Niestety.
Pora na obiecane sprawozdanie.
Plan był prosty - odpoczywamy.
Jedyne założenie "ostre", to przebieżka co drugi dzień na dystansie co najmniej 6 km.
Założenie zrealizowane w 100 % - charzykowska promenada nad jeziorem ma ciut ponad 3 km, więc bieg z domu do niej i później od końca do końca tam i z powrotem dawało prawie 7 km. W sumie zrobiły się z tego trzy maratony (na raty).
Poza tym:
dobre towarzystwo,
grzyby,
kajak,
pływanie,
zwiedzanie okolic,
przyroda,
spacery,
smaczne jedzenie, czytanie etc etc.
Było, minęło, ciąg dalszy nastąpi (już za 11 miesięcy).
PS.
Monety też były, rzecz jasna
Google Website Translator Gadget
wtorek, 23 sierpnia 2011
poniedziałek, 11 lipca 2011
Ostatnie zakupy przed urlopem
Urlop tuż, tuż. Trzeba myśleć o pakowaniu, a tu jeszcze poczta donosi listy z ostatnimi przedurlopowymi nabytkami. Póki jeszcze nie zawiozłem monet do bankowego sejfu podzielę się jeszcze radością z nowych monet.
Pierwsza, to ciekawe 10 groszy 1837.
Zdjęcie z aukcji nie było najlepsze, ale miałem na tyle mocne przypuszczenia, że zalicytowałem. Okazało się, że był to dobry pomysł.Awers niczym mnie nie zaskoczył mnie niczym, ale rewers...
Jedynka w dacie jest bardzo szeroka i nie jest to spowodowane uszkodzeniem stempla. Do porównań zapraszam na https://sites.google.com/site/krolestwopolskie18351841/
Moneta druga, to 5 fenigów Królestwa Polskiego z roku 1917. Tak, wiem, to zaczyna być już nudne, ale zobaczcie sami.
Egzemplarz wybity mocno spękanymi stemplami z wyraźnymi fragmentami awersu na rewersie i odwrotnie. Monetę wypatrzyłem na eBay.de i kupił bym ja nawet, gdybym wcześniej nie zaangażował się w dyskusję na Allegro.
Najciekawsze rzeczy widać, kiedy na rewers nałoży się lustrzane odbicie awersu. Otrzymujemy coś takiego:
Widać, że "kolana" i nasada skrzydeł na awersie i "duchu" są dokładnie naprzeciwko siebie, ale na awersie zarys łuku piątki jest o milimetr wyżej, niż na rewersie.
Uważam, że to dowód na to, że co najmniej jeden "duch" powstał na skutek wcześniejszego, trwałego uszkodzenia stempla.
Gdyby jedyna siła sprawdzą miało być ciśnienie, zasysanie itp. procesy zachodzące podczas bicia/tłoczenia monety, to po obu stronach wszystkie "duchy" powinny leżeć dokładnie naprzeciwko ich odpowiedników po drugiej stronie.
Więcej o "duchach" znajdziecie TU.
Czekam jeszcze na kilka monet, ale mają to być takie całkiem zwykłe zakupy kolejnych monet do kolekcji. No chyba, że przy bliższych oględzinach wyskoczą jakieś niespodzianki.
Za kilka dni wyjazd, Bory Tucholskie czekają, grzyby rosną, jagody dojrzewają, może jeszcze załapiemy się na poziomki i maliny.
W tym roku zaopatrzyłem się w kajak, więc do innych zajęć dojdzie jeszcze pływanie po jeziorach i rzekach. Sprawozdanie po powrocie.
Nie jestem pewien, czy przed wyjazdem napiszę coś jeszcze, bo przygotowania zajmą trochę czasu. W końcu znikam na calutki miesiąc.
Trzymajcie się!
Pierwsza, to ciekawe 10 groszy 1837.
Zdjęcie z aukcji nie było najlepsze, ale miałem na tyle mocne przypuszczenia, że zalicytowałem. Okazało się, że był to dobry pomysł.Awers niczym mnie nie zaskoczył mnie niczym, ale rewers...
Jedynka w dacie jest bardzo szeroka i nie jest to spowodowane uszkodzeniem stempla. Do porównań zapraszam na https://sites.google.com/site/krolestwopolskie18351841/
Moneta druga, to 5 fenigów Królestwa Polskiego z roku 1917. Tak, wiem, to zaczyna być już nudne, ale zobaczcie sami.
Egzemplarz wybity mocno spękanymi stemplami z wyraźnymi fragmentami awersu na rewersie i odwrotnie. Monetę wypatrzyłem na eBay.de i kupił bym ja nawet, gdybym wcześniej nie zaangażował się w dyskusję na Allegro.
Uważam, że to dowód na to, że co najmniej jeden "duch" powstał na skutek wcześniejszego, trwałego uszkodzenia stempla.
Gdyby jedyna siła sprawdzą miało być ciśnienie, zasysanie itp. procesy zachodzące podczas bicia/tłoczenia monety, to po obu stronach wszystkie "duchy" powinny leżeć dokładnie naprzeciwko ich odpowiedników po drugiej stronie.
Więcej o "duchach" znajdziecie TU.
Czekam jeszcze na kilka monet, ale mają to być takie całkiem zwykłe zakupy kolejnych monet do kolekcji. No chyba, że przy bliższych oględzinach wyskoczą jakieś niespodzianki.
Za kilka dni wyjazd, Bory Tucholskie czekają, grzyby rosną, jagody dojrzewają, może jeszcze załapiemy się na poziomki i maliny.
W tym roku zaopatrzyłem się w kajak, więc do innych zajęć dojdzie jeszcze pływanie po jeziorach i rzekach. Sprawozdanie po powrocie.
Nie jestem pewien, czy przed wyjazdem napiszę coś jeszcze, bo przygotowania zajmą trochę czasu. W końcu znikam na calutki miesiąc.
Trzymajcie się!
Autor:
Zbierajmy monety
o
19:33
5
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
10 groszy 1837,
5 fenigów 1917,
Bory Tucholskie,
kajak
środa, 6 lipca 2011
Co zrobić żeby monety błyszczały.
W poprzednim wpisie podałem kilka przykładów pytań, po których wyszukiwarki kierowały internautów na mojego bloga. Między nimi było też pytanie tytułowe.
Skoro jest pytanie, powinna paść i odpowiedź. Krótkie pytanie, krótka odpowiedź.
Co zrobić żeby monety błyszczały?
Teraz wytłumaczenie.
Mamy dwa przypadki:
Jeżeli moneta błyszczy, to trzeba ją schować w klaserze/kapslu/holderze/slabie/kopercie i nie dotykać gołymi palcami (na nich zawsze jest pot, a pot szkodzi błyszczącym metalowym powierzchniom). Nie chuchać, nie dmuchać, nie wycierać.
Więcej o przechowywaniu monet napisałem tutaj.
Jeżeli moneta nie błyszczy, to znaczy, że jej przeszło (i nie wróci). Na początku wszystkie monety błyszczą (no, prawie wszystkie). Nawet te najzwyklejsze, obiegowe - mówimy o połysku menniczym. Z czasem ich powierzchnie pokrywają się siateczką mniejszych i większych zadrapań. Stają się matowe. A jeśli na dodatek chemia upomni się o swoje prawa, to na monecie pojawi się patyna, czyli warstwa związków chemicznych złożonych z metalu będącego budulcem monety i pierwiastków pochodzących ze środowiska, w którym moneta jest przechowywana.
I jeszcze jedno; nie możemy zapominać o brudzie. Brud też tłumi połysk monet.
Dlaczego i w tym przypadku lepiej nic nie robić? Bo w 99 % przypadków pogorszymy stan monety. Połysk uzyskany przez wypolerowanie monety nie jest ładny. O ile wnioskowanie
Odróżnienie naturalnego połysku od połysku spod polerki jest łatwe i nie wymaga wielu lat nauki. Wystarczy dwa, trzy razy porównać takie monety.
Więcej o czyszczeniu monet napisałem tutaj.
To jeszcze jedno pytanie i może nie odpowiedź, ale krótka wypowiedź na temat.
"Czym usunąć brud spod paznokci nie niszcząc ich?"
"Fasolki" śpiewały:
Takiej samej szczoteczki i może nie mydła, a lepiej płynu do mycia naczyń można użyć do usunięcia brudu z monety. No chyba, że mamy lustrzankę, jej nie szczotkujemy. A właściwie... dlaczego nie? :-)
P.S.
Paznokcie, jeśli czyste i zadbane wyglądają ładnie. Nawet na zdjęciach, których głównym tematem są monety. Ale kiedy widzę na Allegro czy innym eBayu zdjęcie monety trzymanej brudnymi paluchami z poobgryzanymi paznokciami (spod których na dodatek wyłazi "żałoba" to przechodzi mi chęć na licytowanie.
Skoro jest pytanie, powinna paść i odpowiedź. Krótkie pytanie, krótka odpowiedź.
Co zrobić żeby monety błyszczały?
NIC!
Teraz wytłumaczenie.
Mamy dwa przypadki:
- Pytający ma monetę, która błyszczy i chce, aby taki stan utrzymał się w przyszłości.
- Pytający ma monetę, która nie błyszczy albo błyszczy w stopniu niezadowalającym.
Jeżeli moneta błyszczy, to trzeba ją schować w klaserze/kapslu/holderze/slabie/kopercie i nie dotykać gołymi palcami (na nich zawsze jest pot, a pot szkodzi błyszczącym metalowym powierzchniom). Nie chuchać, nie dmuchać, nie wycierać.
Więcej o przechowywaniu monet napisałem tutaj.
Jeżeli moneta nie błyszczy, to znaczy, że jej przeszło (i nie wróci). Na początku wszystkie monety błyszczą (no, prawie wszystkie). Nawet te najzwyklejsze, obiegowe - mówimy o połysku menniczym. Z czasem ich powierzchnie pokrywają się siateczką mniejszych i większych zadrapań. Stają się matowe. A jeśli na dodatek chemia upomni się o swoje prawa, to na monecie pojawi się patyna, czyli warstwa związków chemicznych złożonych z metalu będącego budulcem monety i pierwiastków pochodzących ze środowiska, w którym moneta jest przechowywana.
I jeszcze jedno; nie możemy zapominać o brudzie. Brud też tłumi połysk monet.
Dlaczego i w tym przypadku lepiej nic nie robić? Bo w 99 % przypadków pogorszymy stan monety. Połysk uzyskany przez wypolerowanie monety nie jest ładny. O ile wnioskowanie
DOBRY STAN ZACHOWANIA => POŁYSK
bywa zazwyczaj prawdziwe, to
POŁYSK => DOBRY STAN ZACHOWANIA
jest prawdziwe wyłącznie gdy połysk jest naturalny, gdy nie jest skutkiem polerowania, napylania, czy czego tam jeszcze.Odróżnienie naturalnego połysku od połysku spod polerki jest łatwe i nie wymaga wielu lat nauki. Wystarczy dwa, trzy razy porównać takie monety.
Więcej o czyszczeniu monet napisałem tutaj.
To jeszcze jedno pytanie i może nie odpowiedź, ale krótka wypowiedź na temat.
"Czym usunąć brud spod paznokci nie niszcząc ich?"
"Fasolki" śpiewały:
Mydło wszystko umyje, nawet uszy i szyjęi miały racje. Zwłaszcza jeśli dodatkowo użyjemy szczoteczki.
Mydło, mydło pachnące jak kwiatki na łące
Takiej samej szczoteczki i może nie mydła, a lepiej płynu do mycia naczyń można użyć do usunięcia brudu z monety. No chyba, że mamy lustrzankę, jej nie szczotkujemy. A właściwie... dlaczego nie? :-)
P.S.
Paznokcie, jeśli czyste i zadbane wyglądają ładnie. Nawet na zdjęciach, których głównym tematem są monety. Ale kiedy widzę na Allegro czy innym eBayu zdjęcie monety trzymanej brudnymi paluchami z poobgryzanymi paznokciami (spod których na dodatek wyłazi "żałoba" to przechodzi mi chęć na licytowanie.
Autor:
Zbierajmy monety
o
18:30
6
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
czyszczenie monet,
paznokcie,
połysk menniczy,
połysk monet
niedziela, 3 lipca 2011
Jak czytelnicy trafiają na mojego bloga?
Mój blog istnieje od września 2010 r. Licznik odwiedzin dobija właśnie do trzydziestu tysięcy. To miej więcej zgodne z szacunkami, które robiłem przed publikacją pierwszego wpisu.
Sprawdziłem ostatnio statystyki dotyczące ruchu na blogu i dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy.
1. Skąd jesteście?
2. Wasze systemy operacyjne.
3. Wasze przeglądarki.
4. Najczęściej czytane wpisy.
5. Źródła ruchu sieciowego - przejścia z witryn.
W całej historii bloga, najwięcej czytelników trafiło nań z mojej strony "Zbierajmy monety", którą umieściłem kiedyś na serwerach Webpark. Od miesiąca strona ta nie istnieje (reorganizacja hostingu na serwerach WP) i teraz większość odwiedzin jest generowana przez wyszukiwarki. Ostatni miesiąc wygląda tak:
Od początku istnienia bloga:
Po ograniczeniu okresu, z którego zbierane są statystyki dotyczące słów kluczowych na liście pojawiają się bardziej konkretne zapytania (pisownia oryginalna):
Nie wiem też "co poeta miał na myśli" pytając o "wydanie borysa paszkiewicza".
Nie mogę skończyć wpisu bez zdjęcia jakiejś interesującej monety. Pewnie to widać, że ostatnio mocniej zajmują mnie szelągi Augusta III. Pięć lat temu kupiłem za kilkanaście złotych taką monetkę.
Opisano ją jako "August III - szeląg 1753r. D". Czy poprawnie?
Nie, to co widać pomiędzy herbami, to nie jest D, tylko C w lustrzanym odbiciu (Czapski 2837, Kopicki 2060 R2).
Szeląg z literką D wygląda tak:
Szelągi "grubaska" to bardzo ciekawy temat. Są może ciut rzadsze od boratynek, ale nie mniej interesujące. Obydwa gatunki monet bito przez niecałe dziesięciolecie, obydwa były w obiegu przez czas wielokrotnie dłuższy i obydwa nastręczają tych samych problemów - trudno zdobyć dobrze zachowane, w pełni czytelne okazy.
Oprócz podobieństw mamy też kilka różnic. Technika bicia - boratynki to produkt prymitywny - monety bite (po prostu młotem), szelągi A3S są wyrobami maszynowymi o stałym względnym ułożeniu rysunków awersu i rewersu. O miejscach produkcji boratynek wiemy prawie wszystko (o tych oficjalnych) i umiemy zinterpretować wszystkie (prawie) oznaczenia, które na nich występują. O literkach pojawiających się na rewersach szelągów saskich wiemy tyle, co nic, a to oznacza, że są jeszcze białe plamy czekające na zapełnienie.
P.S.
Szeląga 1754 F, którym pochwaliłem się kilka dni temu, brakowało w kolekcji Czapskiego. To naprawdę duża rzadkość.
Sprawdziłem ostatnio statystyki dotyczące ruchu na blogu i dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy.
1. Skąd jesteście?
Polska 27 052Kiedy pisze się po polsku, nie można oczekiwać innych wyników. Większość odwiedzin z zagranicy, to też odwiedziny polskie.
Wielka Brytania 409
Niemcy 359
Irlandia 148
Stany Zjednoczone 147
Rosja 135
Ukraina 121
Szwecja 119
Kanada 81
Francja 36
2. Wasze systemy operacyjne.
Windows 26 465 (94%)Przewaga systemu Microsoftu zgodna z oczekiwaniami, choć marzy mi się, by z czasem rósł udział innych systemów. Sam używam od półtora roku wyłącznie Linuksa.
Macintosh 515 (1%)
Other Unix 443 (1%)
Linux 393 (1%)
HTC 32 (<1%)
Nokia 10 (<1%)
iPhone 7 (<1%)
iPad 5 (<1%)
Linux 2.6.8.1-12mdk 4 (<1%)
Android 3 (<1%)
3. Wasze przeglądarki.
Firefox 15 417 (52%)Ciekawy wynik. O ile pamiętam, to w ogólnych statystykach dotyczących użycia przeglądarek, IE nie stracił jeszcze pierwszego miejsca. Miło mi, że moi goście doceniają większe bezpieczeństwo zapewniane przez inne przeglądarki.
Internet Explorer 7 037 (24%)
Opera 2 744 (9%)
Chrome 2 175 (7%)
Apple-PubSub 1 046 (3%)
Safari 675 (2%)
chromeframe 33 (<1%)
Flock 13 (<1%)
Konqueror 9 (<1%)
SeaMonkey 9 (<1%)
4. Najczęściej czytane wpisy.
10 groszy 1923 - aneks do katalogu specjalizowanegoPrzewaga wpisu o 10-groszówkach 1923 nad następnymi jest bardzo duża i szczerze mówiąc, nie bardzo wiem skąd się bierze. Może chodzi o podanie rocznika w tytule postu? Połowa wpisów z "listy przebojów" ma rocznik w tytule, w tym trzy pierwsze miejsca. Ciekawe!
PRL - 50 groszy 1978.
Przegląd Numizmatyczny 3/2010
Kupiłem sobie nową książkę.
Awersy monet Królestwa Polskiego od roku 1835.
Gabinet Numizmatyczny Mennicy Polskiej
Kupiłem sobie nowe narzędzie :-)
Czyścić czy nie czyścić?
Moje monety 2010
Zbierajmy monety, a nie monetopodobne bibeloty.
5. Źródła ruchu sieciowego - przejścia z witryn.
W całej historii bloga, najwięcej czytelników trafiło nań z mojej strony "Zbierajmy monety", którą umieściłem kiedyś na serwerach Webpark. Od miesiąca strona ta nie istnieje (reorganizacja hostingu na serwerach WP) i teraz większość odwiedzin jest generowana przez wyszukiwarki. Ostatni miesiąc wygląda tak:
www.google.pl 8756. Wyszukiwane słowa kluczowe
www.google.com 103
monety.pl 21
szukaj.onet.pl 15
monety.vitnet.pl 8
www.google.co.uk 8
www.google.com.ua 8
www.google.interia.pl 8
allegro.pl 7
Od początku istnienia bloga:
zbierajmy monetyMamy częściowe wyjaśnienie fenomenu wyjątkowej popularności wpisu o 10-groszówkach 1923 - z jakiegoś powodu, ta moneta bardzo interesuje internautów. Miło mi zauważyć, że większość zapytań dotyczy bezpośrednio mojego bloga. Muszę się też zastanowić, czy nie przedstawić jakiejś propozycji redakcji PN (choć szczerze mówiąc, ostatnio nie bardzo ich chwaliłem).
jerzy chałupski
zbierajmymonety
10 groszy 1923
przegląd numizmatyczny
zbierajmy monety blog
chalupski blog
chalupski
zbierajmy monety
Po ograniczeniu okresu, z którego zbierane są statystyki dotyczące słów kluczowych na liście pojawiają się bardziej konkretne zapytania (pisownia oryginalna):
10 groszy 1840Zapytania wyraźnie wskazują na tematy, które powinny pojawić się na blogu. Trzeba będzie napisać coś jeszcze o destruktach, coś o czyszczeniu monet, o gradingu i o kopiach monet i o paznokciach (o paznokciach, to już nawet wiem co napisać, temat korci mnie już od jakiegoś czasu). Swoją drogą, doprawdy nie wiem jak Google uznał, że na moim blogu będzie odpowiedź na pytanie o usuwanie brudu spod paznokci - to musi być bardzo skomplikowany algorytm.
destrukty monet prl
destrukty monet obiegowych
grading kopie monet srebrnych
czy warto zbierać monety
wydanie borysa paszkiewicza
1839 rok monety 3 gr
co zrobic zeby monety blyszczaly
czyszczenie miedzionikle
jak wyglądają stare polskie pieniądze z lat 1923 i 1929
czym usunac brud spod paznokci nie niszczac ich
Nie wiem też "co poeta miał na myśli" pytając o "wydanie borysa paszkiewicza".
Nie mogę skończyć wpisu bez zdjęcia jakiejś interesującej monety. Pewnie to widać, że ostatnio mocniej zajmują mnie szelągi Augusta III. Pięć lat temu kupiłem za kilkanaście złotych taką monetkę.
Opisano ją jako "August III - szeląg 1753r. D". Czy poprawnie?
Nie, to co widać pomiędzy herbami, to nie jest D, tylko C w lustrzanym odbiciu (Czapski 2837, Kopicki 2060 R2).
Szeląg z literką D wygląda tak:
Szelągi "grubaska" to bardzo ciekawy temat. Są może ciut rzadsze od boratynek, ale nie mniej interesujące. Obydwa gatunki monet bito przez niecałe dziesięciolecie, obydwa były w obiegu przez czas wielokrotnie dłuższy i obydwa nastręczają tych samych problemów - trudno zdobyć dobrze zachowane, w pełni czytelne okazy.
Oprócz podobieństw mamy też kilka różnic. Technika bicia - boratynki to produkt prymitywny - monety bite (po prostu młotem), szelągi A3S są wyrobami maszynowymi o stałym względnym ułożeniu rysunków awersu i rewersu. O miejscach produkcji boratynek wiemy prawie wszystko (o tych oficjalnych) i umiemy zinterpretować wszystkie (prawie) oznaczenia, które na nich występują. O literkach pojawiających się na rewersach szelągów saskich wiemy tyle, co nic, a to oznacza, że są jeszcze białe plamy czekające na zapełnienie.
P.S.
Szeląga 1754 F, którym pochwaliłem się kilka dni temu, brakowało w kolekcji Czapskiego. To naprawdę duża rzadkość.
czwartek, 30 czerwca 2011
Małe radości.
Siła wyższa (prawda, że z wydatną moją pomocą) sprawiła, że ostatnie dwa dni minęły mi na...
Najlepiej opisują to dwa cytaty.
Pierwszy, jest refrenem piosenki "Żyję w kraju" z repertuaru Strachów na Lachy. Jeśli ktoś nie zna, to służę uprzejmą pomocą:
Był wtorek, była środa, a tak jakby ich nie było. Dwa dni bieganiny i tłumaczenia spraw oczywistych osobie, która oczywistości nie dostrzega (albo tylko to udaje), bo procedura "uber alles", więc również "uber" oczywistość.
Było, minęło. I tydzień byłby w plecy, gdyby nie dwa bardzo sympatyczne e-maile.
Pierwsza wiadomość daje szansę na ciekawe działania, druga daje pewność działań innych, nie mniej ciekawych (start na początku września, szczegóły pojawią się równolegle na blogu).
A na zakończenie tygodnia poczta dostarczyła takie paskudztwo.
Najlepiej opisują to dwa cytaty.
Pierwszy, jest refrenem piosenki "Żyję w kraju" z repertuaru Strachów na Lachy. Jeśli ktoś nie zna, to służę uprzejmą pomocą:
Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w chuja
Za moją kasę
Za moją kasę
Cytat drugi, który przytoczę być może niedokładnie, pochodzi z którejś z książek Antoniego Kroha. Albo z "O Szwejku i o nas" albo ze "Starorzeczy". A brzmi mniej więcej tak:
Oto kolejne zwycięstwo bezlitosnej procedury nad rozumem.
Był wtorek, była środa, a tak jakby ich nie było. Dwa dni bieganiny i tłumaczenia spraw oczywistych osobie, która oczywistości nie dostrzega (albo tylko to udaje), bo procedura "uber alles", więc również "uber" oczywistość.
Było, minęło. I tydzień byłby w plecy, gdyby nie dwa bardzo sympatyczne e-maile.
Pierwsza wiadomość daje szansę na ciekawe działania, druga daje pewność działań innych, nie mniej ciekawych (start na początku września, szczegóły pojawią się równolegle na blogu).
A na zakończenie tygodnia poczta dostarczyła takie paskudztwo.
Kto zgadnie, dlaczego bardzo się z niego ucieszyłem?
niedziela, 26 czerwca 2011
Ale pokraka!
Mam w kolekcji kilka falsyfikatów monet Królestwa Polskiego 1917-1918.
Oczywiście chodzi mi o falsyfikaty na szkodę emitenta. Pomimo krótkiego czasu obiegu tych monet, fałszerze zdążyli wyprodukować i wprowadzić do obiegu niemałą ilość monet o nominałach 10 i 20 fenigów. Oczywiście, najwięcej jest 20-fenigówek.
Wszystkie znane mi egzemplarze, to odlewy w cynku lub niskotopliwych, miękkich stopach.
Przykład:
Cynkowe falsyfikaty monet KP sprzedają się na aukcjach po stosunkowo wysokich cenach. Przyczyną tego, są podawane w niektórych publikacjach wyceny monet opisanych jako odbitki w cynku. Tyle, że wyceny te nie dotyczą falsyfikatów, tylko monet wybitych w Stuttgarckiej mennicy przez pomyłkę (albo też całkiem świadomie, ale w niecnych celach) na cynkowych blankietach.
Myślę, że najwięcej zamieszania wprowadził miesięcznik MünzenRevue i jego bliźniacza mutacja Münzen & Sammeln (obydwa z Gietl Verlag). To w nich znajdują się bałamutne informacje o istnieniu cynkowych 10-fenigówek o średnicy 23 mm i wadze 3,57 grama oraz 20-fenigówkach o (UWAGA, UWAGA!) takiej samej metrologii.
Przypomnę, że normalne dziesięciofenigówki ważą 3,57 grama przy średnicy 21 mm, a dwudziestki 4 gramy przy średnicy 23 mm.
Omyłkowo mogły być użyte jedynie cynkowe blankiety dziesięciofenigówek Rzeszy o parametrach 3,226 grama; 21 mm.
Za możliwe i prawdopodobne uważam więc istnienie cynkowych 10-fenigówek o średnicy 21 mm, ważących mniej, niż 3,3 grama.
MR nie wycenia tych monet, daje tylko informację LP - oznaczającą "cena amatorska".
W Money Trend, podobnym miesięczniku konkurencyjnego wydawnictwa Weege, znajdujemy informację, że cynkowe 10- i 20-fenigówki KP znane są wyłącznie, jako falsyfikaty z epoki. Żadnych wycen nie podaje się. Zajrzałem jeszcze do Die Deutschen Münzen seit 1871 Kurta Jaegera (mam wydanie 15, nie wiem, co napisano w wydaniach nowszych). Znalazłem informację, że istnieją cynkowe 10- i 20-fenigówki bite na "artfremde Ronden", czyli na obcych (niewłaściwych) blankietach. Wyceny brak, interpretacji pochodzenia brak.
A jakąż to pokrakę miałem na myśli tytułując dzisiejszy wpis?
Taką oto:
Awers, to zachwycający przykład sztuki prymitywnej. Orzeł, począwszy od imponującego dzioba, po fantazyjnie pokrzywiony ogon, na pewno nie wyszedł spod rylca profesjonalisty z mennicy.
Mimo tego, właściciel monety uznał, że ma skarb i wystawił to cacko na niemieckim eBay z ceną wywoławczą 1990 euro (słownie jeden tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt euro) z takim tytułem:
Oczywiście chodzi mi o falsyfikaty na szkodę emitenta. Pomimo krótkiego czasu obiegu tych monet, fałszerze zdążyli wyprodukować i wprowadzić do obiegu niemałą ilość monet o nominałach 10 i 20 fenigów. Oczywiście, najwięcej jest 20-fenigówek.
Wszystkie znane mi egzemplarze, to odlewy w cynku lub niskotopliwych, miękkich stopach.
Przykład:
Cynkowe falsyfikaty monet KP sprzedają się na aukcjach po stosunkowo wysokich cenach. Przyczyną tego, są podawane w niektórych publikacjach wyceny monet opisanych jako odbitki w cynku. Tyle, że wyceny te nie dotyczą falsyfikatów, tylko monet wybitych w Stuttgarckiej mennicy przez pomyłkę (albo też całkiem świadomie, ale w niecnych celach) na cynkowych blankietach.
Myślę, że najwięcej zamieszania wprowadził miesięcznik MünzenRevue i jego bliźniacza mutacja Münzen & Sammeln (obydwa z Gietl Verlag). To w nich znajdują się bałamutne informacje o istnieniu cynkowych 10-fenigówek o średnicy 23 mm i wadze 3,57 grama oraz 20-fenigówkach o (UWAGA, UWAGA!) takiej samej metrologii.
Przypomnę, że normalne dziesięciofenigówki ważą 3,57 grama przy średnicy 21 mm, a dwudziestki 4 gramy przy średnicy 23 mm.
Omyłkowo mogły być użyte jedynie cynkowe blankiety dziesięciofenigówek Rzeszy o parametrach 3,226 grama; 21 mm.
Za możliwe i prawdopodobne uważam więc istnienie cynkowych 10-fenigówek o średnicy 21 mm, ważących mniej, niż 3,3 grama.
MR nie wycenia tych monet, daje tylko informację LP - oznaczającą "cena amatorska".
W Money Trend, podobnym miesięczniku konkurencyjnego wydawnictwa Weege, znajdujemy informację, że cynkowe 10- i 20-fenigówki KP znane są wyłącznie, jako falsyfikaty z epoki. Żadnych wycen nie podaje się. Zajrzałem jeszcze do Die Deutschen Münzen seit 1871 Kurta Jaegera (mam wydanie 15, nie wiem, co napisano w wydaniach nowszych). Znalazłem informację, że istnieją cynkowe 10- i 20-fenigówki bite na "artfremde Ronden", czyli na obcych (niewłaściwych) blankietach. Wyceny brak, interpretacji pochodzenia brak.
A jakąż to pokrakę miałem na myśli tytułując dzisiejszy wpis?
Taką oto:
Awers, to zachwycający przykład sztuki prymitywnej. Orzeł, począwszy od imponującego dzioba, po fantazyjnie pokrzywiony ogon, na pewno nie wyszedł spod rylca profesjonalisty z mennicy.
Mimo tego, właściciel monety uznał, że ma skarb i wystawił to cacko na niemieckim eBay z ceną wywoławczą 1990 euro (słownie jeden tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt euro) z takim tytułem:
Königreich Polen 10 Fenigow 1917 FF PROBE ZINK / RRR
i opisem:
KR.Polen 10Fenigow 1917 FF Probe/Zink
>>> Krolestwo Polskie <<<
Material: Zink / Zn Durchmesser: 21,3mm Gewicht: 3,6g glatter Münzrand
die Münze ist unmagnetisch, hat ca 25° Stempeldrehung nach links
diese Probe-Münze ist sehr selten und fast unbekannt!
ss Erhaltung, ein echtes Liebhaberstück! RRR
Artikelzustand - siehe Bild!
*allg.Versandkosten:
* keine Versankosten! / Kostenlos!
*
* in Deutschland als DHL Paket/versichert!
*
* Weltweit als DHL Paket/versichert!
*
Bei mehreren ersteigerten Artikeln - Versandrabatt,
evtl. mit weiteren Artikeln!
Viel Spaß beim Bieten!
*
* Privatverkauf, gemäß EU Richtlinien! *
>>> Krolestwo Polskie <<<
Material: Zink / Zn Durchmesser: 21,3mm Gewicht: 3,6g glatter Münzrand
die Münze ist unmagnetisch, hat ca 25° Stempeldrehung nach links
diese Probe-Münze ist sehr selten und fast unbekannt!
ss Erhaltung, ein echtes Liebhaberstück! RRR
Artikelzustand - siehe Bild!
*allg.Versandkosten:
* keine Versankosten! / Kostenlos!
*
* in Deutschland als DHL Paket/versichert!
*
* Weltweit als DHL Paket/versichert!
*
Bei mehreren ersteigerten Artikeln - Versandrabatt,
evtl. mit weiteren Artikeln!
Viel Spaß beim Bieten!
*
* Privatverkauf, gemäß EU Richtlinien! *
Łaskawca, oferuje wysyłkę za darmo!
Cóż. Zapłacił bym chętnie za wysyłkę, ale pod warunkiem, że całość kosztów nie przekroczyła by jednego procenta ceny wywoławczej - w końcu to 10 fenigów (a więc rzadszy przykład falsyfikatu KP, niż dość pospolite 20- fenigówki) i na dodatek bardzo ładnie zachowane, że o skręceniu stempli nie wspomnę.
Niestety, sprzedawca nie daje się przekonać. Moneta jest wystawiona już po raz drugi - ciągle za tę samą cenę.
Autor:
Zbierajmy monety
o
17:29
2
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
cynkowe 10 fenigów 1917,
falsyfikat,
pokraka
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Wpis bez tytułu.
Na początek krótkie uzupełnienie techniczne.
Pisząc niedawno o "duchach" wspomniałem o ciekawej dyskusji na ten temat prowadzonej na cafe Allegro. Jeden z uczestników zacytował nieokreślone amerykańskie źródło "We must remember that the working dies are convex shaped, ...".
Cóż szkodzi sprawdzić.
Wziąłem pięciozłotówkę z rybakiem z 1974 r., nieźle zachowany egzemplarz o wadze 3,51 grama (waga w/g zarządzenia wprowadzającego tę monetę do obiegu powinna wynosić 3,45 g) i zmierzyłem odległość od tła do tła w dwóch punktach.
Pomiar bliżej środka monety nie ma sensu, bo nie można w tym obszarze znaleźć wolnego tła w przeciwległych punktach. W punkcie A grubość krążka wynosi 2,050 mm, w punkcie B tylko 1,875 mm. Daje to różnicę grubości równą 0,175 mm.
Stwierdzenie, że stemple są wypukłe w środku, w przypadku "rybaków" wydaje się prawdziwe.
Być może jest to zasada uniwersalna i stemple do bicia monet wytwarza się tak, aby w centralnej części były lekko wypukłe.
To tłumaczyło by, dlaczego "duchy" pojawiają się najczęściej w centrum rysunku monety.
Ukazał się drugi w tym roku numer Przeglądu Numizmatycznego.
Nie kupiłem. Po raz pierwszy od 1993 roku, nie kupiłem. W jedynym tekście, który zainteresował mnie w tym numerze znów pełno brzydkich błędów edytorskich. Zamiast wydać 14 zł na periodyk, którego redaktorzy niezbyt szanują swoich czytelników, wydałem 13,51 zł (w tym koszty przesyłki) na niewielką monetkę.
Nienajlepiej zachowana, to prawda, ale swoje lata ma. Sprzedający nie wiedział co to jest. W tytule aukcji było tylko jedno słowo "MONETA".
Jedni czytelników nie szanują, inni, wręcz przeciwnie.
Warszawskie Centrum Numizmatyczne przebudowało swoją stronę internetową. Nowe "wydanie" jest czytelne, ascetyczne ale estetyczne. Nie ma przerostu formy nad treścią. Firma nadal udostępnia bardzo, bardzo bogate archiwum zdjęć, opisów i wycen monet sprzedanych na swoich aukcjach i w sklepie internetowym.
Nie dość tego! Na stronie udostępniono materiały informacyjne dotyczące polskich monet średniowiecznych. Znakomity materiał. Gorąco polecam.
Strona WCN jest stroną komercyjną prowadzoną przez dużą firmę numizmatyczną. Przykładem znakomitej, niekomercyjnej strony jest "Money for nothing". Rzetelne opisy, dobre zdjęcia, mnóstwo danych i na dodatek miejsce na świetne merytorycznie publikacje kolegów zajmujących się monetami śląskimi i banknotami. Myślę, że Pan Krzysztof znajdzie miejsce i na inne wartościowe publikacje.
Pisząc niedawno o "duchach" wspomniałem o ciekawej dyskusji na ten temat prowadzonej na cafe Allegro. Jeden z uczestników zacytował nieokreślone amerykańskie źródło "We must remember that the working dies are convex shaped, ...".
Cóż szkodzi sprawdzić.
Wziąłem pięciozłotówkę z rybakiem z 1974 r., nieźle zachowany egzemplarz o wadze 3,51 grama (waga w/g zarządzenia wprowadzającego tę monetę do obiegu powinna wynosić 3,45 g) i zmierzyłem odległość od tła do tła w dwóch punktach.
(awers nałożony na rewers, żeby pokazać jak trudno znaleźć punkty odpowiednie do pomiaru)
Stwierdzenie, że stemple są wypukłe w środku, w przypadku "rybaków" wydaje się prawdziwe.
Być może jest to zasada uniwersalna i stemple do bicia monet wytwarza się tak, aby w centralnej części były lekko wypukłe.
To tłumaczyło by, dlaczego "duchy" pojawiają się najczęściej w centrum rysunku monety.
Ukazał się drugi w tym roku numer Przeglądu Numizmatycznego.
Nie kupiłem. Po raz pierwszy od 1993 roku, nie kupiłem. W jedynym tekście, który zainteresował mnie w tym numerze znów pełno brzydkich błędów edytorskich. Zamiast wydać 14 zł na periodyk, którego redaktorzy niezbyt szanują swoich czytelników, wydałem 13,51 zł (w tym koszty przesyłki) na niewielką monetkę.
Szeląg gdański Kazimierza Jagiellończyka
Jedni czytelników nie szanują, inni, wręcz przeciwnie.
Warszawskie Centrum Numizmatyczne przebudowało swoją stronę internetową. Nowe "wydanie" jest czytelne, ascetyczne ale estetyczne. Nie ma przerostu formy nad treścią. Firma nadal udostępnia bardzo, bardzo bogate archiwum zdjęć, opisów i wycen monet sprzedanych na swoich aukcjach i w sklepie internetowym.
Nie dość tego! Na stronie udostępniono materiały informacyjne dotyczące polskich monet średniowiecznych. Znakomity materiał. Gorąco polecam.
Strona WCN jest stroną komercyjną prowadzoną przez dużą firmę numizmatyczną. Przykładem znakomitej, niekomercyjnej strony jest "Money for nothing". Rzetelne opisy, dobre zdjęcia, mnóstwo danych i na dodatek miejsce na świetne merytorycznie publikacje kolegów zajmujących się monetami śląskimi i banknotami. Myślę, że Pan Krzysztof znajdzie miejsce i na inne wartościowe publikacje.
środa, 15 czerwca 2011
Chyba się starzeję, albo przyjemności duże i małe.
Mój dziadek twierdził, że im dłużej żyje, tym bardziej podoba mu się świat i tym więcej rzeczy sprawia mu przyjemność. A żył długo.
Urodził się, kiedy jeszcze nie było radia, a telefony nie miały tarczy (ani tym bardziej klawiatury) do wybierania numerów. Kiedy bracia Wright wykonali pierwszy kontrolowany lot swoim samolotem (całe 12 sekund) Dziadek miał już prawie 10 lat. Później obejrzał z bliska dwie wojny światowe, a za pośrednictwem telewizji (którą wynaleziono w tzw. międzyczasie) przyglądał się między innymi temu, jak Neil Armstrong stawiał pierwszy krok na Księżycu.
Chyba się starzeję, bo podobnie jak Dziadek, coraz częściej łapię się na tym, że coś, na co wcześniej uwagi nie zwracałem, co było normalne i oczywiste, teraz wydaje mi się ważne i sprawia mi wiele radości.
Na przykład zieleń liści drzew na tle błękitu nieba. W tym roku znacznie intensywniejsza, niż w ubiegłym (przynajmniej tak mi się wydaje).
A kiedy patrzę na tę zieleń jadąc samochodem do pracy słuchając sobie niedawno kupionej płyty (a właściwie dwóch) "DMB Live at Wrigley Field", to przyjemność się potęguje.
Bardzo żałuję, że przegapiłem kiedyś możliwość wyjazdu na koncert Dave Matthews Band do Berlina. Prawie trzy godziny muzyki i to tej, pisanej przez M. Może następnej europejskiej trasy uda się nie przegapić.
A czy nie jest powodem do radości fakt , że koncert ulubionego zespołu odbywający się za zachodnią granicą nie oznacza żadnych dodatkowych problemów, poza koniecznością odbycia ciut dłuższej podróży, niż do Poznania, czy Warszawy?
Tylko, czy w Europie jest możliwe takie wykonanie "Jimi Thing", jak na Wrigley Field?
Nie wiecie o co chodzi? Poszukajcie nagrania i posłuchajcie - naprawdę warto.
A co z naszym ulubionym hobby? Ależ jak najlepiej, Panie i Panowie. Sezon ogórkowy - nie, nie ten w niemieckim, kulinarno-szpitalnym wydaniu - to znakomity czas na łowy. Na początek trafił do mnie taki denarek (albo pieniążek, jak woli prof. Paszkiewicz) Władysława Jagiełły.
Najpierw myślałem, że wbrew opisowi aukcji, to nie Jagiełło, tylko Zygmunt Stary - ta wygięta obręcz korony! Koledzy z cafe Allegro przekonali mnie, że to jednak Jagiełło, odmiana z trzema kółkami. I radość podwójna. Bo nowa moneta w zbiorze, bo jest miejsce, w którym można prosić o pomoc i ją dostać.
I najważniejsze. Jeszcze tylko miesiąc i znów, jak co roku przenosimy się na kilka tygodni w Bory Tucholskie. I jak się tu nie cieszyć.
Urodził się, kiedy jeszcze nie było radia, a telefony nie miały tarczy (ani tym bardziej klawiatury) do wybierania numerów. Kiedy bracia Wright wykonali pierwszy kontrolowany lot swoim samolotem (całe 12 sekund) Dziadek miał już prawie 10 lat. Później obejrzał z bliska dwie wojny światowe, a za pośrednictwem telewizji (którą wynaleziono w tzw. międzyczasie) przyglądał się między innymi temu, jak Neil Armstrong stawiał pierwszy krok na Księżycu.
Chyba się starzeję, bo podobnie jak Dziadek, coraz częściej łapię się na tym, że coś, na co wcześniej uwagi nie zwracałem, co było normalne i oczywiste, teraz wydaje mi się ważne i sprawia mi wiele radości.
Na przykład zieleń liści drzew na tle błękitu nieba. W tym roku znacznie intensywniejsza, niż w ubiegłym (przynajmniej tak mi się wydaje).
A kiedy patrzę na tę zieleń jadąc samochodem do pracy słuchając sobie niedawno kupionej płyty (a właściwie dwóch) "DMB Live at Wrigley Field", to przyjemność się potęguje.
Bardzo żałuję, że przegapiłem kiedyś możliwość wyjazdu na koncert Dave Matthews Band do Berlina. Prawie trzy godziny muzyki i to tej, pisanej przez M. Może następnej europejskiej trasy uda się nie przegapić.
A czy nie jest powodem do radości fakt , że koncert ulubionego zespołu odbywający się za zachodnią granicą nie oznacza żadnych dodatkowych problemów, poza koniecznością odbycia ciut dłuższej podróży, niż do Poznania, czy Warszawy?
Tylko, czy w Europie jest możliwe takie wykonanie "Jimi Thing", jak na Wrigley Field?
Nie wiecie o co chodzi? Poszukajcie nagrania i posłuchajcie - naprawdę warto.
A co z naszym ulubionym hobby? Ależ jak najlepiej, Panie i Panowie. Sezon ogórkowy - nie, nie ten w niemieckim, kulinarno-szpitalnym wydaniu - to znakomity czas na łowy. Na początek trafił do mnie taki denarek (albo pieniążek, jak woli prof. Paszkiewicz) Władysława Jagiełły.
I najważniejsze. Jeszcze tylko miesiąc i znów, jak co roku przenosimy się na kilka tygodni w Bory Tucholskie. I jak się tu nie cieszyć.
Autor:
Zbierajmy monety
o
18:54
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Dave Matthews,
denar Jagiełły,
DMB,
Live at Wrigley Field
środa, 8 czerwca 2011
Historie o duchach
Historia pierwsza, czyli pogoń za duchem, który podobno duchem nie jest.
Tym duchem jest 10 groszy z datą 1840 z awersem starego typu (orzeł z przymkniętymi dziobami) i rewersem, na którym laurowy wieniec ma układ jagódek 1-3-3-0 (jak na monetach wcześniejszych roczników), litera G w GROSZY nie ma pionowego szeryfa (wygląda podobnie do C) i najważniejsze - pod cyfrą 4 w dacie nie ma śladów po cyfrze 3.
W moim katalogu monet Królestwa Polskiego z datami 1835-1841umieściłem ją pod pozycją 10 groszy 1840 - a/c
O istnieniu takiego wariantu wiem wyłącznie z cafe Allegro. Pokazano go przy okazji wstępnej prezentacji materiałów, które zebrałem wgryzając się w problem chronologii 10-groszówek z datą 1840, ale jakość zaprezentowanych zdjęć nie daje pewności, że pod czwórką jest całkiem gładko.
Miałem cichutką nadzieję, że moneta wypatrzona na Allegro (aukcja nr 1635431816 zatytułowana "RRRRRR!!! 10 GROSZY 1840 - 3 JAGÓDKI !!! RRRRRRR"), to właśnie ten od dawna poszukiwany duch.
Dziś poczta rozwiała moje nadzieje dostarczając taką monetę:
Bliższe oględziny
i okazuje się, że jednak pod czwórką są resztki trójki. Polowanie trwa...
W związku z tym mam wielką prośbę. Sprawdźcie czy w Waszych zbiorach nie kryje się ten nieuchwytny dotąd duch. Jeżeli go znajdziecie, zróbcie proszę dobre zdjęcie i przyślijcie do mnie. W przeciwnym razie moja wiara w duchy zostanie nadwątlona. W szczególności w tego "ducha" sprzed z górą półtora wieku .
Historia druga, czyli jakie duchy rodzą się w mennicach.
Kolekcjonerzy specjalizujący się w monetach obiegowych PRL z pewnością znają warianty aluminiowych pięciozłotówek z rybakiem, które potocznie określa się jako "słoneczko".
Mam na półce książkę Alana Herberta zatytułowaną "Official price guide to mint errors", która jest nie tyle cennikiem, co encyklopedią destruktów numizmatycznych. Bogato ilustrowaną i szczegółowo wyjaśniającą mechanizmy powstawania destruktów.
Znalazłem w niej dwie kategorie usterek bicia, które są przyczyną pojawiania się śladów części rysunku jednej strony monety na jej drugiej stronie.
Kategoria pierwsza, to monety wybite stemplami uszkodzonymi na skutek bezpośredniego zetknięcia (bez krążka menniczego).
Automaty mennicze pracują bardzo szybko i mają zabezpieczenia przed biciem monety "na pusto", bez krążka. Jak każde zabezpieczenia i to czasem zawodzi. Stemple zderzają się z sobą i uszkadzają wzajemnie.
To, co na monecie jest wypukłe - na stemplu było wklęsłe. Dlatego właśnie na uszkodzonym rewersie tło awersu odciska się w głąb, i w związku z tym na monecie wybitej uszkodzonym stemplem, na rewersie jest wypukły odcisk tła awersu.
W tym przypadku "duch" przeciwległej strony monety jest zazwyczaj słabo widoczny, ale ma wyraźne ostre krawędzie.
Oczywiście, stemple uszkadzają się wzajemnie i na awersie pojawia się ślad części rysunku rewersu, a na rewersie ujawniają się fragmenty rysunku awersu. Część kolekcjonerów uważa, że opisany mechanizm nie może funkcjonować, a dowodem na to mają być monety, na których "duch" straszy tylko na jednej stronie. Kontrargumenty są następujące.
Po pierwsze, para stempli nie jest parą nierozerwalną. Stemple zużywają się nierównomiernie i często łączy się je z sobą w różnych kombinacjach. W skrajnym przypadku, podczas zderzenia jeden ze stempli może ulec tak silnemu uszkodzeniu, że konieczne jest zastąpienie go innym. W rezultacie tylko jedna strona monety jest bita stemplem z "duchem".
Po drugie, do powstania "ducha" konieczne jest, by naprzeciw linii rysunku znajdowała się wolna od rysunku płaszczyzna. Na pewnych monetach sytuacja taka nie występuje.
Druga kategoria, monety na których nastąpiło przeniesienie części rysunku środkowej partii jednego stempla na drugi za pośrednictwem krążków menniczych.
Zachodzi to, gdy para stempli jest bardzo długo eksploatowana i gdy mamy do czynienia z monetami o dużych średnicach, z mocno wypukłym rysunkiem jednej strony, najczęściej z portretem panującego. Dobrym przykładem mogą być angielskie pensy.
W tym przypadku "duch" nie ma wyraźnych krawędzi, jest tylko zarysem (duchem właśnie) części rysunku przeciwległej strony monety.
Obydwie wymienione wyżej kategorie destruktów, to monety wybite uszkodzonymi stemplami. Albo część rysunku jednej strony odbiła się bezpośrednio na stronie drugiej, albo odcisnęła się na tej drugiej stronie poprzez kolejno bite monety.
Na cafe Allegro toczy się arcyciekawa dyskusja na temat monet z "duchami". Jej przedmiotem jest trojak Królestwa Polskiego z 1836 r. z wyraźnym zarysem części orła na rewersie. Biorąc głos w tej dyskusji zagłosowałem, że mamy do czynienia z monetą wybitą stemplem uszkodzonym na skutek bezpośredniego zderzenia.
Dwóch dyskutantów, Panowie "ukrywający się" pod nickami mareksiwuch i zdzwl, sugeruje, że w tym przypadku w grę wchodzi jeszcze jeden mechanizm "wywoływania duchów", który może ujawniać się podczas pracy prawidłowych, nieuszkodzonych stempli. Zjawisko to ma polegać na "zassaniu" materiału monety przez głęboki relief. Nie bardzo sobie to wyobrażam, ale obaj panowie uważają takie zjawisko za możliwe prawdopodobne.
Ja nadal uważam, że trojak Pana Aleksandra wyszedł spod uszkodzonego stempla, podobnie jak moja dziesięciofenigówka,
na której również wyraźnie widać zarys orła z awersu.
Historia trzecia, czyli życie po życiu.
Zgodnie z zapowiedziami webpark.pl zakończył świadczenie usług. Żywot strony http://monety.polskie.webpark.pl dobiegł końca, ale na szczęście istnieje życie po życiu i strona działa nadal, tyle, że pod adresem monety.vitnet.pl - zapraszam do odwiedzin.
Dodatkowo część zawartości po drobnych przeróbkach kosmetyczno - aktualizacyjnych przeniosłem na bloga, na którym właśnie gościcie.
Tym duchem jest 10 groszy z datą 1840 z awersem starego typu (orzeł z przymkniętymi dziobami) i rewersem, na którym laurowy wieniec ma układ jagódek 1-3-3-0 (jak na monetach wcześniejszych roczników), litera G w GROSZY nie ma pionowego szeryfa (wygląda podobnie do C) i najważniejsze - pod cyfrą 4 w dacie nie ma śladów po cyfrze 3.
W moim katalogu monet Królestwa Polskiego z datami 1835-1841umieściłem ją pod pozycją 10 groszy 1840 - a/c
O istnieniu takiego wariantu wiem wyłącznie z cafe Allegro. Pokazano go przy okazji wstępnej prezentacji materiałów, które zebrałem wgryzając się w problem chronologii 10-groszówek z datą 1840, ale jakość zaprezentowanych zdjęć nie daje pewności, że pod czwórką jest całkiem gładko.
Miałem cichutką nadzieję, że moneta wypatrzona na Allegro (aukcja nr 1635431816 zatytułowana "RRRRRR!!! 10 GROSZY 1840 - 3 JAGÓDKI !!! RRRRRRR"), to właśnie ten od dawna poszukiwany duch.
Dziś poczta rozwiała moje nadzieje dostarczając taką monetę:
i okazuje się, że jednak pod czwórką są resztki trójki. Polowanie trwa...
W związku z tym mam wielką prośbę. Sprawdźcie czy w Waszych zbiorach nie kryje się ten nieuchwytny dotąd duch. Jeżeli go znajdziecie, zróbcie proszę dobre zdjęcie i przyślijcie do mnie. W przeciwnym razie moja wiara w duchy zostanie nadwątlona. W szczególności w tego "ducha" sprzed z górą półtora wieku .
Historia druga, czyli jakie duchy rodzą się w mennicach.
Kolekcjonerzy specjalizujący się w monetach obiegowych PRL z pewnością znają warianty aluminiowych pięciozłotówek z rybakiem, które potocznie określa się jako "słoneczko".
Pod ramieniem rybaka widoczne są promieniście rozchodzące się linie.
Skąd się tam wzięły?
Mam na półce książkę Alana Herberta zatytułowaną "Official price guide to mint errors", która jest nie tyle cennikiem, co encyklopedią destruktów numizmatycznych. Bogato ilustrowaną i szczegółowo wyjaśniającą mechanizmy powstawania destruktów.
Znalazłem w niej dwie kategorie usterek bicia, które są przyczyną pojawiania się śladów części rysunku jednej strony monety na jej drugiej stronie.
Kategoria pierwsza, to monety wybite stemplami uszkodzonymi na skutek bezpośredniego zetknięcia (bez krążka menniczego).
To, co na monecie jest wypukłe - na stemplu było wklęsłe. Dlatego właśnie na uszkodzonym rewersie tło awersu odciska się w głąb, i w związku z tym na monecie wybitej uszkodzonym stemplem, na rewersie jest wypukły odcisk tła awersu.
W tym przypadku "duch" przeciwległej strony monety jest zazwyczaj słabo widoczny, ale ma wyraźne ostre krawędzie.
Oczywiście, stemple uszkadzają się wzajemnie i na awersie pojawia się ślad części rysunku rewersu, a na rewersie ujawniają się fragmenty rysunku awersu. Część kolekcjonerów uważa, że opisany mechanizm nie może funkcjonować, a dowodem na to mają być monety, na których "duch" straszy tylko na jednej stronie. Kontrargumenty są następujące.
Po pierwsze, para stempli nie jest parą nierozerwalną. Stemple zużywają się nierównomiernie i często łączy się je z sobą w różnych kombinacjach. W skrajnym przypadku, podczas zderzenia jeden ze stempli może ulec tak silnemu uszkodzeniu, że konieczne jest zastąpienie go innym. W rezultacie tylko jedna strona monety jest bita stemplem z "duchem".
Po drugie, do powstania "ducha" konieczne jest, by naprzeciw linii rysunku znajdowała się wolna od rysunku płaszczyzna. Na pewnych monetach sytuacja taka nie występuje.
Druga kategoria, monety na których nastąpiło przeniesienie części rysunku środkowej partii jednego stempla na drugi za pośrednictwem krążków menniczych.
Zachodzi to, gdy para stempli jest bardzo długo eksploatowana i gdy mamy do czynienia z monetami o dużych średnicach, z mocno wypukłym rysunkiem jednej strony, najczęściej z portretem panującego. Dobrym przykładem mogą być angielskie pensy.
W tym przypadku "duch" nie ma wyraźnych krawędzi, jest tylko zarysem (duchem właśnie) części rysunku przeciwległej strony monety.
Obydwie wymienione wyżej kategorie destruktów, to monety wybite uszkodzonymi stemplami. Albo część rysunku jednej strony odbiła się bezpośrednio na stronie drugiej, albo odcisnęła się na tej drugiej stronie poprzez kolejno bite monety.
Na cafe Allegro toczy się arcyciekawa dyskusja na temat monet z "duchami". Jej przedmiotem jest trojak Królestwa Polskiego z 1836 r. z wyraźnym zarysem części orła na rewersie. Biorąc głos w tej dyskusji zagłosowałem, że mamy do czynienia z monetą wybitą stemplem uszkodzonym na skutek bezpośredniego zderzenia.
Dwóch dyskutantów, Panowie "ukrywający się" pod nickami mareksiwuch i zdzwl, sugeruje, że w tym przypadku w grę wchodzi jeszcze jeden mechanizm "wywoływania duchów", który może ujawniać się podczas pracy prawidłowych, nieuszkodzonych stempli. Zjawisko to ma polegać na "zassaniu" materiału monety przez głęboki relief. Nie bardzo sobie to wyobrażam, ale obaj panowie uważają takie zjawisko za możliwe prawdopodobne.
Ja nadal uważam, że trojak Pana Aleksandra wyszedł spod uszkodzonego stempla, podobnie jak moja dziesięciofenigówka,
Historia trzecia, czyli życie po życiu.
Zgodnie z zapowiedziami webpark.pl zakończył świadczenie usług. Żywot strony http://monety.polskie.webpark.pl dobiegł końca, ale na szczęście istnieje życie po życiu i strona działa nadal, tyle, że pod adresem monety.vitnet.pl - zapraszam do odwiedzin.
Edit: 03-10-2012.Niestety, nasza osiedlowa płotka (sieć VITNET) została wchłonięta przez rekina. Początkowe zapewnienia o utrzymaniu hostowanych stron okazały się nieprawdziwe - strona monety.vitnet.pl odeszła do krainy wiecznych łowów, a wraz z nią liczne zdjęcia, które były podlinkowane do dyskusji na forach i do innych moich stron. W miarę możliwości postaram się to naprawić.
Dodatkowo część zawartości po drobnych przeróbkach kosmetyczno - aktualizacyjnych przeniosłem na bloga, na którym właśnie gościcie.
czwartek, 2 czerwca 2011
Znów zaczyna być ciekawie.
Na początek króciutka relacja z Krakowa.
31 maja w Muzeum Narodowym odbyło się kolejne spotkanie w ramach projektu Europejskie Centrum Numizmatyki Polskiej w Muzeum Narodowym w Krakowie. Pan Mateusz Woźniak wygłosił ciekawy wykład "Czy moneta jest dziełem sztuki?", ale wielu interesujących rzeczy słuchacze dowiedzieli się również ze wstępu do spotkania.
Obejrzeliśmy dwa krótkie filmy pokazujące prace renowacyjne i konstrukcyjne prowadzone w pałacyku Czapskich i wysłuchaliśmy informacji o planowanych formach działalności E.C.N.P., które powinno zacząć działać w roku 2013 w Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego. Oprócz możliwości podziwiania znakomitej kolekcji monet, medali i banknotów polskich uzyskamy również dostęp do bogatej biblioteki i pomoc w prowadzeniu własnych badań numizmatycznych. Czekajmy cierpliwie.
Teraz kolej na nowości z warszawskiej mennicy.
Jak już wspominałem, w ubiegłym i bieżącym roku bardzo opornie idzie mi dodawanie do kolekcji nowych monet obiegowych. Podobne sygnały otrzymuję i od innych kolekcjonerów. Niewielka ilość nowych monet trafiających w nasze ręce oznacza niewielką ilość materiału porównawczego - podstawowego czynnika umożliwiającego znajdowanie odmian i wariantów stempli. Mimo to pojawiły się nowe odkrycia.
Na forum TPZN Kolega petrus10 pokazał dwa warianty rewersu 50-groszówki z datą 2010. Okazuje się, że był to pierwszy zwiastun zmian rewersów obiegówek. Porównanie 10- i 20-groszówek z roczników 2011 i 2010 pokazuje, że odświeżane są rewersy kolejnych nominałów.
Na cafe Allegro również pojawiła się ciekawa informacja. _DMP_ pokazał, że istnieją dwa warianty rewersu pięciozłotówek 2010 różniące się odległością napisu ZŁOTYCH od obrzeża.
To, co do tej pory zaobserwowali kolekcjonerzy oznacza, że mamy właśnie bardzo interesujący okres przejściowy. Wiemy, że rozpoczął się on już w roku ubiegłym (50 groszy i 5 złotych), ale nie wiemy, czy oprócz tych nominałów, zmiany nie zostały wprowadzone i na innych monetach.
Widzimy też, że zmieniono rewersy monet z rocznika 2011, ale nie mamy pewności, czy z tą datą nie zostały wybite monety ze starymi rewersami.
Jest więc czego szukać.
P.S.
Czy to nie dziwne, że po 200 niemal latach znów powraca kwestia kształtu litery G w GROSZY?
31 maja w Muzeum Narodowym odbyło się kolejne spotkanie w ramach projektu Europejskie Centrum Numizmatyki Polskiej w Muzeum Narodowym w Krakowie. Pan Mateusz Woźniak wygłosił ciekawy wykład "Czy moneta jest dziełem sztuki?", ale wielu interesujących rzeczy słuchacze dowiedzieli się również ze wstępu do spotkania.
Obejrzeliśmy dwa krótkie filmy pokazujące prace renowacyjne i konstrukcyjne prowadzone w pałacyku Czapskich i wysłuchaliśmy informacji o planowanych formach działalności E.C.N.P., które powinno zacząć działać w roku 2013 w Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego. Oprócz możliwości podziwiania znakomitej kolekcji monet, medali i banknotów polskich uzyskamy również dostęp do bogatej biblioteki i pomoc w prowadzeniu własnych badań numizmatycznych. Czekajmy cierpliwie.
Teraz kolej na nowości z warszawskiej mennicy.
Jak już wspominałem, w ubiegłym i bieżącym roku bardzo opornie idzie mi dodawanie do kolekcji nowych monet obiegowych. Podobne sygnały otrzymuję i od innych kolekcjonerów. Niewielka ilość nowych monet trafiających w nasze ręce oznacza niewielką ilość materiału porównawczego - podstawowego czynnika umożliwiającego znajdowanie odmian i wariantów stempli. Mimo to pojawiły się nowe odkrycia.
Na forum TPZN Kolega petrus10 pokazał dwa warianty rewersu 50-groszówki z datą 2010. Okazuje się, że był to pierwszy zwiastun zmian rewersów obiegówek. Porównanie 10- i 20-groszówek z roczników 2011 i 2010 pokazuje, że odświeżane są rewersy kolejnych nominałów.
Po lewej 10 groszy 2011, po prawej 2010.
Proszę zwrócić uwagę na kształt liter G oraz O, a także na odległość zewnętrznej krawędzi wieńca od obrzeża.
Po lewej 20 groszy 2011, po prawej 2010.
I znów uwagę zwracają różnice kształtu liter G oraz O.
Na cafe Allegro również pojawiła się ciekawa informacja. _DMP_ pokazał, że istnieją dwa warianty rewersu pięciozłotówek 2010 różniące się odległością napisu ZŁOTYCH od obrzeża.
To, co do tej pory zaobserwowali kolekcjonerzy oznacza, że mamy właśnie bardzo interesujący okres przejściowy. Wiemy, że rozpoczął się on już w roku ubiegłym (50 groszy i 5 złotych), ale nie wiemy, czy oprócz tych nominałów, zmiany nie zostały wprowadzone i na innych monetach.
Widzimy też, że zmieniono rewersy monet z rocznika 2011, ale nie mamy pewności, czy z tą datą nie zostały wybite monety ze starymi rewersami.
Jest więc czego szukać.
P.S.
Czy to nie dziwne, że po 200 niemal latach znów powraca kwestia kształtu litery G w GROSZY?
sobota, 28 maja 2011
Komputerowa obróbka zdjęć monet.
Zdjęcia zrobione (pisałem o tym tu i tu). Teraz pora na ich wykorzystanie.
Przyłączamy aparat do komputera i kopiujemy (albo przenosimy) pliki na dysk komputera. Otwieramy pierwszy z nich i widzimy...
Zdjęcie takie sobie, ale w tym odcinku chodzi o pokazanie, w jaki sposób można wykorzystać nawet nienajlepsze zdjęcia dla osiągnięcia możliwie najlepszego efektu.
Jak widać na zrzucie ekranu, posługuję się GIMPem. Jest bezpłatny, działa pod Windowsem i Linuksem, ma mnóstwo funkcji, filtrów.
Photoshop pewnie ma większe możliwości, ale kogo stać na kupno tego programu, ot tak do domu.
Można korzystać do obróbki zdjęć z dowolnego innego programu graficznego, pod jednym tylko warunkiem - musi on mieć możliwość zaznaczania (wyboru) obszarów eliptycznych albo obszarów o dowolnym kształcie, które są pokryte jednym kolorem. Tylko tak można pozbyć się niepotrzebnego tła.
Do szybkich, prostych operacji na plikach graficznych od zawsze używałem windowsowego programu Irfan Viewer. Teraz też korzystam z niego (np. do łączenia dwóch zdjęć w jedno - awers i rewers obok siebie), bo bezproblemowo działa pod Linuksem przy użyciu Wine.
Wróćmy do GIMPa. Na początek przyjrzyjmy się lepiej zdjęciu. Powiększamy podgląd...
Z kolorami nie jest najlepiej, ale mamy przecież możliwość automatycznej korekcji balansu bieli
Teraz lepiej. Kolejnym krokiem jest usunięcie niepotrzebnego tła. Zaznaczamy część zdjęcia zawierającą wyłącznie obraz monety
Zwykle robię to ręcznie, korzystając z funkcji zaznaczenia obszaru eliptycznego, ale tym razem skorzystałem z "magicznej różdżki" wybierającej obszar o zbliżonym odcieniu (niebieski). Wartość parametru liczbowego "próg" ustawiłem na podstawie wcześniejszych prób. W ten sposób jednym kliknięciem zaznaczyłem tło, które chcę usunąć. Naciskam klawisz "Delete" i otrzymuję ...
Następnym etapem jest obrócenie zdjęcia tak, aby ustawić pionowo oś symetrii orła. Korzystając z narzędzia "miarka" prowadzę pomocniczą linię łączącą środkowy czubek korony z końcem najdłuższego pióra w ogonie.
Na pasku stanu w dolnej części okna zdjęcia odczytuję, że narysowana linia pomocnicza nachylona jest do poziomu pod kątem 77,24 stopnia. Do pionu brakuje 12,76 stopnia. O tyle obracam w lewo obraz i otrzymuję...
W poprzednim odcinku pisałem, że moneta powinna zajmować jak największą część zdjęcia. Niepotrzebnego pustego obszaru pozbywam się korzystając z funkcji automatycznego przycięcia. W rezultacie otrzymuję coś takiego:
Na belce tytułowej okna mam informację o wielkości pliku (1172 x 1173 pikseli). Plik można oczywiście przeskalować, np. do rozmiarów 800 x 800 pikseli. Od niedawna w serwisie Picasa (Google oczywiście) można przechowywać nieograniczoną ilość plików o takich rozmiarach.
Proszę wrócić teraz na początek tego wpisu i porównać zdjęcie wyjściowe z końcowym. Prawda, że warto poświęcić trochę czasu na obróbkę zdjęć?
Obróbka jednego zdjęcia zajmuje mi niecałą minutę. Przypuszczam, że proces ten można częściowo zautomatyzować, pozostawiając do ręcznego wykonania tylko obrót zdjęcia.
Przyłączamy aparat do komputera i kopiujemy (albo przenosimy) pliki na dysk komputera. Otwieramy pierwszy z nich i widzimy...
Zdjęcie takie sobie, ale w tym odcinku chodzi o pokazanie, w jaki sposób można wykorzystać nawet nienajlepsze zdjęcia dla osiągnięcia możliwie najlepszego efektu.
Jak widać na zrzucie ekranu, posługuję się GIMPem. Jest bezpłatny, działa pod Windowsem i Linuksem, ma mnóstwo funkcji, filtrów.
Photoshop pewnie ma większe możliwości, ale kogo stać na kupno tego programu, ot tak do domu.
Można korzystać do obróbki zdjęć z dowolnego innego programu graficznego, pod jednym tylko warunkiem - musi on mieć możliwość zaznaczania (wyboru) obszarów eliptycznych albo obszarów o dowolnym kształcie, które są pokryte jednym kolorem. Tylko tak można pozbyć się niepotrzebnego tła.
Do szybkich, prostych operacji na plikach graficznych od zawsze używałem windowsowego programu Irfan Viewer. Teraz też korzystam z niego (np. do łączenia dwóch zdjęć w jedno - awers i rewers obok siebie), bo bezproblemowo działa pod Linuksem przy użyciu Wine.
Wróćmy do GIMPa. Na początek przyjrzyjmy się lepiej zdjęciu. Powiększamy podgląd...
Z kolorami nie jest najlepiej, ale mamy przecież możliwość automatycznej korekcji balansu bieli
Teraz lepiej. Kolejnym krokiem jest usunięcie niepotrzebnego tła. Zaznaczamy część zdjęcia zawierającą wyłącznie obraz monety
Zwykle robię to ręcznie, korzystając z funkcji zaznaczenia obszaru eliptycznego, ale tym razem skorzystałem z "magicznej różdżki" wybierającej obszar o zbliżonym odcieniu (niebieski). Wartość parametru liczbowego "próg" ustawiłem na podstawie wcześniejszych prób. W ten sposób jednym kliknięciem zaznaczyłem tło, które chcę usunąć. Naciskam klawisz "Delete" i otrzymuję ...
Następnym etapem jest obrócenie zdjęcia tak, aby ustawić pionowo oś symetrii orła. Korzystając z narzędzia "miarka" prowadzę pomocniczą linię łączącą środkowy czubek korony z końcem najdłuższego pióra w ogonie.
Na pasku stanu w dolnej części okna zdjęcia odczytuję, że narysowana linia pomocnicza nachylona jest do poziomu pod kątem 77,24 stopnia. Do pionu brakuje 12,76 stopnia. O tyle obracam w lewo obraz i otrzymuję...
W poprzednim odcinku pisałem, że moneta powinna zajmować jak największą część zdjęcia. Niepotrzebnego pustego obszaru pozbywam się korzystając z funkcji automatycznego przycięcia. W rezultacie otrzymuję coś takiego:
Na belce tytułowej okna mam informację o wielkości pliku (1172 x 1173 pikseli). Plik można oczywiście przeskalować, np. do rozmiarów 800 x 800 pikseli. Od niedawna w serwisie Picasa (Google oczywiście) można przechowywać nieograniczoną ilość plików o takich rozmiarach.
Proszę wrócić teraz na początek tego wpisu i porównać zdjęcie wyjściowe z końcowym. Prawda, że warto poświęcić trochę czasu na obróbkę zdjęć?
Obróbka jednego zdjęcia zajmuje mi niecałą minutę. Przypuszczam, że proces ten można częściowo zautomatyzować, pozostawiając do ręcznego wykonania tylko obrót zdjęcia.
niedziela, 22 maja 2011
Dziwna odmiana 10 groszy 1840 WW
Przed chwilą na eBay zakończyła się interesująca aukcja.
Niestety (a może stety?!?) powiadomienia z eBay, które wylądowały w mojej skrzynce wyglądają tak:
Dziwna moneta. Po pierwsze, to pierwsze W w W - W wygląda, jak W, a nie jak odwrócone do góry nogami M (a tylko takie monety do tej pory widziałem).
Po drugie, rewers też jest jakiś dziwny - liternictwo nie pasuje mi do żadnej znanej odmiany dziesiątek, ani z 1840 r. ani z lat wcześniejszych; liście w gałązce laurowej wyglądają na zdwojone (podwójne bicie wykluczam - bo jego ślady powinny być widoczne co najmniej na literze G).
Sam nie wiem, czy martwić się przegraną, czy się nią cieszyć.
Niestety (a może stety?!?) powiadomienia z eBay, które wylądowały w mojej skrzynce wyglądają tak:
Witaj, Jerzy!i następna
Pojawiła się nowa najwyższa oferta na ten przedmiot, ale wciąż jest szansa, że kupisz go właśnie Ty. Podnieś swoją ofertę, aby zachować szansę na wygraną.
Nie przegap tej okazji. Zwiększ ofertę
Nazwa przedmiotu: Russland / Polen Silber Münze 10 GROSZY 1840 W W Raarrr
Aktualna cena: EUR 44,95
Godzina zakończenia: 22-05-2011 19:44:31 CEST
Twoja oferta maksymalna: EUR 44,45
Witaj, monety!A moneta, której nie wylicytowałem wygląda tak:
Niestety, tym razem nie wygrałeś. Możesz jednak kupić inne rzeczy. Nie poddawaj się.
Nazwa przedmiotu: Russland / Polen Silber Münze 10 GROSZY 1840 W W Raarrr
Cena sprzedaży: EUR 63,00
Twoja oferta maksymalna: EUR 44,45
Dziwna moneta. Po pierwsze, to pierwsze W w W - W wygląda, jak W, a nie jak odwrócone do góry nogami M (a tylko takie monety do tej pory widziałem).
Po drugie, rewers też jest jakiś dziwny - liternictwo nie pasuje mi do żadnej znanej odmiany dziesiątek, ani z 1840 r. ani z lat wcześniejszych; liście w gałązce laurowej wyglądają na zdwojone (podwójne bicie wykluczam - bo jego ślady powinny być widoczne co najmniej na literze G).
Sam nie wiem, czy martwić się przegraną, czy się nią cieszyć.
Autor:
Zbierajmy monety
o
20:49
6
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
10 groszy 1840 WW
sobota, 21 maja 2011
Fotografowanie i skanowanie monet - ciąg dalszy.
Co prawda, tydzień temu obiecałem, że następny wpis poświęcę komputerowej obróbce zdjęć monet, ale kilka pytań od czytelników wymusiło zmianę planów.
Zdjęcie zrobione z małej odległości takiej monecie ułożonej dokładnie na wprost obiektywu wygląda tak:
Niestety, obiektyw odbija się w monecie.
Od razu uwaga: skaner w tym przypadku też nie jest rozwiązaniem, bo na skanie też widać jakieś tęczowe odbłyski:
Wszystkiemu winne te bezlitosne prawa fizyki. Trzeba więc je jakoś wykorzystać. Kąt padania jest równy kątowi odbicia - to pamiętają chyba wszyscy. Popróbujmy więc. Najprościej (pod warunkiem, że mamy dobre światło dzienne) zrobić tak, jak to często widzimy na zdjęciach do aukcji internetowych. Moneta na dłoni, aparat w drugiej ręce i...
Prawie dobrze! Niestety, dosyć duży kąt, pod którym zrobiłem to zdjęcie sprawia, że koło przeszło w elipsę. Kiedy spróbujemy fotografować z bliska pod małym kątem, to obiektyw rzuci cień na monetę i...
Manipulując wzajemnym ułożeniem monety i aparatu oraz oświetleniem i parametrami ekspozycji możemy uzyskać taki efekt:
Gdyby nie ten niewielki odblask w górnej części monety, było by prawie idealnie.
Parametry ekspozycji są bardzo ważne - zwłaszcza wielkość przesłony, która decyduje o głębi ostrości. Za mało światła może nas skusić do powiększenia otworu przesłony (mniejsza wartość liczbowa) zamiast do wydłużenia czasu ekspozycji (bo trzeba wyjąc statyw i zastosować samowyzwalacz/wężyk) i wynik jest taki:
Dół zdjęcia ostry, góra nieostra.
Czy to zawsze musi być takie skomplikowane? Niekoniecznie. Wszystko zależy od tego, czemu ma służyć nasze zdjęcie.
Jeżeli ma być ilustracją uzupełniającą opis monety wystawianej na aukcję, to trzeba zadbać o dobrą widoczność szczegółów - to, że zamiast koła będzie elipsa, nie będzie miało żadnego znaczenia.
Jeżeli zdjęcie robimy w celach "naukowych" - będzie służyło do porównania odmian/wariantów, to bezwzględnie konieczne jest zachowanie proporcji i jak najlepsza widoczność szczegółów. Można ewentualnie zrobić później dodatkowe zbliżenia kluczowych detali rysunku.
Zdjęcia robione na potrzeby publikacji drukowanych powinny spełniać techniczne wymagania stawiane przez wydawcę/drukarnię i oczywiście powinny jak najlepiej ilustrować treść publikacji - o tym, że muszą być po prostu wyraźne nie muszę chyba przypominać.
Na koniec jeszcze jedna sprawa - wielkość i rozdzielczość zdjęcia. Mój aparat (Fuji FinePix S9600) ma matrycę 9,0 MPix. Zdjęcia robione w maksymalnej rozdzielczości mają rozmiary 3488 x 2616 pikseli (pomnożenie tych liczb daje wartość 9.124.608 pikseli). Dla porównania, skanując obraz o tej samej wielkości na moim skanerze (Epson V300), przy skanowaniu z rozdzielczością 2400 DPI otrzymuję obraz o "objętości" przekraczającej 18 MPix, co umozliwia uzyskiwanie znacznie dokładniejszych obrazów monet.
Co praktycznego wynika z rozdzielczości naszego sprzętu?
Im większą część zdjęcia zajmuje moneta, tym lepsze uzyskuje się jej powiększenia, tym lepiej można obejrzeć jej szczegóły. Jeżeli moneta zajmie 10 procent zdjęcia, to znaczy, że przypadku mojego aparatu, na jej obraz złoży się tylko 0,9 miliona pikseli, czyli zamknie się ona w kwadracie o boku 950 pikseli. To nie jest tak mało, ale spójrzcie na zdjęcie następne:
Ukradłem je z aukcji Allegro. Jaką część zdjęcia zajmuje moneta? Całe 4 %. To stanowczo za mało, że by można było zauważyć wszystkie szczegóły.
Za kilka dni pojawi się w końcu wpis o komputerowej obróbce zdjęć i skanów monet.
"Jak mam fotografować nowe błyszczące monety albo lustrzanki? Kiedy ustawiłem aparat, tak jak pokazał Pan na blogu, to na zdjęciu, w monecie odbija się obiektyw aparatu."To rzeczywiście problem. Obawiam się, że amatorski sprzęt nie pozwoli uzyskać zadowalających (czytaj profesjonalnych) wyników. Nie mam w kolekcji ani jednej lustrzanki, ale zbieram przecież polskie monety obiegowe, w tym i te najnowsze. Ich gładka, błyszcząca powierzchnia też jest lustrem, które sprawia wiele kłopotów.
Zdjęcie zrobione z małej odległości takiej monecie ułożonej dokładnie na wprost obiektywu wygląda tak:
Niestety, obiektyw odbija się w monecie.
Od razu uwaga: skaner w tym przypadku też nie jest rozwiązaniem, bo na skanie też widać jakieś tęczowe odbłyski:
Wszystkiemu winne te bezlitosne prawa fizyki. Trzeba więc je jakoś wykorzystać. Kąt padania jest równy kątowi odbicia - to pamiętają chyba wszyscy. Popróbujmy więc. Najprościej (pod warunkiem, że mamy dobre światło dzienne) zrobić tak, jak to często widzimy na zdjęciach do aukcji internetowych. Moneta na dłoni, aparat w drugiej ręce i...
Prawie dobrze! Niestety, dosyć duży kąt, pod którym zrobiłem to zdjęcie sprawia, że koło przeszło w elipsę. Kiedy spróbujemy fotografować z bliska pod małym kątem, to obiektyw rzuci cień na monetę i...
Manipulując wzajemnym ułożeniem monety i aparatu oraz oświetleniem i parametrami ekspozycji możemy uzyskać taki efekt:
Gdyby nie ten niewielki odblask w górnej części monety, było by prawie idealnie.
Parametry ekspozycji są bardzo ważne - zwłaszcza wielkość przesłony, która decyduje o głębi ostrości. Za mało światła może nas skusić do powiększenia otworu przesłony (mniejsza wartość liczbowa) zamiast do wydłużenia czasu ekspozycji (bo trzeba wyjąc statyw i zastosować samowyzwalacz/wężyk) i wynik jest taki:
Dół zdjęcia ostry, góra nieostra.
Czy to zawsze musi być takie skomplikowane? Niekoniecznie. Wszystko zależy od tego, czemu ma służyć nasze zdjęcie.
Jeżeli ma być ilustracją uzupełniającą opis monety wystawianej na aukcję, to trzeba zadbać o dobrą widoczność szczegółów - to, że zamiast koła będzie elipsa, nie będzie miało żadnego znaczenia.
Jeżeli zdjęcie robimy w celach "naukowych" - będzie służyło do porównania odmian/wariantów, to bezwzględnie konieczne jest zachowanie proporcji i jak najlepsza widoczność szczegółów. Można ewentualnie zrobić później dodatkowe zbliżenia kluczowych detali rysunku.
Zdjęcia robione na potrzeby publikacji drukowanych powinny spełniać techniczne wymagania stawiane przez wydawcę/drukarnię i oczywiście powinny jak najlepiej ilustrować treść publikacji - o tym, że muszą być po prostu wyraźne nie muszę chyba przypominać.
Na koniec jeszcze jedna sprawa - wielkość i rozdzielczość zdjęcia. Mój aparat (Fuji FinePix S9600) ma matrycę 9,0 MPix. Zdjęcia robione w maksymalnej rozdzielczości mają rozmiary 3488 x 2616 pikseli (pomnożenie tych liczb daje wartość 9.124.608 pikseli). Dla porównania, skanując obraz o tej samej wielkości na moim skanerze (Epson V300), przy skanowaniu z rozdzielczością 2400 DPI otrzymuję obraz o "objętości" przekraczającej 18 MPix, co umozliwia uzyskiwanie znacznie dokładniejszych obrazów monet.
Co praktycznego wynika z rozdzielczości naszego sprzętu?
Im większą część zdjęcia zajmuje moneta, tym lepsze uzyskuje się jej powiększenia, tym lepiej można obejrzeć jej szczegóły. Jeżeli moneta zajmie 10 procent zdjęcia, to znaczy, że przypadku mojego aparatu, na jej obraz złoży się tylko 0,9 miliona pikseli, czyli zamknie się ona w kwadracie o boku 950 pikseli. To nie jest tak mało, ale spójrzcie na zdjęcie następne:
Ukradłem je z aukcji Allegro. Jaką część zdjęcia zajmuje moneta? Całe 4 %. To stanowczo za mało, że by można było zauważyć wszystkie szczegóły.
Za kilka dni pojawi się w końcu wpis o komputerowej obróbce zdjęć i skanów monet.
niedziela, 15 maja 2011
Jak fotografować monety
Dzisiejszy wpis, to kolejny z zapowiedzianych etapów przenosin treści z mojej strony na serwerach Webpark.pl i jednocześnie moje małe trzy grosze do dyskusji na cafe Allegro.
Technika komputerowa ułatwiła nam życie. Skanery i cyfrowe aparaty fotograficzne są łatwo dostępne i coraz tańsze. Niestety, obserwując internetowe aukcje numizmatyczne widzę, że wiele osób nie potrafi wykorzystać możliwości tej techniki. Oto kilka rad opartych na wieloletniej praktyce.
Do skanowania monet nadają się skanery typu CCD. Tylko takie skanery są w stanie odwzorować trójwymiarowe obiekty. Płaskie skanery CIS nadają się wyłącznie do skanowania dokumentów. Więcej na ten temat znajdziecie w jednym ze starszych wpisów. Dzisiaj skoncentruję się na fotografowaniu aparatami cyfrowymi.
Większość z nich ma funkcję MAKRO umożliwiającą wykonywanie zdjęć niewielkich obiektów z małej odległości. Aparatem bez tej funkcji nie da się zrobić ostrego zdjęcia monety w dużej rozdzielczości, czyli takiego, które pozwoli na oglądanie drobnych szczegółów w dużym powiększeniu.
Chcąc robić dobre zdjęcia monet trzeba pamiętać o podstawach fotografii. Pojęcia takie, jak przesłona, czas otwarcia migawki, czułość filmu, głębia ostrości, bez znajomości których trudno było fotografować aparatami analogowymi są nadal aktualne w dobie aparatów cyfrowych. Tyle, że często "myśli" o nich sprzęt, a fotografowi wydaje się, że wszystko musi dziać się samo. A samo, to się tylko błyska i grzmi.
Jak więc robić zdjęcia monetom?
1. Czułość filmu.
Żeby zdjęcie mogło być powiększane do dużych rozmiarów bez znaczącej utraty ostrości, powinno być wykonywane w trybie zapewniającym małe ziarno. Ziarno, to pojęcie nierozłącznie związane z czułością filmu. W aparatach cyfrowych filmu co prawda nie ma, ale kwestia czułości występuje i ma wielkie znaczenie. Czułość określa zdolność do uzyskiwania obrazu w zależności od ilości światła wpadającego przez obiektyw. Określa się ją zwyczajowo w stopniach ISO. Mała czułość (80 do 100 ISO) oznacza, że dla uzyskania obrazu przez obiektyw musi dotrzeć na film lub matrycę duża ilość fotonów, czyli albo obiekt będzie bardzo dobrze oświetlony, albo migawka będzie dostatecznie długo otwarta.
Duża czułość (powyżej 400 ISO) pozwala na robienie zdjęć przy gorszym oświetleniu. A jaki ma to wpływ na jakość obrazu? W skrócie:
2. Czas naświetlania (czas ekspozycji, migawka) i przesłona.
Czas naświetlania i przesłona są powiązane wzajemnie z sobą (przy niemałym wpływie czułości). Aby zdjęcie było ostre, aparat nie może się poruszyć podczas fotografowania (zakładam, że moneta leży na stabilnym podłożu i poruszyć się nie może). Stabilność aparatu podczas fotografowania możemy zapewnić sobie na kilka sposobów:
a) Zastosowanie statywu i wężyka uruchamiającego migawkę albo mechanizmu samowyzwalacza.
b) Manewrowanie czasem otwarcia migawki - zdjęcia będą nieporuszone, kiedy czas ten będzie krótszy, niż 1/100 sekundy. Przy pewnej wprawie możliwe jest uzyskanie dobrych rezultatów przy czasach 1/100 s, a nawet 1/60 s, ale to nie zawsze się udaje.
c) Oświetlenie - przy optymalnej czułości nie przekraczającej 100 ISO możliwość fotografowania z migawką 1/125 s wymaga dobrego oświetlenia monety. Odradzam stosowanie lampy błyskowej. W większości aparatów cyfrowych lampa jest wbudowania w korpus aparatu. Przy makrofotografii obiekt (moneta) jest zwykle bardzo blisko obiektywu. Najczęściej tak blisko, że obiektyw rzuci na monetę cień i błysk flesza na nic się nie zda. Poza tym, lampa błyskowa daje zbyt dużo światła - zdjęcia wychodzą prześwietlone - zamiast szczegółów rysunku widać jasne plamy odblasków.
Najlepiej oświetlić monetę z dwóch stron, żarówkami dającymi białe światło zbliżone do oświetlenia naturalnego. Jeżeli chcemy uwydatnić szczegóły rysunku, kierunek padania światła powinien być prawie równoległy do powierzchni monety. Trzeba też pamiętać o fizyce - kąt padania jest równy kątowi odbicia - nie można "puszczać zajączków" w obiektyw aparatu.
d) Przesłona - przy ustalonych wartościach czułości, natężenia oświetlenia i czasu ekspozycji możemy regulować ilość światła wpadającego w obiektyw przy użyciu przesłony. Tradycyjne wartości przesłony wywodzące się z czasów monopolu fotografii analogowej zawierają się w granicach 2,8 do 11 - im większa wartość, tym mniejszy otwór migawki i mniej światła pada na matrycę/film. Wartość przesłony ma jeszcze jedno, niebagatelne znaczenie - im jest większa, tym większą uzyskamy głębię ostrości. Oznacza to, że większy jest zakres odległości przedmiotu od obiektywu, w którym uzyskamy ostre zdjęcie. Przy małej głębi ostrości (mała wartość przesłony) trudniej jest ustawić ostrość i trzeba na dodatek bardzo dokładnie pilnować równoległości monety do obiektywu. Pochylenie aparatu spowoduje, że część zdjęcia będzie ostra, a reszta rozmazana.
Większość aparatów cyfrowych ma automatyczny tryb ustawiania czułości, migawki, przesłony i ostrości. Niestety, tryb automatyczny zwykle generuje zestaw parametrów, który nie jest optymalny do fotografowania monet. Jeżeli macie aparat, który ma możliwość ręcznego ustawiana trybu pracy, to należy korzystać z niego ustawiając:
Tak wygląda moje naprędce ustawione stanowisko do fotografowania monet:
Co widać na zdjęciu, a o czym jeszcze nie pisałem?
Po pierwsze - moneta nie leży na płaskiej powierzchni, tylko na podstawce o średnicy mniejszej, niż moneta i o wysokości około 2 cm (może być trochę mniej).
Po drugie - podstawkę z monetą ustawiłem na gładkim, jednobarwnym tle.
Dlaczego tak?
Podstawka podnosi monetę ponad tło i automat ustawiający ostrość, ostrzy na monecie, a nie na tle. W lepszych aparatach jest możliwość wyboru części obrazu, na które ma być ustawiana ostrość. Ja mam do dyspozycji tylko wybór między środkiem klatki albo wartością uśredniona z całości - Wybieram ostrzenie na środku, ale zabezpieczam się dodatkowo podnosząc monetę ponad podłoże.
Jednobarwne matowe tło pomoże w późniejszej obróbce zdjęć. Wybrałem kolor niebieski, bo to kolor bardzo rzadko występujący na monetach, dzięki czemu łatwo pozbyć się tła ze zdjęcia.
O komputerowej obróbce otrzymanych zdjęć napiszę za kilka dni.
PS.
Pliki zapisujemy najlepiej w formacie RAW lub w jakimś innym formacie bezstratnym. Jeśli aparat wymusza jpg, to trudno - po prostu nie mamy innego wyjścia.
Technika komputerowa ułatwiła nam życie. Skanery i cyfrowe aparaty fotograficzne są łatwo dostępne i coraz tańsze. Niestety, obserwując internetowe aukcje numizmatyczne widzę, że wiele osób nie potrafi wykorzystać możliwości tej techniki. Oto kilka rad opartych na wieloletniej praktyce.
Do skanowania monet nadają się skanery typu CCD. Tylko takie skanery są w stanie odwzorować trójwymiarowe obiekty. Płaskie skanery CIS nadają się wyłącznie do skanowania dokumentów. Więcej na ten temat znajdziecie w jednym ze starszych wpisów. Dzisiaj skoncentruję się na fotografowaniu aparatami cyfrowymi.
Większość z nich ma funkcję MAKRO umożliwiającą wykonywanie zdjęć niewielkich obiektów z małej odległości. Aparatem bez tej funkcji nie da się zrobić ostrego zdjęcia monety w dużej rozdzielczości, czyli takiego, które pozwoli na oglądanie drobnych szczegółów w dużym powiększeniu.
Chcąc robić dobre zdjęcia monet trzeba pamiętać o podstawach fotografii. Pojęcia takie, jak przesłona, czas otwarcia migawki, czułość filmu, głębia ostrości, bez znajomości których trudno było fotografować aparatami analogowymi są nadal aktualne w dobie aparatów cyfrowych. Tyle, że często "myśli" o nich sprzęt, a fotografowi wydaje się, że wszystko musi dziać się samo. A samo, to się tylko błyska i grzmi.
Jak więc robić zdjęcia monetom?
1. Czułość filmu.
Żeby zdjęcie mogło być powiększane do dużych rozmiarów bez znaczącej utraty ostrości, powinno być wykonywane w trybie zapewniającym małe ziarno. Ziarno, to pojęcie nierozłącznie związane z czułością filmu. W aparatach cyfrowych filmu co prawda nie ma, ale kwestia czułości występuje i ma wielkie znaczenie. Czułość określa zdolność do uzyskiwania obrazu w zależności od ilości światła wpadającego przez obiektyw. Określa się ją zwyczajowo w stopniach ISO. Mała czułość (80 do 100 ISO) oznacza, że dla uzyskania obrazu przez obiektyw musi dotrzeć na film lub matrycę duża ilość fotonów, czyli albo obiekt będzie bardzo dobrze oświetlony, albo migawka będzie dostatecznie długo otwarta.
Duża czułość (powyżej 400 ISO) pozwala na robienie zdjęć przy gorszym oświetleniu. A jaki ma to wpływ na jakość obrazu? W skrócie:
im wyższa czułość, tym większe ziarno, czyli rozmycie szczegółów przy dużym powiększeniu.
2. Czas naświetlania (czas ekspozycji, migawka) i przesłona.
Czas naświetlania i przesłona są powiązane wzajemnie z sobą (przy niemałym wpływie czułości). Aby zdjęcie było ostre, aparat nie może się poruszyć podczas fotografowania (zakładam, że moneta leży na stabilnym podłożu i poruszyć się nie może). Stabilność aparatu podczas fotografowania możemy zapewnić sobie na kilka sposobów:
a) Zastosowanie statywu i wężyka uruchamiającego migawkę albo mechanizmu samowyzwalacza.
b) Manewrowanie czasem otwarcia migawki - zdjęcia będą nieporuszone, kiedy czas ten będzie krótszy, niż 1/100 sekundy. Przy pewnej wprawie możliwe jest uzyskanie dobrych rezultatów przy czasach 1/100 s, a nawet 1/60 s, ale to nie zawsze się udaje.
c) Oświetlenie - przy optymalnej czułości nie przekraczającej 100 ISO możliwość fotografowania z migawką 1/125 s wymaga dobrego oświetlenia monety. Odradzam stosowanie lampy błyskowej. W większości aparatów cyfrowych lampa jest wbudowania w korpus aparatu. Przy makrofotografii obiekt (moneta) jest zwykle bardzo blisko obiektywu. Najczęściej tak blisko, że obiektyw rzuci na monetę cień i błysk flesza na nic się nie zda. Poza tym, lampa błyskowa daje zbyt dużo światła - zdjęcia wychodzą prześwietlone - zamiast szczegółów rysunku widać jasne plamy odblasków.
Najlepiej oświetlić monetę z dwóch stron, żarówkami dającymi białe światło zbliżone do oświetlenia naturalnego. Jeżeli chcemy uwydatnić szczegóły rysunku, kierunek padania światła powinien być prawie równoległy do powierzchni monety. Trzeba też pamiętać o fizyce - kąt padania jest równy kątowi odbicia - nie można "puszczać zajączków" w obiektyw aparatu.
Księstwo oleśnickie, krajcar Chrystiana Ulryka z 1684 r.
Duże cienie podkreślają plastyczność rysunku monety.
Uzupełnienie - 6 listopada 2023Komentarz Pana Pawła:Opis katalogowy nie rozwiewa wątpliwości. Zarówno Oleśnica, jak i Bierutów wchodziły w skład Księstwa Oleśnickiego. Mennica w Oleśnicy działała do 1680 roku, po czym przeniesiono ją do Bierutowa, w której do 1698 rezydował książę Ulryk. W 1699 r. mennica została przeniesiona, wraz ze zmianą siedziby księcia, do Oleśnicy. Zatem mennica książęca istniała w Bierutowie w okresie 1680-1699, a prezentowany krajcar wybity został w 1684 r. Wygląda na to, że opis powinien wyglądać tak: moneta Księstwa Oleśnickiego, mennica książęca w Bierutowie.I dwie uwagi.Najpierw podziękowanie - cieszę się, że czytacie starsze wpisy, że po dwunastu latach od opublikowania tego tekstu ktoś przeczytał go dokładnie i postanowił wyjaśnić to, co wyjaśnienia się domagało.Kolejna uwaga - ewidentnie brakuje nam nowych, rzetelnie opracowanych monografii śląskich mennic, a było ich przecież mnóstwo. Niektóre działały bardzo krótko, inne biły monety przez stulecia. Zawiniła chyba typowe dla PRL niekonsekwencja. Z jednej strony radość z powrotu "odwiecznych ziem piastowskich do macierzy", z drugiej potępianie i zwalczanie "germańskich naleciałości", które doprowadziło do ruiny wiele świetnych zabytków, zamków, pałaców, dworów, parków. Może teraz się to zmieni. Ukazał się katalog Marcina Grandowskiego, katalog 3-krajcarówek Ejzenharta i Millera, mamy cykl katalogów Piotra Kalinowskiego, ale monografii mennic brak.
d) Przesłona - przy ustalonych wartościach czułości, natężenia oświetlenia i czasu ekspozycji możemy regulować ilość światła wpadającego w obiektyw przy użyciu przesłony. Tradycyjne wartości przesłony wywodzące się z czasów monopolu fotografii analogowej zawierają się w granicach 2,8 do 11 - im większa wartość, tym mniejszy otwór migawki i mniej światła pada na matrycę/film. Wartość przesłony ma jeszcze jedno, niebagatelne znaczenie - im jest większa, tym większą uzyskamy głębię ostrości. Oznacza to, że większy jest zakres odległości przedmiotu od obiektywu, w którym uzyskamy ostre zdjęcie. Przy małej głębi ostrości (mała wartość przesłony) trudniej jest ustawić ostrość i trzeba na dodatek bardzo dokładnie pilnować równoległości monety do obiektywu. Pochylenie aparatu spowoduje, że część zdjęcia będzie ostra, a reszta rozmazana.
Większość aparatów cyfrowych ma automatyczny tryb ustawiania czułości, migawki, przesłony i ostrości. Niestety, tryb automatyczny zwykle generuje zestaw parametrów, który nie jest optymalny do fotografowania monet. Jeżeli macie aparat, który ma możliwość ręcznego ustawiana trybu pracy, to należy korzystać z niego ustawiając:
- niską czułość - 80 lub 100 ISO - to zapewnia małe ziarno,
- dużą wartość przesłony - powyżej 5,6 - to zwiększy głębię ostrości
- czas ekspozycji - dopasować do natężenia oświetlenia - może być długi, nawet rzędu 1/10 s jeśli mamy statyw i użyjemy wężyka lub samowyzwalacza.
Tak wygląda moje naprędce ustawione stanowisko do fotografowania monet:
Co widać na zdjęciu, a o czym jeszcze nie pisałem?
Po pierwsze - moneta nie leży na płaskiej powierzchni, tylko na podstawce o średnicy mniejszej, niż moneta i o wysokości około 2 cm (może być trochę mniej).
Po drugie - podstawkę z monetą ustawiłem na gładkim, jednobarwnym tle.
Dlaczego tak?
Podstawka podnosi monetę ponad tło i automat ustawiający ostrość, ostrzy na monecie, a nie na tle. W lepszych aparatach jest możliwość wyboru części obrazu, na które ma być ustawiana ostrość. Ja mam do dyspozycji tylko wybór między środkiem klatki albo wartością uśredniona z całości - Wybieram ostrzenie na środku, ale zabezpieczam się dodatkowo podnosząc monetę ponad podłoże.
Jednobarwne matowe tło pomoże w późniejszej obróbce zdjęć. Wybrałem kolor niebieski, bo to kolor bardzo rzadko występujący na monetach, dzięki czemu łatwo pozbyć się tła ze zdjęcia.
O komputerowej obróbce otrzymanych zdjęć napiszę za kilka dni.
PS.
Pliki zapisujemy najlepiej w formacie RAW lub w jakimś innym formacie bezstratnym. Jeśli aparat wymusza jpg, to trudno - po prostu nie mamy innego wyjścia.
Autor:
Zbierajmy monety
o
13:34
7
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
coin photography,
fotografowanie monet
środa, 11 maja 2011
11 maja = koniec roku :-)
Czekałem cierpliwie i się doczekałem.
Dzisiaj (dopiero dzisiaj!) wyłowiłem z obiegu ostatni nominał rocznika 2010, którego mi jeszcze brakowało, czyli 5 złotych.
A żeby radość była pełniejsza, to w towarzystwie pięciozłotówki trafiła do mnie pierwsza obiegowa monetka z rocznika 2011 - 1 grosz.
Tym samym rok 2010 uważam oficjalnie za zamknięty :-)
Dzisiaj (dopiero dzisiaj!) wyłowiłem z obiegu ostatni nominał rocznika 2010, którego mi jeszcze brakowało, czyli 5 złotych.
A żeby radość była pełniejsza, to w towarzystwie pięciozłotówki trafiła do mnie pierwsza obiegowa monetka z rocznika 2011 - 1 grosz.
Tym samym rok 2010 uważam oficjalnie za zamknięty :-)
A teraz coś z zupełnie innej beczki.
W dzisiejszych wiadomościach prasowych pojawiła sie informacja, że w Warszawie, u zbiegu ulicy Bielańskiej i Alei Solidarności rozpoczęto budowę biurowca Senator.
Dlaczego wiadomość ta zwróciła moją uwagę? Ze względu na adres!
Biurowiec powstaje na działkach, które kiedyś należały do rodziny Załuskich. Trzeciego lipca 1765 r. jedną z nich wraz ze stojącym na niej pałacu kupił za 167 tysięcy złotych król Stanisław August Poniatowski. Za roczny czynsz wynoszący 350 dukatów, król wynajął od Załuskich działkę sąsiednią, na której w iście ekspresowym tempie wybudował mennicę. W pałacu zamieszkali pracownicy mennicy, w tym dyrektor Unruh, który zajął pierwsze piętro.
Co było później, wiadomo (choćby z monografii W. Terleckiego).
Ciekawe, czy podczas prac ziemnych przy budowie Senatora, zostaną odkryte jakieś pozostałości po mennicy króla Stasia.
niedziela, 8 maja 2011
Kraj na niby.
Niejasne poczucie, że żyjemy w kraju nie całkiem na serio zrodziło się u mnie jeszcze w głębokim PeeReLu. Że coś jest na rzeczy, utwierdziła mnie akcja radiowej Trójki przebiegająca pod hasłem "Co innego widzisz, co innego słyszysz". Pomysł Leszka Adamczyka polegał teoretycznie na jednoczesnym słuchaniu Trójki i oglądaniu transmisji sportowych w TV (TV oczywiście z wyłączonym dźwiękiem), ale z łatwością można było przyjąć go, jako skondensowany opis rzeczywistości pierwszej połowy lat 80-tych.
Po roku 1989 niewiele się w tym względzie zmieniło. Konstytucja RP zaczyna się tak"
Wszystko pięknie i ładnie, ale mam z pewnością graniczące przekonanie, że tkwi gdzieś w nas głęboko przekonanie, że konstytucja konstytucją, prawo prawem, a MY i tak swoje wiemy i ma być tak, jak MY sobie wyobrażamy, że być powinno.
Po roku 1989 niewiele się w tym względzie zmieniło. Konstytucja RP zaczyna się tak"
Rozdział I
RZECZPOSPOLITA
Art. 1.
Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.
Art. 2.
Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym,
RZECZPOSPOLITA
Art. 1.
Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.
Art. 2.
Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym,
urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
Wszystko pięknie i ładnie, ale mam z pewnością graniczące przekonanie, że tkwi gdzieś w nas głęboko przekonanie, że konstytucja konstytucją, prawo prawem, a MY i tak swoje wiemy i ma być tak, jak MY sobie wyobrażamy, że być powinno.
Najświeższy na to dowód:
Wyróżniłem fragment reklamy tegorocznej Nocy Muzeów, który może stać się dla wielu osób przyczyną poważnych konfliktów z prawem.
W czym rzecz?
Otóż w Polsce obowiązuje ustawa z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami, w której zawarto między innymi i takie zapisy:
Art. 111.
1. Kto bez pozwolenia albo wbrew warunkom pozwolenia poszukuje ukrytych lub porzuconych zabytków, w tym przy użyciu wszelkiego rodzaju urządzeń elektronicznych i technicznych oraz sprzętu do nurkowania, podlega karze aresztu,ograniczenia wolności albo grzywny.
2. W razie popełnienia wykroczenia określonego w ust. 1 można orzec:
1) przepadek narzędzi i przedmiotów, które służyły lub były przeznaczone do popełnienia wykroczenia, chociażby nie stanowiły własności sprawcy;
2) przepadek przedmiotów pochodzących bezpośrednio lub pośrednio z wykroczenia;
Art. 116.
1. Kto niezwłocznie nie powiadomił wojewódzkiego konserwatora zabytków lub wójta (burmistrza, prezydenta miasta) albo dyrektora urzędu morskiego o przypadkowym odkryciu przedmiotu, co do którego istnieje przypuszczenie, iż jest on zabytkiem archeologicznym, a także nie zabezpieczył, przy użyciu dostępnych środków, tego przedmiotu i miejsca jego znalezienia, podlega karze grzywny.
2. W razie popełnienia wykroczenia określonego w ust. 1 można orzec nawiązkę do wysokości dwudziestokrotnego minimalnego wynagrodzenia na wskazany cel społeczny związany z opieką nad zabytkami.
I w tej sytuacji, mając pełną (mam nadzieję) wiedzę o aktualnym stanie prawnym, śląscy muzealnicy będą zachęcać dzieci do poszukiwania skarbów przy pomocy wykrywaczy metali! Czy tak trudno wyobrazić sobie, że po "wyspie skarbów" dzieciak wyprosi od rodziców prezent na wakacje, ot takiego taniutkiego "chińczyka"
i pod okiem tatusia ruszy w teren po skarby (ciekawe, który tatuś powstrzyma się od samodzielnego wypróbowania zabawki?). I co? Może nic, a może być nieciekawie.
I wszystko to w dosyć specyficznej sytuacji, jaka wytworzyła się w ostatnim czasie na Śląsku - cytat z forum POSZUKIWANIESKARBOW.COM:
Postanowiliśmy parę lat temu zorganizować poszukiwania z wykrywaczami na placu budowy obwodnicy siewierskiej w hałdach i wykopach poarcheologicznych. Mieliśmy mało czasu bo Skanska wpuściła już tam ciężki sprzęt /patrz artykuł " Zdążyć przed spychaczem-Odkrywca/ . Archeolodzy prowadzący tam badania praktycznie nic nie znaleźli, a chodziło o sprawdzenie czy w tym miejscu nie był sytuowany Stary Siewierz.Badania archeologów miały wynik negatywny.Gdy otrzymaliśmy niezbędne pozwolenia zaczął się bezpardonowy atak archeologów, prowadzących tam wcześniej badania łącznie z groźbami narobienia nam kłopotów mówiąc delikatnie.Nie zraziliśmy się i ruszyliśmy w teren, gdzie wydobyliśmy kilkaset zabytków z hałd jak i samych wykopów, gdzie miał znajdować się calec co z kolei przyczyniło się do odkrycia zabudowań Starego Siewierza !!! ale już przez innych archeologów wpuszczonych tam ponownie.Efektem naszego odkrycia było "zawieszenie" naszej współpracy z katowickim WKZ z "niejasnych" powodów, które dodam, wcześniej nam kibicowało i sfinansowało badania !!!
Innym przykładem jest projekt "Poszukiwawczego Pogotowia Archeologicznego" przy OODA i późniejszym KOBiDZ gdzie po kilku spektakularnych akcjach w Truso, Mrągowie, Wormontowicach Sienkiewiczowskich oraz znanej Wam Nowej Cerekwi postanowiliśmy pójść za ciosem i pojawił sie projekt weryfikacji innych sławnych "przebadanych" stanowisk archeologicznych w kraju. Również tych badanych przez "sławnych" profesorów i doktorów archeologii. Finał znacie.
Przypomnę, że od razu w środowisku archeo zawrzało rozwiązano pogotowie, a samą akcję określono jako patologię. Inicjator projektu pożegnał się ze stanowiskiem w KOBiDZ, a zastąpił go osioł tropiący poszukiwaczy na allegro. Autor cytowanej tu często instrukcji dla organów scigania ze strony KOBiDZ.
Nawiasem mówiąc, ilość użytkowników tego forum przekroczyła niedawno 10.000 (słownie dziesięć tysięcy).
"Poszukiwanie skarbów" to tylko jeden z problemów wynikających z cytowanej wyżej ustawy. Znane są przypadki kwestionowania legalności obrotu numizmatami i samego posiadania kolekcji numizmatycznych z motywacją, że wszystkie te obiekty musiały pochodzić z wykopalisk (w domyśle nielegalnych) i jako takie stanowią własność skarbu państwa.
Mam nadzieję, że we wrześniu dowiem się coś więcej w tym temacie, bo w Toruniu odbędzie się wtedy III edycja Toruńskich Warsztatów Numizmatyki Antycznej. W programie między innymi wykład „Numizmatyka a prawo. Karne, administracyjne oraz cywilne aspekty kolekcjonowania monet ze szczególnym uwzględnieniem numizmatyki antycznej”.
wtorek, 3 maja 2011
Prawdziwy przyjaciel człowieka.
Nie piesek, nie kotek...
Komputerek!
Przyjaciel powinien dostawać prezenty. Od czasu do czasu, żeby mu się w głowie nie poprzewracało. Mój dostał prezent w ostatnią sobotę, 30 kwietnia. Jeszcze ciepły Kubuntu Natty Narwhal 11.04
A stało się to tak. Usiadłem, żeby zrobić obiecany wcześniej wpis o monetach z podwójnymi literkami i rysunkami. Na tacce systemowej pokazała się ikonka informująca o dostępności jakichś aktualizacji. Kliknąłem i okazało się, że nie chodzi o zwykłe aktualizacje, tylko o możliwość upgrade do nowego wydania systemu. No to jazda! Najpierw krótki test, później prośba o potwierdzenie decyzji i pozostało tylko czekanie na zakończenie aktualizacji. Do pobrania było ciut ponad 1 GB danych, serwery obciążone, bo na nowe wydanie systemu zawsze rzuca się masa zasysaczy. Znaczy, chwilę to potrwa. No to przecież nie będę tak siedział i czekał. Zaplanowany wpis miałem już przemyślany i częściowo przygotowany (wcześniej zrobiłem skany monet) więc nie ma wyjścia, trzeba pisać.
Jak to? Jednocześnie aktualizować system i pracować na nim? A dlaczego nie? Linuks tak już ma, że jest to możliwe.
Minęła godzina i okazało się, że pisanie trzeba na chwilę przerwać - nawet nie zauważyłem, że niezbędne dane już się pobrały, zaczął się właściwy proces aktualizacji i trzeba zadecydować, czy konfiguracja kilku programów ma zostać zachowana, czy zastąpiona nową. Nie ma się co zastanawiać - program działa - konfiguracja zostaje. Jeśli będą jakieś nowe możliwości konfiguracyjne, to później będzie pora je wypróbować.
Troszkę zmartwił mnie komunikat, że nowemu systemowi nie podoba się zastane wydanie GIMPa i program zostanie odinstalowany. Trudno, zgodziłem się - doinstalowanie go później, to przecież tylko kilka chwil.
Komunikat o konieczności ponownego uruchomienia komputera. Chwila napięcia - wstanie, nie wstanie...
A dlaczego miałby nie wstać? System uruchomiony. Wygląda, jak wyglądał. Pora kończyć wpis na bloga, ale trzeba jeszcze na nowo dodać GIMPa. KPackageKit - wybór programu - potwierdzenie - okienko z komunikatami o stanie instalacji - gotowe. Można kończyć wpis.
A teraz, kiedy wpis już opublikowany, można zobaczyć, co nowego w systemie.
Zestaw programów, który miałem wcześniej w zasadzie się nie zmienił - najważniejsza zmiana, to zastąpienie OpenOffice przez LibreOffice. Sprawdziłem, czy kilka najczęściej otwieranych plików otwiera się jak należy - katalogi specjalizowane - OK, taki jeden pliczek z aktywnym połączeniem z internetową bazą danych - OK, połączenie jest, dane się aktualizują.
Opera - działa, COMMENCE - działa (uff...), skaner - działa, Amarok - gra, VLC - gra, SAMBA - mam dostęp do swoich katalogów na laptopie małżonki, a ona może drukować na mojej drukarce. No to wszystko gra :-)
I w tym momencie przypomniałem sobie entuzjastyczne wzmianki o "działaniach" czyli Activities i ich przewadze nad pulpitami wirtualnymi. Trzeba przetestować. Wynik testów?
Krótko mówiąc - jest bardzo dobrze.
"Działanie" MONETY:
"Działanie" ROBOCZE:
Terminal nie jest otwartym programem, tylko tzw. widgetem pulpitu, stale pod ręką.
Podoba mi się takie rozwiązanie. Trzeba będzie uważnie nasłuchiwać, czy na forach nie pojawią się jakieś nowe ciekawe pomysły na wykorzystywania "działań".
I jeszcze jeden zrzut ekranu
"Karta katalogowa" najświeższego nabytku - rozczulająco prymitywnego falsyfikatu szeląga (chyba ryskiego) Zygmunta III Wazy. Czy to ten przysłowiowy zły szeląg?
Komputerek!
Przyjaciel powinien dostawać prezenty. Od czasu do czasu, żeby mu się w głowie nie poprzewracało. Mój dostał prezent w ostatnią sobotę, 30 kwietnia. Jeszcze ciepły Kubuntu Natty Narwhal 11.04
A stało się to tak. Usiadłem, żeby zrobić obiecany wcześniej wpis o monetach z podwójnymi literkami i rysunkami. Na tacce systemowej pokazała się ikonka informująca o dostępności jakichś aktualizacji. Kliknąłem i okazało się, że nie chodzi o zwykłe aktualizacje, tylko o możliwość upgrade do nowego wydania systemu. No to jazda! Najpierw krótki test, później prośba o potwierdzenie decyzji i pozostało tylko czekanie na zakończenie aktualizacji. Do pobrania było ciut ponad 1 GB danych, serwery obciążone, bo na nowe wydanie systemu zawsze rzuca się masa zasysaczy. Znaczy, chwilę to potrwa. No to przecież nie będę tak siedział i czekał. Zaplanowany wpis miałem już przemyślany i częściowo przygotowany (wcześniej zrobiłem skany monet) więc nie ma wyjścia, trzeba pisać.
Jak to? Jednocześnie aktualizować system i pracować na nim? A dlaczego nie? Linuks tak już ma, że jest to możliwe.
Minęła godzina i okazało się, że pisanie trzeba na chwilę przerwać - nawet nie zauważyłem, że niezbędne dane już się pobrały, zaczął się właściwy proces aktualizacji i trzeba zadecydować, czy konfiguracja kilku programów ma zostać zachowana, czy zastąpiona nową. Nie ma się co zastanawiać - program działa - konfiguracja zostaje. Jeśli będą jakieś nowe możliwości konfiguracyjne, to później będzie pora je wypróbować.
Troszkę zmartwił mnie komunikat, że nowemu systemowi nie podoba się zastane wydanie GIMPa i program zostanie odinstalowany. Trudno, zgodziłem się - doinstalowanie go później, to przecież tylko kilka chwil.
Komunikat o konieczności ponownego uruchomienia komputera. Chwila napięcia - wstanie, nie wstanie...
A dlaczego miałby nie wstać? System uruchomiony. Wygląda, jak wyglądał. Pora kończyć wpis na bloga, ale trzeba jeszcze na nowo dodać GIMPa. KPackageKit - wybór programu - potwierdzenie - okienko z komunikatami o stanie instalacji - gotowe. Można kończyć wpis.
A teraz, kiedy wpis już opublikowany, można zobaczyć, co nowego w systemie.
Zestaw programów, który miałem wcześniej w zasadzie się nie zmienił - najważniejsza zmiana, to zastąpienie OpenOffice przez LibreOffice. Sprawdziłem, czy kilka najczęściej otwieranych plików otwiera się jak należy - katalogi specjalizowane - OK, taki jeden pliczek z aktywnym połączeniem z internetową bazą danych - OK, połączenie jest, dane się aktualizują.
Opera - działa, COMMENCE - działa (uff...), skaner - działa, Amarok - gra, VLC - gra, SAMBA - mam dostęp do swoich katalogów na laptopie małżonki, a ona może drukować na mojej drukarce. No to wszystko gra :-)
I w tym momencie przypomniałem sobie entuzjastyczne wzmianki o "działaniach" czyli Activities i ich przewadze nad pulpitami wirtualnymi. Trzeba przetestować. Wynik testów?
Krótko mówiąc - jest bardzo dobrze.
"Działanie" MONETY:
"Działanie" ROBOCZE:
Terminal nie jest otwartym programem, tylko tzw. widgetem pulpitu, stale pod ręką.
Podoba mi się takie rozwiązanie. Trzeba będzie uważnie nasłuchiwać, czy na forach nie pojawią się jakieś nowe ciekawe pomysły na wykorzystywania "działań".
I jeszcze jeden zrzut ekranu
"Karta katalogowa" najświeższego nabytku - rozczulająco prymitywnego falsyfikatu szeląga (chyba ryskiego) Zygmunta III Wazy. Czy to ten przysłowiowy zły szeląg?
Autor:
Zbierajmy monety
o
13:24
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
falsyfikat,
kubuntu,
Linuks,
Natty Narwhal,
Samba,
szeląg ryski
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















































