiście). Pewne nadzieje wiążę z wpisem na forum Netrunnera - może coś z tego wyniknie. Wiem jedno - pozostanę przy Linuksie.

Gadżeciarstwo, to dziś głównie smartfony i współpracujące z nimi zabawki. Moim telefonem też już się tu chwaliłem. Używam go nadal i nie przewiduję zmian w najbliższym czasie. Ładowarki używam raz na dziesięć dni, nie straszny mu upadek ani wywrotka na kajaku, a i przelew bankowy można na nim zrobić i pocztę sprawdzić. Ma moduł GPS dzięki któremu i dzięki doinstalowanemu programikowi TrekBuddy modę rejestrować wycieczki piesze, rowerowe, kajakowe itp. Póki działa nad zmianą zastanawiać się nie będę.

Skoro już o GPS mowa, to mam i nawigację samochodową. Też posuniętą w latach. Dawno, dawno temu atak gadżetomanii skłonił mnie do zakupu takiej zabawki
Taniego zakupu, bo urządzenie proste i na dodatek kupione w akcji kuponowej Gazety Wyborczej. Urządzenie ma preinstalowaną nawigację MapaMap, do której od początku miałem masę zastrzeżeń. Bez większego kłopotu znalazłem w sieci sposób na zmianę oprogramowania. Przez jakiś czas używałem Automapy ale o ile do jej funkcjonalności nie miałem uwag, to tryb aktualizacji (i jej koszty) podobały mi się mniej.
Kilka minut pracy z wyszukiwarką naprowadziło mnie na stronę MapFactor. Stosunek jakości do ceny znakomity - wersja Free :-)
Zamiast Hołowczyca jest syntetyczny "lektor", czasem trudno go zrozumieć, ale zawsze rzut oka na ekranik wyjaśnia wszystko. Mapy aktualizowane są co miesiąc i są to mapy całego świata - do wyboru do koloru. Ilość opcji wyznaczania tras nie poraża, ale to, co konieczne, jest - definiowanie "ulubionych" lokalizacji, wybór rodzajów dróg, wyznaczanie tras przez zadane punkty pośrednie (z możliwością automatycznego sortowania kolejności tych punktów). Jeżdżę i nie narzekam. Dzięki Navigator 14 stara nawigacja działa bez zarzutu.

A co z gadżeciarstwem numizmatycznym?
Praktycznie mnie nie dotyka. Interesuję się wyłącznie monetami obiegowymi. Lustrzanki, "dukaty" lokalne i podobna metaloplastyka to zupełnie nie moja bajka.
Monety przechowuję w papierowych kopertkach 5 x 5 cm ułożonych w drewnianych kasetach na slajdy (czy pamiętacie jeszcze, co to takiego?).
Wiele publikacji o monetach mam w postaci plików komputerowych, ale w dalszym ciągu większość biblioteki, to normalne, drukowane książki, katalogi i czasopisma (a może to forma gadżeciarstwa właśnie?). Może to i niewygodne,kiedy trzeba przekopywać się przez stertę książek kombinując przy tym "gdzie ja to widziałem?", ale za to jak wspaniale ćwiczy pamięć!

A skoro już przy monetach jesteśmy, to odkryłem dziś we własnym zbiorze coś, czego wcześniej nie zauważyłem. Półgrosz litewski Aleksandra Jagiellończyka
Nie zauważyłem wcześniej, że w DVC LITVANIE zamiast C użyto odwróconej litery D. Mincerz nawet nie spróbował usunąć pionowej kreski by to D upodobnić do C.To jedno.
Druga interesująca rzecz to znaki przestankowe w legendach awersu i rewersu. Zobaczcie:
Po obu stronach monety mamy kombinację dwóch znaków, kółka i wygiętego klina (róg?). O ile mi wiadomo, żaden z autorów publikacji numizmatycznych nie zwrócił na to uwagi, a przecież nie są to kropki, kółka czy dwukropki - zwykłe znaki przestankowe, jakie spotykamy w legendach. Nawet bardzo drobiazgowy wykaz znaków menniczych, jaki E. Kopicki umieścił w części czwartej dziewiątego tomu swojego Katalogu Monet i Banknotów Polskich, wykaz w którym wśród znaków menniczych są pojedyncze kropki i kółka, tych znaków z półgroszków Aleksandra nie uwzględnia.
Warto by było poświęcić trochę czasu na zbadanie sprawy. Może uda się dopasować te znaki do konkretnej osoby?






 






Printfriendly