Google Website Translator Gadget

piątek, 10 kwietnia 2020

50 groszy 1938

To tajemnicza moneta.

We wszystkich, z dwoma wyjątkami*, katalogach polskich monet XX wieku autorzy umieścili ją w działach monet obcych bitych dla ziem polskich. Zwyczajowo mówi się o pięćdziesięciogroszówce Generalnego Gubernatorstwa.
Prawda jest inna. To legalna, polska moneta wprowadzona do obiegu w ostatnich dniach II Rzeczypospolitej. Pomimo niezbitych dowodów na powyższe, pomimo istnienia aktów prawnych, relacji pracowników mennicy i publikacji prasowych z roku 1939, nadal pokutuje błędne przekonanie, że to emisja Generalnego Gubernatorstwa.
Nawet na ekspozycji Gabinetu Numizmatycznego Mennicy Polskiej SA, przed jego zamknięciem na nieokreślony czas "inwentaryzacji" można było zobaczyć taki opis.

A przecież bez trudu można odnaleźć informację, że to Prezydent Rzeczpospolitej podpisał 26 sierpnia 1939 r. opublikowany tego samego dnia dekret wprowadzający do obiegu stalowe monety o nominałach 20 i 50 groszy. Stalowe dwudziesto- i pięćdziesięciogroszówki miały być wprowadzone do obiegu i funkcjonować równolegle z monetami niklowymi.


Dziennik Ustaw nr 78 z 1939 r. poz. 517

Ich wzory ustalił Minister Skarbu w rozporządzeniu z tego samego dnia.
Dziennik Ustaw nr 78 z 1939 r. poz. 520

Nie wiem dlaczego istnienie Dziennika Ustaw 78 z 1939 r. nie zostało zauważone przez większość autorów. Zauważono natomiast, że 23 kwietnia 1940 r. gubernator Frank podpisał rozporządzenie mówiące między innymi o wybijaniu i puszczaniu w obieg stalowych monet o nominale 50 groszy o rysunku i parametrach odpowiadających „dotychczas wybijanym monetom tych wartości”.

Verordnungsblatt des Generalgouverneurs für die Besetzten Polnischen Gebiete 
Dziennik Rozporządzeń Generalnego Gubernatora dla Okupowanych Polskich Obszarów. 
Teil 1, Nr 33 30 April (1940) str. 160—161

Nie zachowały się dokumenty mennicy z czasów okupacji. Nie znamy materialnych dowodów na wybijanie stalowych pięćdziesięciogroszówek w roku 1940 i latach następnych. Podawany w katalogach nakład tych monet (32.000.000 sztuk) jest mniej więcej zgodny z wielkością emisji pięćdziesięciogroszówek w latach 1936 (19.460.000 sztuk) i 1938 (12.800.000 sztuk) opublikowaną przez W. Terleckiego w książce Mennica Warszawska (Tabela 21). Z drugiej strony, u Terleckiego  na stronie 192 znajdujemy informację, że "wojenne" 50-groszówki wybito "na magazyn" w drugiej połowie 1938 i prawdopodobnie w pierwszej połowie 1939. Dziwne to "prawdopodobnie". Terlecki pracował wtedy przecież w Gabinecie Numizmatycznym mennicy, wydaje się, że powinien wiedzieć, co się w niej dzieje.
W tej sytuacji wydaje się prawdopodobne, że realizacja rozporządzenia gubernatora Franka, w części dotyczącej pięćdziesięciogroszówek ograniczyła się do puszczenia w obieg przejętych zapasów monet wybitych przed wojną. Czy jednak rzeczywiście chodzi o monety wybite w latach 1936 i 1938?

Pracuję teraz nad nowym wydaniem katalogu monet II Rzeczypospolitej. Poszukując materiałów, mogących wyjaśnić kilka wątpliwości, które pojawiły się podczas pisania, natrafiłem na "Dziennik lipiec 1939 - sierpień 1940" Eugeniusza Kwiatkowskiego, Ministra Skarbu w latach 1935-1939. Kwiatkowski przeszedł do historii, jako twórca zakładów azotowych w Chorzowie i Mościcach pod Tarnowem oraz portu w Gdyni. Dziennik wydała w roku 2003 Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie (ISBN 83-87658-52-9). 
Dziennik, to zapiski Kwiatkowskiego robione praktycznie dzień po dniu, a w kluczowych momentach godzina po godzinie. Zapiski szczegółowe, w których często przewijają się sprawy obiegu pieniężnego. Od początku, w interesującym nas zakresie, przewijają się dwa tematy: odpływ wkładów z banków i niedobór drobnego pieniądza na rynku. Na przykład, w lipcu, w bankach:
Odpływ wkładów od początku napięcia politycznego (połowa marca br.) z instytucji finansowych kontrolowanych stale przez Skarb dosięga 10 bieżącego miesiąca 575 milionów zł. Po uspokojeniu się w czerwcu notujemy w lipcu ponowny odpływ wkładów, mający charakter powszechny, tj. obejmujący wszystkie instytucje. W tygodniu 1-8 lipca br. odpływ w kładów wyniósł:
- w PKO - 7,8 miliona zł
- w KKO - 8,2 miliona zł
- w bankach prywatnych - 9,2 miliona zł
Razem - 25,2 miliona zł
i na rynku:
Wobec trudności w sprawie bilonu zgodnie z przepisami ustaliłem w porozumieniu z Bankiem Polskim podwyższenie emisji monet srebrnych o 50 milionów zł. Komunikat skarbowy dał szybko stosunkowo pomyślne rezultaty (ogłosiliśmy, że nasycimy rynek i że Skarb zarabia na emisji) i trudności są obecnie mniejsze.
27 lipca, w materiałach informacyjnych pojawia się zapis o braku monet w bankach.
W sprawozdaniach za czerwiec na ogólną liczbę 51 oddziałów Banku Polskiego 22 wspomina o dotkliwym braku monet srebrnych w ich okręgach.
Problem był poważny. Kolejne doniesienie i propozycje zażegnania kłopotów (podkreślenie moje):
Nacisk bardzo gwałtowny ze wszystkich stron (Bank Polski - Departament II: wicekomisarz Lewicki, częściowo wiceminister Kożuchowski) co do wypuszczenia do obiegu banknotów zastępujących bilon.
Spotykam się nagle z twierdzeniem, że na przykład na Śląsku przyjdzie do rozbijania kas, gdyż nie można 20 złotych zmienić na drobne.
Pismo Dyrekcji Banku Polskiego z 8 VIII 1939, nr 488/Sk. Em., do Ministerstwa Skarbu, Departament Obrotu Pieniężnego (nadesłane posłańcem).
„(...) Cała pozostałość monet w skarbcu emisyjnym Banku [Polskiego] wynosi obecnie około 6 milionów złotych wyłącznie w monetach 20-groszowych. Potrzeby rynku w dalszym ciągu nie są pokryte i ... zapotrzebowania na monety zgłaszane są do Banku w coraz większych rozmiarach. Oddziały Banku, urzędy państwowe i przedsiębiorstwa przemysłowe donoszą nam o nieprzezwyciężalnych trudnościach przy dokonywaniu wypłat robocizny.
(...) Jedynym środkiem, jaki mógłby w obecnej sytuacji przyczynić się do ich usunięcia, byłoby natychmiastowe wypuszczenie przez Bank biletów bankowych w odcinkach po 10,5 i 2 złote, których zapasy posiadają wszystkie oddziały Banku. Rada Banku już na posiedzeniu w dniu 13 X 1938 roku postanowiła... wypuścić odcinki te w obieg. Termin faktycznego wypuszczenia tych biletów miał być ustalony później po uzyskaniu zgody pana ministra skarbu. Opierając się na powyższej uchwale, prosimy, aby pan minister finansów wyraził zgodę na natychmiastowe wypuszczenie przez Bank biletów bankowych w odcinkach po 10,5 i 2 złote. Ze względu na sytuację na rynku prosimy sprawę tę uważać za szczególnie pilną".
Istnienie dużych zapasów niklowych dwudziestogroszówek (około 30 milionów sztuk) może tłumaczyć późniejszą rezygnację z emisji tego nominału w stali.
Braki bilonu nie miały charakteru powszechnego i stałego. Lokalnie sprawiały wielkie trudności (Śląsk), gdzie indziej bywały chwilowe. 9 sierpnia Kwiatkowski odnotował:
Meldunek majora Tatarkiewicza z Wydziału Wojskowego.
Na podstawie bezpośrednich kontaktów telefonicznych z dyrektorami niektórych izb skarbowych zdołał dotychczas ustalić, że nie ma większych trudności dotyczących bilonu ani na Pomorzu, ani w Poznaniu, ani we Lwowie, ani w Lublinie. Większe trudności mają charakter lokalny.
Rozmawiał z dyrektorem Urbanem z Katowic. Na Śląsku są istotnie wielkie trudności, a przemysłowcy chcieli wydawać własne bony. Urban sprzeciwił się temu. Na najbliższą wypłatę zmobilizował na 300 tysięcy złotych bilonu, gdyby otrzymał jeszcze 200 tysięcy, to chwilowo trudności byłyby usunięte. Tatarkiewicz stwierdza, że żadna akcja nie została podjęta, by uzyskać większy dopływ bilonu do Banku Polskiego. Należy więc
porozumieć się ze zbiornicami bilonu, by prędzej odprowadzały go do Banku Polskiego (kolej, poczta, tramwaje etc.). Wedle informacji uzyskanych przez majora Tatarkiewicza pewne ilości bilonu można przesunąć z innych okręgów.
Następnego dnia dyrektor naczelny Banku Polskiego, Barański, oceniał braki bilonu na 10 milionów złotych. Negatywnie odniósł się do propozycji Kwiatkowskiego, by wyemitować papierowe złotówki i po godzinie od spotkania podał się do dymisji. Nie protestował dyrektor Banku Gospodarstwa Krajowego, ale na przeszkodzie emisji stanął premier. 11 sierpnia Rydz-Śmigły stwierdził, że trudności należy przetrzymać.
Pan marszałek Rydz-Śmigły wypowiada się zarówno przeciwko projektowi Banku Polskiego („winien Pan był dyrekcję Banku zrzucić ze schodów"), jak i przeciwko projektowi ministra skarbu. Uważa, że w razie trudności należy w Banku Polskim ogłosić, że bilon wydawać się będzie wówczas, gdy będzie wybity przez mennicę.
12 sierpnia Kwiatkowski spotkał się z prezesem Banku Polskiego, Władysławem Byrką. Po raz pierwszy pojawia się wzmianka o monetach żelaznych.
Prezes Byrka. Poinformowałem go o trudnościach dotyczących sprawy bilonu. We środę będą przeprowadzane dwa dekrety dotyczące 1-złotówek papierowych i bilonu żelaznego. Ogłoszone będą w razie absolutnej konieczności.
Już 16 sierpnia sytuacja wyglądała gorzej. 
Podjęliśmy równocześnie wielką akcję propagandową i akcję nacisku na spekulantów bilonowych. W ostatnich dniach umieszczono kilkadziesiąt artykułów i notatek prasowych, a równocześnie aresztowano szereg osób.
Echo Polskie

Wydałem polecenie, by na terenie mobilizacyjnym oddać bilon do dyspozycji wojska możliwie w granicach żądań. W Lublinie Bank Polski oddał cały zapas bilonu wojsku i zawiadomił dziś, że nie ma czym wydawać reszty. W Gdyni Kasa Komunalna wydała swoje bony papierowe na bilon i te kursują oczywiście w pełnej wartości, pomimo że Kasa jest dość słaba.
I dalej w tym samym dniu:
Bank Polski istotnie może wysyłać na żądanie bilonu wyłącznie 10- i 20-groszówki...
Stale dyżury w mennicy dla maksymalnego przyspieszenia bicia bilonu srebrnego.
17 sierpnia.
Godzina 17:30, Rada Ministrów: Dwa dekrety ministra skarbu w sprawie bilonu. Podpisane dekrety będą stanowić rezerwę. Nikt z ministrów nie zgłosił ani zastrzeżeń, ani wątpliwości.
Mowa oczywiście o dekretach zapowiedzianych 12 sierpnia.
22 sierpnia Kwiatkowski razem z prezesem Byrką i Z. Karpińskim, dawnym dyrektorem Banku Polskiego odwiedzili mennicę. 

23 sierpnia, mimo pogarszającej się sytuacji politycznej, trwały intensywne starania o poprawę sytuacji na rynku pieniężnym.
Stan rozporządzalnych zapasów znacznie się zmniejszył w Banku Polskim i wynosił na dzień 21 bieżącego miesiąca 5,6 miliona złotych, w czym monety 20-groszowe i 5-groszowe stanowiły 4,4 miliona złotych.
Mennica poczyniła olbrzymi wysiłek i prowadzi obecnie ruch z największym natężeniem , dając około 600 000 złotych bilonu srebrnego dziennie. Pierwszy transport odszedł do Banku Polskiego 22 bieżącego miesiąca.
24 sierpnia rząd dowiedział się o podpisaniu paktu między Niemcami i Związkiem Sowieckim (oczywiście bez świadomości istnienia tajnego załącznika). Gwałtownie narastało wycofywanie wkładów z kont bankowych i tezauryzacja srebra. Kwiatkowski odnotował:
W tych warunkach - moim zdaniem - musi się uruchomić zarządzenia inflacyjne i deflacyjne równocześnie. Proponuję jako konieczności sytuacji:
a) szybką zmianę statutu Banku Polskiego, wprowadzając jak najmniej zmian niekoniecznych i nieodpowiadających obecnej sytuacji;
b) natychmiastowe wypuszczenie do obiegu banknotów 10-, 5- i 2-złotowych i bilonu stalowo-niklowego, zgodnie z zakomunikowanym dziś żądaniem wojska przez pana generała Malinowskiego, podobno w porozumieniu z panem marszałkiem;
c) zachowanie produkcji srebra i odsyłanie jej do Banku Polskiego, ale nie wypuszczanie monet srebrnych aż do uspokojenia się sytuacji - nacisk jednak na wybijanie monet stalowo-niklowych;
Nie jest możliwe, by cały, podawany w katalogach nakład pięćdziesięciogroszówek 1938 wybito w drugiej połowie sierpnia 1939. Bito przecież wtedy srebro, i to intensywnie. Kiedy więc bito te stalowo-niklowe monety? Podpowiedzi, ale tylko podpowiedzi, udzielić mogą informacje o inwestycjach mennicy. W 1937 r. zakupiono w Niemczech trzy nowe prasy automatyczne o nacisku 300 ton. Prawdopodobnie to ich uruchomienie upamiętnia żeton z datą 16 marca 1939 wybity na krążku o parametrach identycznych z niklowanymi pięćdziesięciogroszówkami 1938. 
Żeton IDĄ CZASY WYŚCIGU PRACY  / 16.III.1939 / NOWE AUTOMATY / M. P. 
Strzałkowski 854, średnica 23 mm, waga 5,1 g

Przypuszczam, że dopiero na tych automatach rozpoczęto produkcję pięćdziesięciogroszówek 1938. W związku z tym wątpliwa jest katalogowa wysokość ich nakładu, oparta na liczbach dotyczących lat 1936 i 1938. Co najwyżej można uznać, że właściwa jest ilość 12,8 miliona z roku 1938, którą należałoby uzupełnić o nieokreśloną ilość monet wybitych w roku 1939. Partia 19,46 miliona, którą miano wybić w roku 1936 powinna więc dotyczyć monet niklowych. Tyle, że nic nie wiadomo ani o zakupach lub produkcji niklowych krążków ani o samej produkcji. Nawiasem mówiąc, Terlecki umieścił też we wspomnianej tabeli warszawskie bicia niklowych dziesięciogroszówek (1935 - milion, 1936 - 8 milionów) i dwudziestogroszówek (1936 - 2,625 miliona, 1938 - 10 milionów) nie wspominając o takich przedsięwzięciach w tekście książki. Kolejne zagadki.

Żelazne pięćdziesięciogroszówki wycofano z obiegu w GG po dwóch latach.
Verordnungsblatt für das Generalgouvernement
Dziennik Rozporządzeń dla Generalnego Gubernatorstwa. 1942, Nr 56.

Prawdopodobną przyczyną szybkiego wycofania z obiegu monet 50-groszowych była plaga fałszerstw. Wskazują na to następne paragrafy rozporządzenia.
Fałszywe monety perforowano, by uniemożliwić ich ponowne wprowadzenie w obieg.
Zachowało się sporo tak oznakowanych egzemplarzy, bo ten nominał fałszowano często, a na podstawie rozporządzenia z 20 grudnia 1940 r. falsyfikaty nie były natychmiast niszczone.
Verordnungsblatt für das Generalgouvernement teil 1. 
Dziennik Rozporządzeń dla Generalnego Gubernatorstwa część 1. 1940, Nr 72.

To tajemnicza moneta. 
Szkoda, że w Rzeszowie opublikowano tylko fragment dziennika. Nie wiem zresztą, czy to rzeczywiście tylko fragment i czy istnieją zapiski z lat wcześniejszych. Chyba istnieją, bo nie wiem, dlaczego lipiec 1939 miałby być jakąkolwiek cezurą czasową. Jeśli istnieje dziennik z wcześniejszych lat, to może w nim kryje się odpowiedź na pytanie kiedy rozpoczęto produkcję tych monet. 

* Wspomniane katalogi, to:
- mój katalog wydany w roku 2008
- "Monety Rzeczypospolitej Polskiej 1919-1939" J. Parchimowicza wydany w roku 2010

niedziela, 29 marca 2020

Bańka, czy nie bańka?

Aukcja, o której pisałem w poprzednim poście przeszła do historii.
Licytowałem, tzn. ustawiłem limity dla trzech pozycji. Rezultat? Mizerny, żeby nie powiedzieć klęska.
oferta / limitcena końcowawynik
260.00 PLN500.00 PLNprzegrana
80.00 PLN160.00 PLNprzegrana
220.00 PLN1 600.00 PLNprzegrana
Ta trzecia, właściwie nie była próbą zdobycia monety. Bardziej chodziło mi o zabezpieczenie przed przegapieniem wyniku. Chyba już tu pisałem, że od dawna, zamiast obserwowania interesujących mnie aukcji na Allegro czy eBay, ustawiam możliwie niski limit. To gwarantuje mi otrzymanie wiadomości o końcowym rezultacie, a od czasu do czasu zdarza się wygrana z końcową ceną na bardzo atrakcyjnym poziomie. Tydzień temu napisałem 
"Z tych dwunastu monet tylko jedna ma cenę wywoławczą na poziomie, który uznać mogę IMHO za adekwatny do stanu i rzadkości. ... Z pozostałych jedenastu, cenę wywoławczą jednej uważam za atrakcyjnie niską..."
No to po kolei.
Monetą, której cenę wywoławczą uznałem za odpowiednią do stanu i rzadkości był szeląg z kontrmarką.
Wystawiony za 50 złotych, sprzedany za 138, czyli zgodnie z estymacją - nie mam nic do dodania.
Atrakcyjnie niską cenę wywoławcza miał grosz z 1752 roku.
Wywoławcze 200 zł dałbym bez chwili namysłu. Sprzedano za 1840 zł. Przebicie tylko dziewięciokrotne, bo odstraszały brzydkie rysy na rewersie, przypominające justowanie, ale tylko przypominające. Miedzi nie justowano, te monety bito al marco. Ustalano tylko ilość albo kwotę, którą należało wybić z ustalonej ilości miedzi. Mój egzemplarz kupiłem niecałe siedem lat temu za 1/3 ceny z WDA-15. 
Pozostała dziesiątka monet uzyskała ceny abstrakcyjnie wysokie. Nie wiem z jakiego powodu pospolity szeląg 1753-B został wystawiony za 200 zł z oszacowaniem 400-900 zł. Nie wiem, z jakiego powodu ktoś zapłacił (?) za niego 604 zł. 
Co zadecydowało? Grading - przecież zaledwie XF 40. Może pomogły dodane do niego dwie literki BN. Mój katalog? Chyba nie, bo S.53.B.V.b opisałem, jako pospolity. Może ktoś dopatrzył się drobnych różnic w portrecie w stosunku do zdjęcia z katalogu i uznał, że będzie mieć "nienotowany wariant"? "Jasnobrązowa patyna, bardzo ładny egzemplarz." z aukcyjnego opisu nie są przesadną reklamą w stylu JEDYNY, WYJĄTKOWY, NAJRZADSZY, MAX NOTA itp. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, jako uzasadnienie takiej ceny, to zdanie, które umieściłem na zakończenie opisu części katalogowej w mojej książce: 
Wszystkie szelągi i grosze koronne Augusta III w bardzo dobrym stanie zachowania, nienoszące śladów pobytu w ziemi są co najmniej „dość rzadkie”, niezależnie od rocznika, odmiany i wariantu.
Tylko, jak mają się do tego ceny pozostałych dziewięciu monet? O trzech można by od biedy  powiedzieć, że śladów "banku ziemskiego" nie mają, choć to wcale takie pewne nie jest. Reszta, to monety całkiem nieźle zachowane, ale ewidentnie "z ziemi".

Niedawno Eleniasz (pozdrowienia!) na swoim blogu "Srebrne monety SAP i... inne pasje" napisał, że ostatnio doskwiera mu "...niedostatek ciekawych monet w handlu które są w moim zasięgu cenowym...". Mam ten sam problem i jak w wielu innych przypadkach, jego przyczyny upatruję w coraz powszechniejszej, nie tylko polskiej przypadłości. Jest nią żądza pieniądza i bynajmniej nie chodzi mi o pieniądz - numizmat, tylko o kasiorę, kapuchę i inne pieszczotliwe określenia żywej gotówki. 
Problemem nie są przesadnie entuzjastyczne opisy monet serwowane przez sprzedawców. Mogą sobie pisać co chcą o sprzedawanych przez siebie monetach. Eleniasz się na to nie nabierze, ja się nie nabiorę... Problemem są motywowane chęcią zysku za wszelką cenę, manipulacje zdjęciami monet (kiedy nie mamy możliwości bezpośrednich oględzin i umiejętności posługiwania się programami do obróbki obrazu, to bardzo często pomaga) i manipulacje samymi monetami - agresywne czyszczenie lub naprawy, sztuczne patynowanie itp. 
Problemem dużym jest, że na te manipulacje nabierają się i tym samym psują rynek, ludzie z głębokimi portfelami, mamieni "poradnikami inwestycji alternatywnych", a problemem jeszcze większym, że jeśli nikt się nie nabierze, to sprzedający cudownie przeistacza się w kupującego, a w annałach odkłada się kolejny "rekord cenowy" (do wykorzystania w opisach na kolejne aukcje).

Przez najbliższe miesiące, szanse na zakupy na giełdach (a nawet w sklepach) maleją do zera - z epidemią nie ma żartów. Jesteśmy skazani na zakupy w sieci. Do zagrożeń związanych z nieuczciwymi praktykami sprzedawców doszło zagrożenie zarażenia tym paskudnym wirusem. Naprawdę trzeba zachowywać dużą ostrożność w kontaktach z kurierami, w wizytach na poczcie i z samymi w końcu przesyłkami. Pamiętajcie o tym!

 

niedziela, 22 marca 2020

Napisałeś? To czemu się dziwisz.

29 stycznia opublikowałem "Miedziane monety koronne Augusta III". Zgodnie z przewidywaniami, książką zainteresowali się kolekcjonerzy osiemnastowiecznej miedzi oraz... O tym za chwilę.

Teraz chciałbym przypomnieć to, o czym zdarzało mi się pisać na blogu, w postach i komentarzach, a także o tym, co pojawiało się czasem w dyskusjach na forach numizmatycznych. Chodzi o wpływ publikacji numizmatycznych na rynek. Na notowania aukcyjne, na dostępność materiału itp.
Moje obserwacje i doświadczenia wskazują na istnienie bardzo wyraźnej korelacji. Widziałem to już w trakcie pisania artykułu o dziesięciogroszówkach 1840. Kolejnymi domysłami i odkryciami dzieliłem się na bieżąco z użytkownikami Ś.P. "Café Allegro" i z mniejszą lub większą irytacją, konstatowałem, że im więcej rzeczy ujawniam, tym trudniej przychodzi mi kupno interesujących okazów tych monet.
Rzecz powtórzyła się podczas pracy nad katalogiem monet Królestwa Polskiego 1917-1918. Nagle pokazały się liczne oferty monet z przeróżnymi zdwojeniami. Aukcje kończyły się na zaskakująco, jak na monety KP, wysokim poziomie. Jedna tylko moneta zaliczyła spadek notowań, jednofenigówka 1917. Niegdyś legendarna, w katalogach bez wycen, tylko z adnotacją "c.a" (cena amatorska), uważana za nieosiągalną dla zwykłego kolekcjonera. Jak się okazało, co pokazałem w katalogu, moneta rzadka, ale zdecydowanie pospolitsza, niż dotąd uważano. Mam odnotowanych 30 egzemplarzy z rynku numizmatycznego, a do tego dodać należy jeszcze przecież okazy muzealne. Nic dziwnego, że cena typowych, mocno skorodowanych egzemplarzy, obniżyła się kilkakrotnie.
Dobrze pamiętam też czasy "boomu lustrzankowego", kiedy kolekcjonerzy, ale przede wszystkim handlarze, z niecierpliwością czekali na kolejne wydania katalogów Fischera, Parchimowicza, Suchanka. Wydania dyktujące ceny na co najmniej najbliższe półrocze.

Revenons à nos moutons. Przeglądam wszystkie katalogi nadchodzących aukcji, a od czasu radykalnych zmian na Allegro jest ich niemało. Wystarczy rzut oka na tegoroczne zapowiedzi. Przyznaję, że widok odniesień do moich publikacji w katalogach aukcyjnych i innych wydawnictwach daje mi satysfakcję i jest zachętą do dalszej numizmatycznej zabawy. Jest to też okazja do analizy wpływu publikacji na rynek. Taką okazję będę miał jeszcze w tym miesiącu. W katalogu 15 aukcji WDA-MiM, w dużej, bo obejmującej 50 egzemplarzy grupie monet Augusta III jest aż tuzin pozycji uwzględnionych w moim katalogu, na dodatek z odniesieniami do niego umieszczonymi w opisach.
Z tych dwunastu monet tylko jedna ma cenę wywoławczą na poziomie, który uznać mogę IMHO za adekwatny do stanu i rzadkości. Za taką cenę mógłbym tę monetę kupić... gdybym nie miej jej w zbiorze. Ale mam, na dodatek lepiej zachowaną. Z pozostałych jedenastu, cenę wywoławczą jednej uważam za atrakcyjnie niską i gdybym takiej monety nie miał (a mam, i to chyba w lepszym stanie zachowania), to bym o nią powalczył. Pozostała dziesiątka ma ceny wywoławcze na poziomie, który tylko w nielicznych przypadkach mógłbym zaakceptować, jako ostateczne (i to już po wliczeniu młotkowego). Cóż. Może nie nadążam za rynkowymi trendami. Nie mam przecież takiego doświadczenia, jak na przykład szef GNDM, nie znam się na strategiach biznesowych, bo monetami nie handluję.

W każdym razie:
  • Czekam z dużym zaciekawieniem na finał aukcji WDA-MiM, którego to finału nie omieszkam tu skomentować.
  • Jaki by ten finał nie był, na pewno nie ujawnię przedwcześnie następnego tematu, do którego się przymierzam - chciałbym móc kupować monety z nim związane po cenach nie zmuszających mnie do pozbywania się innych części mojego zbioru (choć argumentacja D. Marciniaka przedstawiona w wyżej podlinkowanym filmie brzmi bardzo rozsądnie). 

niedziela, 15 marca 2020

Tło - jak je usunąć???

Przymierzam się do pracy nad nowym numizmatycznym tematem. Muszę odpocząć od osiemnastowiecznej miedzi.
Temat nowy, monety stare, bite ręcznie, na ręcznie przygotowywanych krążkach, wyjątkowo rzadko okrągłych. Zdarzają się prawie eliptyczne, ale najczęściej mają nieregularne, z grubsza tylko przypominające koło, a na dodatek nierzadko z wykruszeniami na krawędziach.
Takie monety fotografuje się łatwo, jak każde inne (z wyjątkiem monet bitych polerowanym lub lustrzanym stemplem), ale przygotowanie zdjęcia do publikacji już takie proste nie jest.
Można oczywiście pójść na łatwiznę i nie przejmować się tłem. Efekt jest taki.
 

Niespecjalnie mi się to podoba. Można oczywiście pomanewrować ustawieniami jasności i kontrastu, ale to nadal nie to.
Przedstawiłem tu kiedyś mały poradnik na temat komputerowej obróbki zdjęć monet. Dziewięć lat temu - kawał czasu. Poradnik dotyczył przykładu banalnego - zdjęcia współczesnej, bitej maszynowo, okrągłej monety. Dla przypadków pokazanych wyżej mało przydatny.
Później, w roku 2014, temat powrócił na forum TPZN. Wątek przywołano ponownie w roku 2018, czyli temat wydaje się nadal aktualny.
Zwykle staram się przystępować do pracy dopiero po zgromadzeniu niezbędnych materiałów i narzędzi. Dlatego poświęciłem niedawno dwa popołudnia na poszukiwanie narzędzia, które tło usunie szybko i dokładnie, przy jak najmniejszym moim udziale. Najlepiej automatycznie, bo jak wiecie leniem jestem. Z mizernym skutkiem przetestowałem masę filtrów i dodatków do programu GIMP, którego używam. Przykład - dwukrotne użycie "różdżki" dało taki efekt.
Jak widać pozostały jeszcze "artefakty", które trzeba usuwać ręcznie. Jedno, czy dwa zdjęcia można tak obrobić, ale kilkadziesiąt? Nie mając do dyspozycji tabletu graficznego, musiałbym męczyć się z niewygodną do takich prac myszką, przy okazji natężając (i nadwyrężając) wzrok, żeby przypadkiem nie usunąć tego, co powinno pozostać.
Przy okazji poszukiwań dodatków do GIMP natknąłem się na niezliczoną ilość ofert usuwania tła ze zdjęć online. Wysyłasz pliki, AI (sztuczna inteligencja) zajmuje się nimi gdzieś tam, nie wiadomo gdzie i po chwili dostajesz obrobione zdjęcia, z których usunięto tło.
Kolejny wieczór zajęło mi testowanie tych ofert. Większość umożliwia oczywiście "darmowe" przetestowanie usługi. Cudzysłów, bo darmowe oznacza tylko, że stan konta w banku pozostaje niezmieniony, ale trzeba się zarejestrować - podać adres e-mail, imię nazwisko, czasem numer telefonu... Te dane, to przecież też waluta. Okazało się, że najczęściej nie wszystko, co niezwykle przekonująco pokazano w ramach reklamy serwisu, w praktyce okazuje się takie szybkie i skuteczne. Najczęściej, na szczęście nie oznacza zawsze. Są serwisy robiące to, czego od nich oczekiwałem, czyli skutecznie usuwające niejednorodne tło ze zdjęć monet o nieregularnych kształtach. Jeden z nich, Remove.bg, na dodatek oferuje oprogramowanie ułatwiające transfer plików w obie strony.
W odróżnieniu od większości pozostałych, Remove.bg zajmuje się tylko usuwaniem tła. Po zarejestrowaniu się w serwisie, użytkownik generuje swój identyfikator, klucz API, który jest konieczny do skonfigurowania wspomnianego programu, jeśli chcemy z niego korzystać. A korzystać warto, bo oszczędza się sporo czasu. Wystarczy przeciągnąć wybrane pliki na okno programu.
Operacja trwa kilka sekund. Wynik? Dla mnie całkowicie zadowalający.

Darmowa usługa ma oczywiście pewne ograniczenia - nie więcej, niż 50 zdjęć miesięcznie z jednego klucza API, wynikowe zdjęcia ograniczone do 0,25 megapiksela, czyli 500 x 500 pikseli. Są oczywiście opcje płatnych planów, ale na razie nie przypuszczam, bym musiał z nich korzystać.

Narzędzie mam, teraz czas na pracę. Na razie nie chcę ujawniać jej tematu - nie zależy mi na wzroście cen monet, które w związku z tą pracą będę chciał kupować w nieodległej przyszłości. Czy monety użyte jako przykład mają coś wspólnego z moim nowym tematem? NIE, ale jako przykład sprawdziły się całkiem nieźle.

niedziela, 8 marca 2020

Czytajmy książki.

Brakło mi cierpliwości by poczekać aż Biblioteka Narodowa opublikuje coroczny raport na temat czytelnictwa w Polsce. Poprzedni, opublikowany w marcu 2019 podsumowywał nasze osiągnięcia w roku 2018. Przypuszczam, że raport za rok 2019 niestety nie przyniesie poprawy. Niestety, bo stan czytelnictwa jest żałosny. Wystarczy rzut oka na wykres opublikowany przez BN 24 marca 2019.
Przeszło 60% mieszkańców Polski nie przeczytało w roku 2018 ANI JEDNEJ książki! Dla mnie niewyobrażalne. W tym roku już udało mi się zawyżyć średnią dla grupy najaktywniejszych czytelników (granatowe słupki na wykresie), a mamy dopiero początek marca.
Ostatnia z moich tegorocznych lektur, to "Leonardo Da Vinci" Waltera Isaacsona. Biografia jednego z najdziwniejszych, jeśli nie najdziwniejszego europejczyka, po którym pozostało kilkanaście obrazów (o ile wszystkie naprawdę wyszły spod jego ręki), w części nieukończonych. Nieukończonych, bo albo nie uznał ich za życia za dzieła gotowe, albo nie miał czasu na ich ukończenie. Czasu nie miał, bo ciekawiło go wszystko, a jak coś go ciekawiło, to starał się dowiedzieć o tym czymś jak najwięcej. Rozrzut tematów zainteresowań imponuje. Od geologii i hydrologii, przez anatomię, fizykę, mechanikę, architekturę, scenografię... Trudno znaleźć dziedzinę, którą się nie zajmował. Ze zdumieniem przeczytałem, że w swoich notatnikach zapisał zdanie, które dwieście lat później powtórzył Izaak Newton, a które znamy dziś jako pierwszą zasadę dynamiki. Christiaan Huygens też miałby łatwiej, gdyby znał notatki Leonarda, bo znalazł by w nich opis zachowania dźwięku przechodzącego przez ścianę z dwoma otworami. A co powiecie o takim zdaniu "Słońce się nie porusza"?
Leonardo notował wszystko. Dziś znamy około siedem tysięcy kart z jego zapiskami i rysunkami. Z wiarygodnych źródeł wiadomo o dalszych przynajmniej sześciu tysiącach kart. Za zbiór siedemdziesięciu dwóch kart tworzących tzw. Kodeks Leicester, Bill Gates zapłacił w 1994 roku prawie trzydzieści jeden milionów dolarów.
Na 638 stronie książki Isaacsona znalazłem informację, że "Da Vinci wykonał również dla Juliana (papieża) projekt prasy do produkcji monet o gładkich i równych krawędziach". Skoro wykonał projekt, to może i o nim coś zanotował. Chwila pracy wyszukiwarki i jest.
Mamy nie jedno urządzenie, tylko dwa - urządzenie do wycinania równych, okrągłych krążków i urządzenie do właściwego ustawianie stempli menniczych, zapewniające centralne bicie monet, eliminujące niedobicia wynikające z nierównoległego ułożenia płaszczyzn stempli. Nie bardzo wyobrażam sobie bicie na niej masowych nakładów monet niskonominałowych, ale papieskie złoto mogło by wyglądać znakomicie.
Przy okazji poszukiwań projektu Leonarda trafiłem na masę innych przedstawień różnych etapów produkcji monet. Na przykład taka angielska grafika
z prasą - balansjerką. Taką samą, jak używane do bicia monet Augusta III. Nie tylko miedzianych.

Czytanie zawsze zajmowało mi trochę czasu i nadal zajmuje. Oprócz książek są to głównie lektury internetowe - fora dyskusyjne, katalogi aukcyjne, blogi...
Przeglądam oczywiście oferty sklepów numizmatycznych i katalogi nadchodzących aukcji, bo z mniejszym lub większym powodzeniem usiłuję powiększać zbiór. Ostatnio z mniejszym, bo coraz częściej ceny zdecydowanie przekraczają moje możliwości. Ale nie tylko ceny bywają problemem. Mam w zbiorze takiego trojaka.
Brzydki, ale rocznik na tyle rzadki, że kiedyś się na niego skusiłem z nadzieją, że prędzej, czy później trafi się ładniejszy egzemplarz. Kilka dni temu wypatrzyłem, ale mimo że ładniejszy, to nie całkiem.
Jakoś nie mam zaufania do tej jedynki. Nie zalicytuję.
Jeszcze dwa obrazki z aukcji zakończonej w lutym. Tym razem nie zamierzałem licytować.
Cena, przyznaję, mocno mnie zaskoczyła. Firmę chyba też, bo cena szacunkowa była dość skromna, a ilość przebić, całkiem, całkiem...
Patrząc teraz na te zrzuty z ekranu, mam trochę wyrzutów sumienia, bo ślęczę właśnie nad kolejnym wydaniem tego katalogu. Będzie w formie e-booków i będzie z możliwością druku na zamówienie, jak te, i znacznie taniej, niż na WCN.

sobota, 15 lutego 2020

Johann Friedrich Stieler raz jeszcze.

Wspomniałem w poprzednim wpisie o promocji nowej książki o mennictwie Augusta III, która miała miejsce podczas szóstej już sesji wykładowej przed aukcją GNDM.
Wysłuchałem w Warszawie wystąpienia p. Piotra Anuszczyka. Kilka dni później, już w domu, jeszcze raz obejrzałem wystąpienie udostępnione z resztą wykładów przez GNDM. I dopiero w domu zwróciłem na fragment, w którym autor omawiając tymfa i orta z roku 1753 stwierdził, że stemple do nich wykonał J. F. Stieler. Nie ma na nich sygnatury rytownika, ale analogie rysunku tych monet z nominałami wyższymi, sygnowanymi, nie pozostawiają wątpliwości.
Sięgnąłem po katalog Kahnta i bez większych trudności znalazłem lipskiego tymfa 1753 r. z literą "S" na awersie (nr 685f).
Informacji o Stielerze szukałem już wcześniej i najbardziej rozbudowany jego życiorys znalazłem u Heinricha Kellera w książce "Nachrichten von allen in Dresden lebenden Künstlern" wydanej w Lipsku w 1788 r. czyli dwa lata przed śmiercią Stielera.
Przy okazji krótki wtręt techniczny. 
Czytanie osiemnastowiecznej niemczyzny nie jest rzeczą łatwą, nawet jeśli w grę wchodzi druk. Bardzo się ucieszyłem, kiedy znalazłem w sieci stronę reklamującą się nagłówkiem "Free Online OCR Convert JPEG, PNG, GIF, BMP, TIFF, PDF, DjVu to Text". Wśród rozpoznawanych języków i rodzajów pisma jest "German Fraktur", czyli gotyk albo szwabacha, jak zwykle nazywa się czcionkę widoczną na pokazanej wyżej stronie tytułowej książki Kellera. Bardzo ułatwiło mi to pracę nad "Miedzianymi monetami koronnymi Augusta III". 
Co można wyczytać u Kellera? Otóż tyle, że faktycznie Stieler spędził trochę czasu w Lipsku. Był tam dwukrotnie, najpierw korzystając z gościnności Martiniego i jego przyrodniego syne Meila. Później, od 1749 r. po nieudanej podróży po Europie, ponownie zatrzymał się w Lipsku u Meila, poznał profesora Christsa, uczonego, znawcę antyku i kolekcjonera monet. Za ich rekomendacją zaproponowano Stielerowi wykonanie prób stempli do mennicy, która miała zostać otwarta w Gubinie. Jego praca zyskała uznanie i począwszy od końca 1751, aż do przełomu 755/1756 Stieler był medalierem mennicy w Gubinie. Później wrócił do Drezna, gdzie był jednym z medalierów (razem z Pribusem). O Lipsku, jako miejscu pracy Stielera mowy nie ma. 
Produkcja mennicy gubińskiej w roku 1753 wyniosła około 37 milionów szelągów i ponad milion groszy. Oznaczało to konieczność wykonania niemal tysiąca par stempli (zakładając, że para stempli wytrzymywała bicie 40.000 monet). To wielka ilość, trzy pary stempli dzień w dzień przez cały rok, świątek i piątek. Nawet z pomocnikami, to trudne zadanie. A tu jeszcze te stemple dla Lipska. Większe, bardziej skomplikowane, bo przecież o tymfy chodzi. Widziałem w katalogu Kahnta informacje o stielerowskich stemplach dla Lipska, ale chodziło o monety późniejsze, z lat sześćdziesiątych. Tego tymfa jakoś przeoczyłem. Nie miałem więc powodu by zastanawiać się konfrontować ich z rejestrami mennicy gubińskiej.

Przeszło mi przez myśl, że ten tymf, to mogłaby być produkcja pod pruską kontrolą, późniejsza, prowadzona w czasie, kiedy Gubin został zamknięty. Krótka wymiana e-maili z P. Anuszczykiem i ten pomysł odrzuciłem. 
Pozostała jeszcze jedna opcja. Możliwość, że Stieler ograniczał się w Gubinie tylko do przygotowania punc, a wyrób stempli powierzano komu innemu - tu nie potrzebny był artyzm, tylko umiejętność pracy z metalem. Zwróciłem uwagę na liternictwo w legendach. Na tymfie pokazanym przez P. Anuszczyka na wykładzie, tymfie oznaczonym T53D.3.e litera T, na awersie i rewersie ma szeryfy w górę. 
Na T53D.3.d na awersie w górę, na rewersie w dół. 
Na ewidentnie gubińskich groszach z 1753 r. też są obie te wersje litery T. To może wskazywać na prawdopodobną obecność w tej mennicy co najmniej dwóch wykonawców stempli dysponujących dwoma nieidentycznymi zestawami punc. Niestety nie dotarłem do imiennego spisu personelu tej mennicy.
Ciekawe, na ile jeszcze natrafimy zagadek i niespodzianek dotyczących mennictwa Augusta III.

niedziela, 9 lutego 2020

Numizmatyczne spotkania.

Dawno, dawno temu, w trzeciej ćwierci XX wieku, jedynymi praktycznie okazjami do spotkań kolekcjonerów monet w szerszym gronie były zebrania organizowane przez oddziały PTA (od 1971 PTAiN). Nie mam dobrych wspomnień z tych spotkań. Atmosferą czasem nie odbiegały od spotkań handlarzy z pchlich targów. Bardzo rzadko zdarzało się, że młody kolekcjoner dostępował zaszczytu wglądu w klaser albo katalogi starszych "kolegów". Tak przynajmniej wyglądało to u nas na prowincji.
Po roku 1991 wiele się zmieniło. Numizmatycy rozstali się (formalnie) z archeologami, powstało PTN. Na zebraniach kół oczywiście nadal monety i literatura zmieniają właścicieli, ale oprócz tego regularnie organizowane są konferencje, sympozja, wykłady, wycieczki. Jest w czym wybierać.
Zaktywizowały się też placówki naukowe i muzealne. Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej i cykl wykładów "Numizmatyka, czyli co" na trwałe weszły w nasze kalendarze.
Na koniec dołączyły firmy numizmatyczne. Najpierw GNDM, później  ANMN, na szczęście nie ograniczające się w doborze tematów do działań marketingowo-reklamowych.
Na szóstą już sesję wykładową GNDM pojechałem łącząc przyjemność z obowiązkiem.
Po załatwieniu spraw służbowych, po odebraniu monety wylicytowanej na ostatniej czwartkowej aukcji WCN i odwiedzeniu Łazienek
dotarłem do Mariotta zwabiony  nie tyle wykładami, co zapowiedzianym drobnym drukiem, wydarzeniem towarzyszącym. Wykłady zdominowała numizmatyka średniowieczna. Wykładowcy znakomici, najlepsi z najlepszych i zawsze trzeba korzystać z okazji ich wysłuchania, ale jak to się mówi, bliższa koszula ciału. Tym razem magnesem była okazja do spotkania z autorem nowej książki.
 Okazało się, że wydarzenie towarzyszące - premiera katalogu "Tymfy i orty Augusta III Sasa 1752-1756" i spotkanie z jego autorem, Piotrem Anuszczykiem też przybrało formę wykładu.
Wykładu na tyle interesującego, że trzeba było zmienić plan sesji, która dla mnie niestety musiała skończyć się zbyt wcześnie. Decydowała godzina odjazdu ostatniego pociągu do domu. Brakło czasu na wykłady W. Garbaczewskiego i M. Woźniaka.
Czasu starczyło tylko na krótką rozmowę autorem katalogu niespodzianki. Niespodzianki, bo nigdzie  wcześniej nie natrafiłem na wzmianki o przygotowywanym opracowaniu tematu tak ciekawego i na dodatek w części zbieżnego z moimi ostatnimi zainteresowaniami.
Mam nadzieję, że 5 czerwca będę miał więcej czasu i wysłucham wszystkich wykładów siódmej sesji "W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz".




środa, 29 stycznia 2020

Finis coronat opus!

Nareszcie koniec. Książka "Miedziane monety koronne Augusta III" jest gotowa i dostępna.
Zapraszam na zakupy.
Można kupić w formacie cyfrowym (e-book) albo zamówić egzemplarz drukowany.
https://sites.google.com/site/monetypolskie/

Spis treści:
  1. WSTĘP
  2. AUGUST III SAS (FRYDERYK AUGUST WETTYN)
  3. MENNICE MIEDZIANE AUGUSTA III
    1. DREZNO (DRESDEN)
    2. GRUNTAL (GRÜNTHAL)
    3. GUBIN (GUBEN)
    4. INNE MENNICE
      1. Lipsk
      2. Magdeburg
      3. Wrocław
      4. Lubowla (Lubownia)
      5. Szczecin
      6. Berlin
      7. Fałszerstwa z małych warsztatów
  4. OBIEG MONET — WIELKOŚĆ EMISJI
    1. SZELĄGI
      1. Drezno
      2. Grünthal
      3. Gubin
    2. GROSZE
      1. Gubin
      2. Grünthal
  5. DRUGIE ŻYCIE MIEDZIAKÓW AUGUSTA III
  6. OMÓWIENIE LITERATURY TEMATU
  7. LEGENDY, PORTRETY, HERBY
    1. AWERS
    2. REWERS
  8. OPIS CZĘŚCI KATALOGOWEJ
    1. TYPY SZELĄGÓW
      1. Typ drezdeński
      2. Typ gubiński
    2. TYPY GROSZY
      1. Typ gubiński
      2. Typ gruntalski
      3. Typy anomalne
  9. KATALOG
    1. ROCZNIK 1749 — SZELĄGI
    2. ROCZNIK 1750 — SZELĄGI
    3. ROCZNIK 1751 — SZELĄGI
    4. ROCZNIK 1752 — SZELĄGI
    5. ROCZNIK 1752 — GROSZE
    6. ROCZNIK 1753 — SZELĄGI
    7. ROCZNIK 1753 — GROSZE
    8. ROCZNIK 1754 — SZELĄGI
    9. ROCZNIK 1754 — GROSZE
    10. ROCZNIK 1755 — SZELĄGI
    11. ROCZNIK 1755 — GROSZE
    12. ROCZNIK 1758 — GROSZE
  10. INDEKS OSÓB
  11. LITERATURA
Gryząc palce czekam na pierwsze spostrzeżenia i oceny czytelników.

niedziela, 26 stycznia 2020

W numizmatyce widzisz tyle, ile...

Pan Damian Marciniak od kilku lat, w piątkowe wieczory poprzedzające kolejne aukcje zaprasza wszystkich żądnych wiedzy kolekcjonerów na sesje wykładowe pod tytułem "W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz".  Inicjatywa świetna, wykłady ciekawe, na dodatek rejestrowane i udostępniane w internecie bezpłatnie wszystkim zainteresowanym.
Widoczna na powyższym zrzucie fragmentu ekranu z YouTube liczba wyświetleń, to nie łączna liczba wyświetleń wszystkich trzydziestu jeden filmów, a tylko liczba wyświetleń strony  z odnośnikami do wszystkich wykładów. Nie liczyłem ile odnotowano w sumie wyświetleń wykładów, ale przypuszczam, że granica dziesięciu tysięcy została przekroczona. Kanał YouTube z filmami GNDM subskrybuje przeszło jedenaście tysięcy osób, w większości zapewne aktywnych kolekcjonerów interesujących się czymś więcej, niż tylko gromadzeniem monet.
Miałem przyjemność uczestnictwa i w roli słuchacza i prelegenta. Polecam uczestnictwo w kolejnych sesjach - najbliższa już 7 lutego. Najlepiej osobiście, bo oprócz możliwości wysłuchania wykładów ma się jeszcze okazję do spotkań i rozmów w przerwach. A jest z kim i o czym rozmawiać!

Dzisiejszego wpisu nie zamierzam ograniczać do reklamy sesji wykładów GNDM. Rzecz w tym, że ich tytułowe hasło, to tylko jeden z możliwych wariantów.
Oczywistym jest, że kolekcjoner dysponujący wiedzą, ma przewagę nad kolekcjonerem nie przykładającym znaczenia do wiedzy numizmatycznej. Wiedzy o ludziach, historii, technice...
Przewagę daje też dobry wzrok - bo "...widzisz tyle, ile...", ale już tu daje się odczuć przewaga tych, którzy wiedzą na co patrzeć, nad tymi, którzy "patrzo, a nie widzo".

Wróćmy do tytułowego hasła. Co powiecie na takie jego zakończenie? W numizmatyce widzisz tyle ile chcesz widzieć. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy, ale to naprawdę nigdy, nie kupił monety w przeświadczeniu, że to coś rzadkiego (więc cennego), a co po bliższych oględzinach okazało się albo mało interesującą, pospolitą odmianą/rocznikiem. Im gorzej zachowana moneta, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś uzna ją za coś, czym nigdy nie była.

A taki wariant?  W numizmatyce widzisz tyle ile chcesz, by widzieli twoi klienci. Pół biedy, jeżeli naprawdę widzisz. Widzisz, bo wiesz, że jest taka możliwość i na dodatek jest to możliwość podnosząca atrakcyjność monety. Gorzej, jeśli dobrze widzisz, jak jest, a piszesz to, co chcesz by zobaczyli kupujący.

A ponieważ piszę o patrzeniu i widzeniu, nie może się obyć bez ilustracji.
Ten szeląg Augusta III od pewnego czasu jest oferowany, jako rzadka odmiana z literą L pod herbami.
Tej monety nie muszę brać w rękę i pod lupę, żeby stwierdzić, że to nie L, tylko T odwrócone do góry nogami.

A taka moneta? Na początek zdjęcie aukcyjne.
To, co widać pod herbami mocno zależy od tego, co chce się zobaczyć. Sprzedawca opisał monetę, jako szeląg 1772⊥. Co stoi na przeszkodzie, by uznać ją za 1752⅃? Powinien przeszkadzać zdrowy rozsądek i znajomość literatury. Powinien, ale czy na pewno? Przecież znane są przypadki odkrywania nieodnotowanych w katalogach odmian szelągów Augusta III.
Zobaczmy, cóż więc naprawdę jest na tej monecie.
Wersja z odwróconym L odpada. Wyklucza ją (czy na pewno?) szeryf u dołu po prawej. Odwrócone T, jak napisał sprzedawca też odpada (ale czy na pewno?), bo na środku pionowej kreski pojawia się coś, co sprawia, że możemy mieć do czynienia z odwróconą literą F. Możemy, ale czy na pewno to Ⅎ?
Nie jestem ortodoksyjnym zwolennikiem włączania do kolekcji wyłącznie monet idealnie zachowanych. Jestem natomiast ortodoksyjnym przeciwnikiem formułowania daleko idących tez na podstawie oględzin monet zachowanych na tyle źle, że ich stan dopuszcza więcej, niż jedną interpretację rysunku albo napisów.
To, co dziś napisałem, po pierwsze (mam nadzieję) będzie pomocą (ostrzeżeniem) dla wielu z Was, po drugie niech będzie usprawiedliwieniem dla odkładanej wielokrotnie daty zapowiadanej publikacji książki/katalogu szelągów i groszy koronnych Augusta III. Z problemami tu pokazanymi borykałem się tak wiele razy, że nie jestem w stanie ich zliczyć.
Koniec z odkładaniem terminu publikacji. Została mi jeszcze tylko okładka. Publikacja w przyszłym tygodniu. Szczegóły wkrótce.

P.S.
Od 29 stycznia 2020 książka jest dostępna tu:
https://ridero.eu/pl/books/miedziane_monety_koronne_augusta_iii/



piątek, 10 stycznia 2020

Nakłady monet obiegowych 2019

Na stronie NBP pojawiła się informacja o wysokości nakładów monet obiegowych z rocznika 2019.

1 grosz    - 413 520 000
2 grosze   - 167 115 000
5 groszy   - 116 100 000
10 groszy  - 128 700 000
20 groszy  -  58 320 000
50 groszy  -  54 990 000
1 złoty    -  60 750 000
2 złote    -  27 975 000
5 złotych  - nie wybito


Nakłady wysokie. Pozostaje tylko powtórzyć: 
Bicie jednogroszówek

to sztuka dla sztuki, albo wyrzucanie pieniędzy w błoto. Dwugroszówek też.

niedziela, 5 stycznia 2020

Kropka

Kolekcjonerskich radości i pogody ducha w nowym, dwa tysiące dwudziestym roku życzę Wam w pierwszym tegorocznym wpisie.

Kropka.
O kropkach piszę tu od pierwszego niemal postu. Kropki są na każdej prawie monecie - od antyku, po czasy najnowsze. Nic dziwnego, że temat powraca i pewnie powracać będzie.

Szelągi Augusta III bite w Dreźnie w latach 1749 i 1750, a od roku 1751 do 1755 w Gruntalu cechuje zachowanie rysunku zaprojektowanego przez Johanna Wilhelma Höcknera i Christiana Sigismunda Wermutha.

Widać oczywiście, poczynając od rocznika 1751, pewne uproszczenia w portrecie króla, ale reszta, łącznie z liternictwem i interpunkcją w legendach pozostaje niezmienna. Z małym, malutkim wyjątkiem. Na rewersie ostatniego szeląga, po dacie postawiono kropkę.
Przypadek? Nie sądzę. 
Nie sądzę, bo przypomniałem sobie pewien katalog, który mam na półce od jakiegoś czasu. Oto pierwszy jego fragment.
Jak widać, rzecz dotyczy niemieckich monet o przeszło wiek późniejszych. Wariant podkreślony, jak godny wyróżnienia, to dwudziestofenigówka z 1887 roku z gwiazdką pod nominałem. Pięćdziesiąt monet wybitych z gwiazdką upamiętniało uruchomienie produkcji w nowootwartej mennicy w Muldenhütten
I fragment drugi.
Poprzedni właściciel trochę pokreślił w katalogu, zaznaczając jak sądzę posiadane przez siebie monety. Nie miał jednej z ciekawszych monet z tego typu, mianowicie feniga z roku 1887 z literą E i kropką po PFENNIG. Jednej z dwudziestu pięciu jednofenigówek wybitych dla upamiętnienia zakończenia produkcji w mennicy drezdeńskiej.
Czy możliwe, że kropka po dacie na gruntalskim szelągu z 1755 r. to nie przypadek, tylko świadome zaznaczenie, że to ostatni rok działalności mennicy przy Saigerhütte Grünthal? Myślę, że to całkiem prawdopodobne.
Przy okazji, rocznik 1755 jest najmniej liczny wśród gruntalskich szelągów. Trochę ponad dwa i pół miliona sztuk wobec przeszło dziesięciomilionowych nakładów z poprzednich dwóch lat. 2,5 miliona to mało, ale nie tak mało by uzasadnić obserwowaną rzadkość tego rocznika na rynku. W ubiegłym roku nie zauważyłem ani jednej oferty szeląga 1755 bez literki pod herbami. A rzadkie, drezdeńskie roczniki 1749 i 1750 oferowano kilkakrotnie!
Może część transportów monet z ostatniego rocznika działalności gruntalskiej mennicy nie dotarła do miejsc przeznaczenia? Rzadkość tych monet sugeruje, że mogło to dotyczyć większości transportów.

Nie tylko o kropkach tu pisuję. Kiedyś, niestety nie pamiętam, w którym wpisie, marzyłem sobie, że mogłaby powstać baza danych zawierająca informacje o personelu naszych mennic - zarządców, mincmistrzów, wardejnów, rytowników itd. Poszukując informacji do książki o miedziakach Augusta III trafiłem na "Biographisches Lexikon der Münzmeister, Wardeine, Stempelschneider und Medailleure von der Renaissance bis zur Gegenwart".
Czyli można. Da się coś takiego zrobić. Bazie daleko jeszcze do kompletności, ale jest. Jest pomocna, bo oprócz podstawowych informacji o ludziach, zawiera odsyłacze do źródeł, a te drogowskazy prowadzą często w bardzo ciekawe miejsca. 

niedziela, 22 grudnia 2019

Najnudniejsze zajęcie na świecie.

Nadszedł ten etap pisania książki o miedziakach A3S, którego obawiałem się od dawna - tworzenie indeksów, tabeli konkordancji i na koniec korekta.
Kto tego nie ćwiczył, nie zrozumie.
Niestety, o czym już pisałem, edytor Ridero dostarcza wyłącznie mechanizmy automatycznego tworzenia spisu treści (o ile pamięta się o konsekwentnym stosowaniu stylów) i tworzenia przypisów. Indeksy trzeba tworzyć ręcznie. Nie dość, że zajęcie nudne, to jeszcze łatwo coś istotnego przeoczyć.
Tabela konkordancji, moim zdaniem w tym przypadku niezbędna, siłą rzeczy musi być rozbudowana. O ile nie ma problemu z katalogami popularnymi, typu Kopicki, Parchimowicz, Kahnt, to Czapski, Kamiński+Żukowski i Gumowski (Gubin i jego mennice) zmuszają do wysiłku i wymagają przemeblowania okolicy. Dała by mi żona popalić, gdybym próbował czegoś takiego przed świętami! Najlepiej mieć pod ręką duży stół i otwarte wszystkie te katalogi. Takiego stołu, ani miejsca nań nie mam, musiałem więc poradzić sobie inaczej. Kilka godzin skanowania, obróbki w OCR (by móc korzystać z wyszukiwania tekstowego) i praca staje się wygodniejsza. Brak podręcznego stołu - wróć! - drugiego monitora pracy nie ułatwia, ale i tak jest łatwiej niż zrywanie się co chwilę od klawiatury, żeby zajrzeć do tej, czy innej książki.
Na deser (???) zostawiam sobie korektę ortograficzną i gramatyczną. W ortograficznej pomaga edytor, w gramatycznej pamięć i SJP. Korekta rzeczowa trwa cały czas. Najlepiej byłoby powierzyć ją komuś innemu, ale gdzie znaleźć kogoś kto primo, zna temat, secundo, nie będzie próbował narzucać swoich poglądów. Ten etap zresztą już przećwiczyłem z lepszym lub gorszym skutkiem. Częściej gorszym.

P.S.
Od 29 stycznia 2020 książka jest dostępna tu:
https://ridero.eu/pl/books/miedziane_monety_koronne_augusta_iii/


Pora na monetę.
Jeden z niedawnych nabytków z Allegro. Okazuje się, że mimo "udoskonaleń" serwisu, udaje się od czasu do czasu kupić coś ciekawego.
Bydgoski półtorak Z3W z 1621 r. "Populares", nieprawdaż? A może nie?

Na wszelki wypadek, gdybym nie znalazł czasu, że by tu coś napisać przed świętami, wszystkim Czytelnikom - RADOSNYCH ŚWIĄT, z wszystkimi oczywistościami: spotkaniami rodzinnymi, prezentami, obżarstwem, lenistwem i niektórymi innymi grzechami głównymi.


czwartek, 12 grudnia 2019

Kto nabił tę puncę?

Niedawno na Allegro zakończyła się aukcja pięciozłotówki z 1933 roku w stanie zachowania ocenionym przez NGC na AU58 - prawie mennicza. W tytule aukcji oprócz nominału, rocznika i stanu zachowania dodano informację "z puncą JCh". Przyznacie, że kogo, jak kogo, ale mnie ten dopisek musiał zaintrygować. Moneta wygląda tak.
Wprawne oko oprócz puncy przy nodze Orła wypatrzy drugi jej odcisk na rewersie, na godzinie 4:30. Z bliska punca wygląda tak.
W porównaniu z puncą Czapskiego - duża.
Moneta poszła za 511 złotych, ale to nie ja ją kupiłem. Nie ja też nabiłem tę puncę. W opisie aukcyjnym, sprzedawca dodał jeszcze, że "Dotarliśmy do jednego notowania monety z taką puncą, była to moneta OST 2 kopiejki 1916". Mamy więc do czynienia z puncą własnościową, kolekcjonerską najprawdopodobniej. 
Czyją? Kiedy nabitą?
Czy ktoś z Was zna odpowiedź?

August III prawie na ukończeniu. Prawie, bo natrafiłem na kolejne zapomniane dziełko.
Wiadomości o wszystkich w Dreźnie żyjących artystach.
Są w nim wymienieni i opisani między innymi drezdeńscy medalierzy Christian Sigismund Wermuth
oraz Johann Friedrich Stieler.
Te dwie notatki to w sumie kilkanaście stron do przetłumaczenia i sprawdzenia, czy nie ma tam jakichś nieznanych mi dotąd powiązań z interesującym mnie tematem. Oprócz tego muszę jeszcze sprawdzić, czy przy którymś z innych nazwisk nie pojawiają się informacje o związkach z mennictwem. Szkoda, że format pliku nie pozwala na wyszukiwanie tekstowe.
Nie ma w książce nic o Carlu Christianie Pribusie, który zmarł rok przed wydaniem książki. Ciekawe, czy Keller miał zebrane wiadomości na jego temat i nie umieścił ich w książce, bo ta dotyczy "w Dreźnie żyjących", czy po prostu nie uznał go za artystę.

Printfriendly