Google Website Translator Gadget

sobota, 19 listopada 2011

Jakie piękne miasteczko.

Zapowiadałem relację za dwa, trzy dni - okazało się, że trzeba było czekać prawie tydzień. Będzie dużo do czytania i oglądania.

Po sfotografowaniu dworca i solidnym śniadaniu ruszyłem na zwiedzanie.
Postanowiłem zacząć od tego, na czym miasto wyrosło. Pierwsze kroki skierowałem więc na Hrádek.
Nazwa słusznie  kojarzy się z grodem (hradem). Budynek powstał pod koniec XIII wieku (pierwsza wzmianka pochodzi z 1312 r.) i stanowił część miejskich fortyfikacji. Bronił jednak nie tyle miasta, co bogactwa ukrytego pod nim. Miasto powstało nad bogatymi złożami rud srebra i pod koniec XIII wieku pochodziła stąd prawie jedna trzecia srebra wydobywanego w Europie.
Hrádek jest dziś siedzibą Czeskiego Muzeum Srebra, a jedną z muzealnych atrakcji jest spacer tunelami starej kopalni. Zwiedzający po nałożeniu kasków i ochronnych białych płaszczy płóciennych, zaopatrzeni w lampki górnicze prowadzeni są przez miasteczko (Podívejte se! Vypadají jako pochod Ku Klux Klanu!) do wejścia do kopalni. Najpierw trzeba zejść w dół po 160 metalowych schodach (Se otepluje - někde blízko je jádro Země), później przewodnik prowadzi do niewielkiej komory, w której niegdyś wydobywano rudę. Po drodze mija się wąziutkie i niskie boczne chodniki (pokonywać je można było tylko na czworaka lub czołgając się) i pionowe szyby prowadzące na niższe piętra kopalni. Pięter tych jest co najmniej sześć, a najniższe chodniki znajdują się ponad pół kilometra pod miastem. Niestety są do dziś zalane wodą i nie zostały przebadane ani udostępnione do zwiedzania. Po obejrzeniu miejsca wydobywania rudy, zwiedzający prowadzeni są przez 350-metrowy chodnik - dawną sztolnię odwadniającą.
W tym miejscu chodnik jest wyjątkowo szeroki i wysoki. Najniższe miejsce ma ledwo 120 cm wysokości, najwęższe 40 cm szerokości - nie wszyscy przejdą!
Nie wszystkim też podobała się kilkunastominutowa przerwa w podziemnej wędrówce. Przewodnik zarządził ją w wygodnym, dość szerokim korytarzu, gdzie można było nawet usiąść na drewnianych belkach obudowy. Zostaliśmy poproszeni o wyłączenie swoich lampek. Zapalona pozostała tylko lampka przewodnika i to mocno przysłonięta dłonią, tak by dawała światło przypominające światło dawane przez średniowieczne kaganki. Później, nie przerywając opowieści o pracy twórców kopalni, przewodnik zgasił swoją lampkę. Zapanowały absolutne ciemności. Włóczyłem się za młodu z kolegami po beskidzkich i jurajskich jaskiniach, więc nie zdziwiło mnie, że człowiek nie widzi własnej dłoni trzymanej tuż przed oczyma, ale niektóre osoby były tym mocno zdziwione. Po włączeniu lampek ruszyliśmy w dalszą drogę by po chwili wyjść spod ziemi i udać się przez miasto z powrotem do muzeum. Niestety nie dostałem zgody na fotografowanie w pomieszczeniach ekspozycyjnych.

Skoro jest srebro, to powinny być srebrne monety. Następnym miejscem, które odwiedziłem był vlašský dvůr (włoski dwór).
Nazwa zamku pochodzi od fachowców, których sprowadził Wacław II z Florencji i którzy z początkiem XIV wieku uruchomili w nim mennicę.
Funkcje zamku nie ograniczały się do mennicy. Zamek był jedną z siedzib królów czeskich. To tu odbyła się w 1471 r. koronacja Władysława II Jagiellończyka.
Jedną z pamiątek po Jagiellonie jest portal z literą W na nadprożu.
Poniżej znajduje się słabo widoczny dziś napis Noli me tangere (łac. nie dotykaj mnie!) - drzwi prowadzą do dawnego skarbca, w którym gromadzono produkcję mennicy.
A było to niemało monet, bo...
każde, zamurowane dziś wejście prowadziło do warsztatu mincerskiego, który wyglądał mniej więcej tak, jak na tej rekonstrukcji,
a każdy mincerz miał za zadanie wyprodukować co dzień dwa tysiące dobrze wybitych monet.
Szybki rachunek: 15 warsztatów x 6 dni w tygodniu x 2000 monet = 180.000 praskich groszy tygodniowo. Nieźle, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę, że monety bito na takich stanowiskach
Sympatyczna przewodniczka, która oprowadzała moją jednoosobową wycieczkę nie zgodziła się na fotografowanie we wnętrzu zamkowej kaplicy. Szkoda, bo to podobno jedyna średniowieczna kaplica z oryginalnym wyposażeniem z epoki - trzema pięknymi drewnianymi ołtarzami.
Po rozgrzaniu się przy pomocy horkej čokolády s Bailey´s ruszyłem ku następnym atrakcjom.
Największą z nich jest Chrám svaté Barbory
Główna fasada była w remoncie, a duża strzałka kierowała do bocznego wejścia. Po wykupieniu vstupenki upewniłem się, że można fotografować pouze bez blesku! i zacząłem zwiedzanie. Tym razem tak, jak najbardziej lubię - bez przewodnika.
Pierwsze kroki skierowałem ku najsłynniejszemu świętobarbarskiemu freskowi
przedstawiającemu bicie monety grubej (grosze - dwie osoby) i drobnej (parwusy - jedna osoba).
W tej samej bocznej nawie trafiłem na jeszcze jedną pamiątkę po naszym Władysławie
Wędrówka po wnętrzu kościoła i później, dookoła na zewnątrz zajęła mi prawie dwie godziny. Ale czy można się temu dziwić, skoro na każdym kroku, gdzie nie spojrzeć, pojawiają się cuda. Na przykład taki gargulec
Jeden z kilkudziesięciu (?), a nie zauważyłem dwóch identycznych!

Porządnie już zmęczony zacząłem rozglądać się za miejscem na dobry obiad. Jak już tydzień temu wspomniałem, uczciłem świętego Marcina pieczoną gęsią popitą miejscowym, czerwonym winem. Miejscowym, bo pochodzącym z winnicy leżącej tuż obok kościoła świętej Barbary.
Winnica poniżej kościoła św. Barbary.
Po lewej Kolegium Jezuickie, po prawej kościół św. Jakuba,
pomiędzy nimi Hrádek.

Powłóczyłem się jeszcze trochę uliczkami starego miasta upewniając się, że słusznie od roku 1995 r. jest ono razem z kościołem św. Barbary i kościołem klasztornym w dzielnicy Sedlec zapisane na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Rozglądałem się przy tym za miejscem, w którym mógłbym kupić sobie jakąś autentyczną numizmatyczną pamiątkę z wycieczki (żetony sprzedawane w automatach porozstawianych na całej starówce i kopie groszy praskich sprzedawane w muzeach już na wstępie postanowiłem zignorować). Może się źle rozglądałem, ale trafiłem na jeden tylko antykwariat oferujący monety. Niestety, jedynymi polskimi monetami były tylko srebrne dwustuzłotówki z 1974 r. Było kilkanaście habsburskich drobniaków ze śląskich mennic, ale te lepiej zachowane wyceniono zbyt moim zdaniem wysoko - np. 4500 koron (ponad 750 zł) za kłodzką trzykrajcarówkę Ferdynanda (jako króla Węgier) z 1627 r. - moneta rzadka, ale nie aż tak.

Powoli zbliżał się wieczór, a w plamach miałem jeszcze jeden interesujący obiekt.
Na zewnątrz wygląda typowo
ot zwykła kaplica cmentarna, no może ciut większa, niż inne. A w środku?
Cała niemal dekoracja kaplicy została wykonana z ludzkich kości. Również i ten herb rodu Schwarzenbergów z krukiem wydziobującym oko Turkowi (dla upamiętnienia zasług dla zwycięstwa nad Turcją). Może to i lepiej, że Sobieskiemu czegoś takiego do herbu nie dodali.
Kości, to szczątki kilkudziesięciu tysięcy ofiar epidemii dżumy z XIV wieku, wojen husyckich z XV wieku i wojny trzydziestoletniej.

Z kostnice Sedlec do mojego penzionu było niedaleko, więc nie przejmując się zapadającym zmrokiem pokonałem ją pieszo.

Następnego dnia ruszyłem na północ, w kierunku polskiej granicy. Na jednym z postojów (wpadła mi w oko sympatycznie wyglądająca vinotéka, z której wyszedłem z kilkoma butelkami Rulandského modrého - szczerze polecam!) przyszła mi do głowy myśl, że Borowice, z których mam odebrać żonę, leżą blisko Miedzianki, o której niedawno pisałem. Przeprogramowałem nawigację, i po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów po wyjściu z samochodu zobaczyłem taki widok
Tyle zostało z rynku Kupferbergu.

A tak wyglądało to miejsce w tatach 20-tych XX wieku:

Pozostało trochę kilometrów krętymi, górskimi drogami o nawierzchni zdecydowanie gorszej, niż po południowej stronie granicy, później trochę więcej autostradą A4 (całkiem niezłą) i długi listopadowy weekend można było uznać za zakończony.

A jeśli ktoś spostrzegawczy wypatrzy na tak licznie pokazanych tu zdjęciach coś intrygującego, o czym nie wspomniałem, a wydaje się, że wspomnieć należało i pierwszy napisze o tym w komentarzu - dostanie nagrodę.

P.S.
Byłbym zapomniał. Czy już wiecie, jakie miasto odwiedziłem?
























TAK! To Kutna Hora. Warto się tam wybrać na kilka dni - jednodniowy pobyt, to stanowczo za mało.


niedziela, 13 listopada 2011

Impuls trzeci (na jakiś czas ostatni).

Zaczęło się od wyszukiwania jakiegoś rozsądnego połączenia komunikacyjnego do Borowic. Najlepsza z moich żon wybierała się tam na Jesienną Szkołę Dydaktyki Fizyki. Najwięcej informacji znaleźliśmy na bardzo sympatycznej stronie http://www.borowice.pl/pl/07.html ale wniosek był jeden - łatwo nie będzie. Udało się zorganizować podróż do celu samochodem jednej z uczestniczek Szkoły. Otwarta pozostawała kwestia powrotu.

I tu pojawił się impuls.
Jakiś czas temu wybrałem się na wycieczkę do Kremnicy. A może by tak odwiedzić jeszcze jedno zagraniczne "mennicze" miasteczko i w drodze powrotnej przejechać przez Borowice ułatwiając powrót małżonce? To tylko 160 km od Borowic.
Czy już wiecie, którą mennicę mam na myśli?

Najpierw sprawdziłem prognozę pogody. Moja ulubiona norweska (!) pogodynka straszyła co prawda niską temperaturą, ale zachęcała piękna słoneczną pogodą. Znaczy - jadę.
Wiedziałem, że w dniu wyjazdu będę musiał najpierw troszkę popracować, a to oznaczało, że na miejsce przyjadę już po zmroku (350 km). Wypadało by mieć zarezerwowany nocleg. Wysłałem kilka e-maili, przyszła jedna odpowiedź - cena niezła, lokalizacja, wyposażenie też nie odstraszały, więc zarezerwowałem nocleg. Kilka dni czekania na wyjazd minęło szybko i w czwartek, 10 listopada ruszyłem w drogę.

Najpierw na zachód autostradą A4 - jeszcze darmową - choć bramki już powstają - później w kierunku przejścia Kudowa-Słone. Po drodze mijałem kolejne stare śląskie miasta, w których też kiedyś działały mennice. Nysa, Złoty Stok, Kłodzko. Trzeba by kiedyś wybrać się na kolejną numizmatyczną wycieczkę - szlakiem śląskich mennic. Może za rok...
Minąłem starą papiernię w Dusznikach i po chwili byłem już w Republice Czeskiej. Pan Krzysztof ciepłym głosem informował mnie o kolejnych skrzyżowaniach i ostrych zakrętach zapowiadając, że do celu dotrę przed siedemnastą. Tak się też stało, mimo licznych ograniczeń prędkości przy przejazdach przez kolejne wsie i miasteczka. Łatwo i bezboleśnie przestrzega się tych ograniczeń, bo stosowane są bardzo racjonalnie. Gdy tylko znika przyczyna ograniczenia - nawet chwilowo - to od razu pojawia się znak pozwalający na przyspieszenie. Nie ma bezsensownych ograniczeń ciągnących się przez puste pola na idealnie prostej drodze.
A drogi też jakby lepsze. Mimo to kilka razy mijałem ekipy remontujące nawierzchnię. Czyżby istniał jakiś związek między remontami, a jakością drogi? Było nawet kilka odcinków tzw. ruchu wahadłowego, co nie przeszkodziło abym na miejsce dotarł w planowanym czasie. Pan Krzysio bezbłędnie wskazał drogę pod same drzwi penzionu i podziękował za wspólną podróż.
Pokój nie wyglądał na najprzytulniejszy, ale był czysty i ciepły. Odświeżyłem się po podróży, ubrałem ciepło (po zachodzie słońca termometr zatrzymał się na poziomie -2) i ruszyłem na obiad. Pociągiem. Bo kwatera była 2 km od centrum, ale za to tuż przy dworcu.

Obiad zjadłem w lokalu wybranym metodą wielokrotnie wypróbowaną w turystycznych miejscowościach - szyld ma być niepozorny, a w środku musi być prawie pełno... tubylców. Im wyraźniej słychać angielski, niemiecki, polski, tym szybciej trzeba zmienić lokal. Odpadają też przybytki reklamujące się, jako tradiční středověká restaurace.
Metoda po raz kolejny okazała się właściwą. Świetna polędwica popita nie gorszym piwem (już wiecie, dlaczego samochód dostał wolne) poprawiła i tak niezły humor. Przespacerowałem się po mieście planując następny dzień i wróciłem na dworzec. Kasjerka przytomnie zapytała mnie, czy na pewno chcę bilet na następny pociąg, bo pojedzie on dopiero za godzinę. Podziękowałem i ruszyłem do hoteliku pieszo - dwa kilometry szybkiego marszu na wieczornym mrozie, to gwarancja dobrego snu.
Rano za oknem było tak:
Czy już wiecie, co to za miasto? Kto nie dotarł tam pociągiem, raczej na podstawie tego zdjęcia nie zgadnie.

Około ósmej, po obfitym śniadaniu ruszyłem na zwiedzanie - opis, ze szczególnym uwzględnieniem akcentów numizmatycznych, pojawi się w następnym wpisie za dzień lub dwa. Teraz ograniczę się tylko do dwóch uwag kulinarnych.

Istotna część ekspozycji drugiego z muzeów, które odwiedziłem, znajduje się na świeżym powietrzu, a jako, że słupek rtęci osiągnął aż +3 stopnie Celsjusza, organizm domagał się rozgrzewki. Wypatrzyłem lokalik polecający coś takiego, jak Horká čokoláda s  Bailey´s  i uznałem, że to je ono. Tak też było. Miłe ciepło rozlało się "w środku, w Czesiu" i aż żal było wychodzić. Wcześniej niż ja, zaczęły się zbierać do wyjścia trzy panie - mama, córka i wnuczka. Tej ostatniej, tak na oko trzyletniej,  mama założyła czapeczkę z uszkami - mała wyglądała zupełnie jak miś Bubu, młodszy kumpel misia Yogi.
Jedna z kelnerek rzuciła - tak ahoj medvidku!
I w tym momencie... mała pobiegła dać buzi kelnerce, a siedzący przy sąsiednim stoliku jegomość o wyglądzie Jožina z bažin głośno zaprotestował - Já nikam nevycházim! 

Po wizycie w kolejnym muzeum, żołądek upomniał się o swoje prawa, a że było to 11 listopada, to zgodnie z zasadą Na Świętego Marcina najlepsza gęsina postanowiłem skorzystać z promocji pod tytułem - svätomartinská hus pečená a vino - pouze 220 korun. Co tu dużo pisać! Obżarłem się do wypęku i znów ruszyłem do zwiedzania. 

Ale o tym, jak już wspomniałem, opowiem za dzień, dwa.


Katalogi specjalizowane - dodruk

Miło mi poinformować, że udało mi się sfinalizować dodruk drugiego i trzeciego tomu katalogu specjalizowanego polskich monet obiegowych.

 Ceny nie ulegają zmianie i wynoszą (wliczone koszty wysyłki listem poleconym):

Tom I - KP 1917-1918 = 17 zł

Tom II - II RP + GG = 33,00 zł

Tom III - PRL = 44,00 zł

Tom I + Tom II = 50 zł

Tom I + Tom III = 60 zł

Tom II + Tom III = 75 zł

Tom I + Tom II + Tom III = 90,00 zł

Wysyłka po otrzymaniu należności na konto (numer podam w odpowiedzi na e-mail z zamówieniem).

Nie wysylam za pobraniem


sobota, 5 listopada 2011

Impuls 2, czyli...

na monetach świat się nie kończy.

Pisałem niedawno o zdarzających mi się czasem nieplanowanych zakupach. Nie dość, że bywają nieplanowane, to jeszcze czasem nie mają nic wspólnego z numizmatyką.

Kiedy wypatrzę jakąś potrzebną mi monetę, to zwykle sprawdzam, co też jeszcze ciekawego wystawia jej sprzedawca. W taki właśnie sposób trafiłem kiedyś na aukcję, na której sprzedawano taki wazonik

Zalicytowałem, bo spodobał mi się jego kształt, kolor, bo lubię wrzosy. Wygrałem.
Wazonik dotarł w całości, bardzo porządnie zapakowany. W naturze wygląda lepiej, niż wyglądał na zdjęciach w opisie aukcji. Wrzosy nie zajmują całej powierzchni wazonika. Po stronie przeciwnej jest pusto, tylko u góry jest napis - najprawdopodobniej nazwa miejscowości, z której pochodzi wazonik
KUPFERBERG

Przypuszczam, że na świecie jest wiele miejscowości noszących tę nazwę. Wydaje mi się jednak, że trafnie dopasowałem mój wazonik do jednej z nich, wyjątkowej pod każdym względem.

Było sobie kiedyś miasto, powiedzmy miasteczko. Kiedy Sudety należały do Prus, było to najmniejsze pruskie miasto. Na dodatek, jedno z kilku najwyżej położonych. Założono je w Rudawach Janowickich w wieku XII chyba, na wysokości przekraczającej 500 m n.p.m. Najpierw nazywało się Koppferberg, w XIX wieku stało się Kupferbergiem, a kiedy nie zmieniając lokalizacji, znalazło się w Polsce - zyskało nazwę Miedzianka, jednocześnie tracąc prawa miejskie i stając się wsią.

Kupferberg (pozostanę przy nazwie z mojego szkiełka) od początku związany był z górnictwem. Najpierw żelaza - złoża jego rud żelaza odkrył podobno w XII w. legendarny Laurentius Angelus.  Pierwszą pewną wzmianką o Kupferbergu jest zapis w kronice Johannesa Kaufmanna mówiący, że przed rokiem 1311 właścicielem okolicy był Conrad Bavarus. Wydobywano tam wówczas również i srebro.
W roku 1512 Kupferberg kupił Hans Dippold von Burghaus, który zainwestował w wydobycie miedzi, której złoża odkryto przy okazji wydobycia srebra. Burghaus uzyskał od czeskiego króla Ludwika Jagiellończyka (tego od półgroszków świdnickich) dla Kupferberga prawa miasta górniczego.
Później miasto przeszło w ręce Justusa Decjusza, który był sekretarzem polskiego króla Zygmunta Starego.
Intensywna eksploatacja złóż miedzi spowodowała ich szybkie wyczerpanie. Kopalnie zamknięto, a nowi właściciele miasta - Hans i Franz Hellmannowie zbudowali przy potoku płynącym przez Kupferberg ługownie, w których wytwarzali witriol z materiału ze starych hałd. W tym przypadku witriol nie oznacza tzw. oleju szklanego, czyli stężonego kwasu siarkowego, lecz intensywnie niebieski, pięciowodny siarczan miedzi - „siny kamień”. Witriolu używano głównie jako barwnika w drukarstwie i farbiarstwie, ale też wykorzystywano jego własności grzybobójcze do konserwacji drewna.
Wojna trzydziestoletnia spowodowała czasowy upadek miasta. Górnictwo odradza się dopiero pod koniec XVII wieku. Następuje ponowny rozwój, którego podstawą jest eksploatacja starych chodników - zmiany ekonomiczne spowodowały, że znów stało się to opłacalne. Powstały też nowe kopalnie, ale znów okazało się, że złoża się wyczerpują i kopalnie trzeba zamykać.
Od połowy XIX wieku Kupferberg zaczął być znany jako miejscowość wypoczynkowa i tę funkcję pełnił aż do wybuchu II Wojny Światowej.
Myślę, że to właśnie z tego okresu pochodzi mój wazonik. O dokładniejsze datowanie się nie pokuszę, bo na szkle znam się niepomiernie słabiej, niż na monetach.

Po wojnie Sudety znalazły się w granicach Polski. Ludność Kupferberga wysiedlono do Niemiec, miejscowość przemianowano na Miedziankę i ustalono, że będzie miała status wsi.
Jej przekleństwem stała się inna substancja wydobywana z miejscowych kopalń. Chodzi o blendę uranową, którą wydobywano tam już w latach 90-tych XIX wieku. Po roku 1948 sudeckim uranem zainteresowała się Armia Czerwona. Uruchomiono wydobycie, a cały urobek (w sumie przeszło 500 ton) wywieziono do Związku Radzieckiego. Kopalnię zamknięto w 1953 roku.
Przeprowadzono jeszcze analizy możliwości kontynuowania wydobycia miedzi, ale ich wynik był negatywny. Elementem analizy był przegląd dawnej dokumentacji wyrobisk. Opisywała ona dwanaście poziomów starych chodników na głębokości do 220 m. Chodników było mnóstwo. Rozciągały się pod całym miastem. Powodowało to liczne szkody górnicze. Miasto, w którym było ponad 100 domów, kilka sklepów, działało kino, powoli niszczało. Budynki pękały, pojawiały się zapadliska i osuwiska ziemi. Prawdopodobnie już w latach 60-tych zadecydowano, że miasto zniknie z powierzchni ziemi. Najpierw wysadzono kościół ewangelicki. Później wydano zakaz  konserwacji budynków - w „gospodarce” socjalistycznej było to możliwe, bo potrzebne materiały budowlane można było kupić wyłącznie na podstawie specjalnych przydziałów zatwierdzanych przez „władzę”.
Na początku lat 70-tych nakazano wysiedlenie mieszkańców. Planowano całkowite zniszczenie wszystkich budynków, ale tak, jak to wtedy bywało, plany zrealizowano niezbyt dokładnie. Pozostała jedna z kamienic - ostatni relikt zabudowy miejskiego rynku (dawna gospoda Schwarzer Adler). Pozostał kościół św. Jana Chrzciciela. Pozostały resztki ruin i o dziwo, nie widać nowych zmian terenu, które miały nieuchronnie powstać na skutek szkód górniczych.




Wazonik stoi na półce i cieszy oko, a przypomniała mi o nim niedawno poranna audycja Michała Nogasia w III programie Polskiego Radia. Audycja poświęcona książce Filipa Springera „Miedzianka. Historia znikania". Wygląda na to, że znów trzeba będzie odwiedzić księgarnię.

poniedziałek, 31 października 2011

Impuls


Czytałem gdzieś, że każda praktycznie decyzja, nawet ta z pozoru całkowicie racjonalna, podejmowana jest na podstawie impulsu. Czy powiemy impuls, czy przeczucie, intuicja, natchnienie – zawsze gdzieś w podtekście będzie się kryć coś z racjonalnością sprzecznego.

Zazwyczaj kupuję monety w sposób przemyślany. Wiem, czego mi w zbiorze brakuje, wiem, jakie mam do dyspozycji pieniądze, a mimo to zdarza mi się czasem kupić coś nieplanowanego. Coś, co wywołało impuls.
Ostatnio zdarzyło mi się to przy okazji takiej aukcji.  Zalicytowałem mimo bardzo enigmatycznego opisu.
Bez sprawdzania, czy medal jest notowany u Strzałkowskiego (bo dlaczego nie miał by być notowany, a jeśli by jednak notowany nie był, to chyba lepiej...), bez sprawdzania kim też był Jerzy Edmund Kaniewski.
Wygrałem, zapłaciłem, medal dotarł.
Ładny, masywny (50 mm, srebrzony brąz). W Strzałkowskim jest – numer 610, rzadkość RR czyli bardzo rzadki. A jaki miałby być, skoro to typowy medal nagrodowy. Wybity w warszawskiej mennicy w 1928 roku w nieznanym nakładzie. Medale nagrodowe, z pozostawionym wolnym miejscem przeznaczonym na grawerowanie nazwisk laureatów bito z niewielkim zapasem pozostawiając stemple zapewniające możliwość bicia dodatkowych egzemplarzy w kolejnych latach.
Medal nie jest sygnowany, ale wiadomo, że autorem projektu jest Zygmunt Otto. Awers, z napisem ARTIBVS (sztukom) w odcinku, powtarza motyw widoczny na tympanonie budynku Zachęty.

Tu mały wtręt na temat zwyczaju panoszącego się na serwisach aukcyjnych. Kto żyw pisze, UNIKAT!!!, JEDYNY EGZEMPLARZ!!! (koniecznie kapitalikami, koniecznie z licznymi wykrzyknikami). A poniżej moneta wybita w tysiącach, jeśli nie w milionach, egzemplarzy. Tymczasem unikat, to coś istniejącego w jednym, jedynym egzemplarzu. Tak, jak ten właśnie medal, który po wygrawerowaniu napisu „1936, KANIEWSKI EDMUND JERZY” stał się jedynym, takim egzemplarzem na świecie. Są inne, bardzo podobne, ale z innymi datami i nazwiskami i w innych kolorach.

Chcąc dowiedzieć się czegoś więcej o E. J. Kaniewskim zajrzałem oczywiście do Wikipedii. Pierwsze zaskoczenie – nikt nic tu o nim nie napisał. Na stronach domów aukcyjnych zajmujących się sztuką znalazłem kilka notowań, kilka reprodukcji wystawianych obrazów (a więc malarz!) i ograniczone do minimum informacje biograficzne. Całość mieści się na ćwiartce strony z zeszytu:
KANIEWSKI Jerzy Edmund (1909-1982)
Uczeń Pruszkowskiego.
Należał do Loży Wolnomularskiej.
Wystawiał min. 1929 TZSP 1931 TZSP, 1934 w IPS, 1934 u Garlińskiego. (TZSP to oczywiście Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych).
I opisy kilku obrazów:
Widok na rynek w Krzemieńcu, w tle ruiny zamku na górze królowej Bony. ol/pł, wymiary 65 x 80 cm Sygnowany prawy dolny róg,
Pejzaż ze stogami, olej, sklejka, 59 x 49 cm; sygn. p.d.: J. Kaniewski / 1934
WIEJSKA KAPLICZKA MATKI BOSKIEJ ZIELNEJ, 1937, olej na płótnie, 40,5 x 45,5 cm, sygnowany p.d.: "E. J. Kaniewski 37"
I na koniec taka informacja:
KRADZIEŻ WE WRZEŚNIU 2009 R. Z MIESZKANIA W WARSZAWIE
KANIEWSKI Edmund Jerzy, Kwitnąca jabłoń, XX w. Olej, płyta pilśniowa, KAT . PA-3128
KANIEWSKI Edmund Jerzy, Drewniany kościół, 1962 r. Olej, płyta pilśniowa, 23 x 32 cm KAT . PA-3127
KANIEWSKI Edmund Jerzy, Pejzaż z chatą i wiatrakiem, XX w. Olej, płyta pilśniowa, 28,8 x 20,2 cm KAT . PA-3129

I to wszystko. A wystawiał swoje obrazy Pan Kaniewski w Zachęcie (co najmniej czterokrotnie), bywał za nie nagradzany...

Podobno dziś urodzi się siedmiomiliardowy mieszkaniec Ziemi. Takie przynajmniej tytuły zauważyłem w kilku gazetach. To oczywiście tytuły nieprecyzyjne. W zamyśle piszących było stwierdzenie, że od dziś na Ziemi żyje co najmniej 7.000.000.000 ludzi. Liczba ludzi, którzy żyją i żyli na naszej planecie, odkąd w ogóle możemy mówić o człowieku, jest znacznie większa. Ludzie się rodzą, żyją i umierają. Pozostają po nich puste miejsca, dzieła, ubrania, meble, książki, pamięć, listy, zdjęcia, medale...

I groby, które jutro odwiedzimy.

piątek, 28 października 2011

Jesienne sprzątanie zakładek

W sieci jest multum poradników dla blogerów, a większość z nich koncentruje się wokół nieśmiertelnego pytania "Co robić, żeby się nie narobić, a dobrze zarobić?".
Autorzy takich poradników podkreślają (prawie wszyscy), że autor dobrego bloga  powinien wabić czytelników i dokładać wszelkich starań, by spędzali na nim jak najwięcej czasu., co oznacza, że na blogu powinno być możliwie mało linków do innych stron (czytaj: takich linków, na których Ty nic nie zarobisz, a które odbiorą ci Twojego czytelnika).
A niech sobie radzą!

Pewnie każdy z Was ma w przeglądarce długą listę ulubionych linków do stron numizmatycznych. Też mam taką listę i co jakiś czas zauważam, że któryś z linków nie działa.

Na jakiś czas przenoszę taki link do "poczekalni" i jeśli po kilku miesiącach sytuacja pozostaje niezmieniona, link odsyłam do krainy wiecznych łowów.
Rzadko, ale jednak, zdarza się, że strona powraca z niebytu - tak stało się kiedyś z nieocenioną witryną WILDWINDS.
Jeszcze rzadziej zdarza się, że jakaś strona pozostaje aktywna (pod niezmienionym adresem) i jest aktualizowana przez czas dłuższy, niż 10 lat. Do takich wyjątków należy jedna z moich ulubionych witryn, od 1997 roku reklamująca się takim tytułem:

Ancient Greek & Roman Coins
An Educational Site on Roman Coins, Greek Coins and other Ancient Coins

Zanim podam link do niej, uzasadnię, dlaczego uważam ją za ważną i godną polecenia.
Autor strony (to przedsięwzięcie jednoosobowe!) podkreśla, że jest zwykłym kolekcjonerem. Nie uważa się za profesjonalistę, nie pisze dla zysku. Nie obawiajcie się natłoku reklam - nie łatwo je tam znaleźć. Obawiać trzeba się tylko jednego - ta strona wciąga, jak najlepszy kryminał. Można czytać, czytać i czytać.
Zapiszcie sobie ten link - Doug Smith - Ancient Greek & Roman Coins

Drugim matuzalemem jest powstała w tym samym, 1997 roku strona Toma Claytona poświęcona monetom Zjednoczonego Królestwa.
Coins of England and Great Britain
('Coins of the UK')
by Tony Clayton
Niech Was nie zrazi jej oldskulowy - jak się teraz mówi - wygląd. To kopalnia wiedzy o monetach zza Kanału.

Od kilku lat, przy okazji jesiennych porządków w magazynie linków ciekawych i pożytecznych, z satysfakcją stwierdzam, że te dwa linki pozostają aktualne i prowadzą do miejsc stale wzbogacanych nowymi informacjami.

Znacznie, znacznie częściej zdarza się jednak to nieszczęsne 404. Ostatnio przepadła mi gdzieś strona poświęcona monetom hiszpańskim, która kiedyś parkowała pod adresem http://www.fuenterrebollo.com/faqs-numismatica/menu.html
Już jej tam nie ma. Niestety.

Może Was dziwić, że trzymam w pogotowiu linki kierujące do stron nie związanych z profilem mojego kolekcjonowania. Skoro zbieram polskie monety obiegowe, to co mi po linku do opisów monet Wielkiej Brytanii? Wyjaśnienie kryje się na samym dole tytułowej strony witryny Douga Smitha. To motto jego przyjaciela, które w oryginale brzmi "It's more fun to know than not to know".
Nic dodać, nic ująć.

Dlatego, z przyjemnością wklejam taki obrazek:

Żałuję, że tym razem nie będę mógł pojawić się w Warszawie. Z pewnością natomiast sięgnę po "Historię pieniądza", która reklamowana jest jako godna następczyni "Tysiąca lat monety polskiej" T. Kałkowskiego.

piątek, 21 października 2011

Lektur ciąg dalszy

Z dużym opóźnieniem dotarł do mnie wczoraj drugi tegoroczny numer Biuletynu Numizmatycznego.

Swoją drogą, PTN znalazło "ciekawy" sposób na podratowanie swoich finansów. Pomimo zapisu na drugiej stronie okładki, brzmiącego "Kwartalnik Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego" (podkreślenie moje), nie można kupić pojedynczych numerów! Miłe panie z ul. Jezuickiej poinformowały mnie, że to rocznik, tyle że wychodzący "na raty". Trudno. Interesował mnie tylko numer 2, a w rezultacie mam numery 1, 2 i 3, a 4 dostanę, gdy się ukaże.

Numer 2 interesował mnie szczególnie, bo wiedziałem, że ma się w nim ukazać tekst Pana Rafała Janke - polemika z moją "Chronologią dziesięciogroszówek Królestwa Polskiego z datą 1840".
Obszerny, dwunastostronicowy artykuł potwierdza moją negatywną ocenę chronologii zaproponowanej w 1981 r. przez A. Schmidta. Pan Janke, niezależnie od mojego spostrzeżenia opublikowanego w jednym z pierwszych wpisów na blogu, również dopatrzył się istnienia nie odnotowanego wcześniej wariantu wieńca na rewersie.
Słusznie też zwrócił uwagę na błędnie podane przez W. Terleckiego, ilości monet wybitych (a właściwie wydanych z mennicy) w poszczególnych latach. Bardziej wiarygodne są dane opublikowane w "Korpusie" Romanowa i zamieszczone w rękopisie dyrektora Puscha.

Nie to jest jednak najważniejsze.
Okazało się, że istnieje dokument z epoki, podający, w których latach mennica warszawska umieszczała kropki na monetach bilonowych. Dokumentem tym jest rękopis Karola Beyera stanowiący podstawę do "Skorowidza monet polskich od 1506 do 1824" wydanego w roku 1880. Beyer zapisał, że monety bez kropek bito w 1843, z kropką po roku w 1844, z kropką po groszy w 1845 i z kropką po nominale w 1846 r.
Moje analizy częściowo odbiegają od tych danych, ale robiłem je wyłącznie na podstawie znanych mi odmian i wariantów rysunku stempli, dodatkowo posiłkując się danymi o wysokości nakładów.
Opublikowanie notatki Beyera rozwiewa resztki tajemnicy. Będę więc musiał skorygować nieco informacje umieszczone na mojej stronie.

Na razie wprowadziłem na niej małe uzupełnienie dotyczące grosza z 1838 r.
Udało mi się kupić bardzo rzadka odmianę - ze starym typem awersu, na którym św. Jerzy przedstawiony jest w płaszczu narzuconym na zbroję, a orzeł ma szeroki ogon z dziewięciu piór.

Plage 249, Berezowski 684 
(wycena 12,00 zł - wyższa, niż na talary Poniatowskiego z lat 1794, 1795).

W grupie zdawkowych monet Królestwa Polskiego 1835-1841 mam jeszcze wiele luk, które systematycznie staram się zapełniać. Każdy taki nowy nabytek, to duża radość.

poniedziałek, 17 października 2011

Czytać, czy pisać?

Pisać, czy czytać?
A może i czytać, i pisać?  I jeszcze pracować, jeść, pić, rozmawiać, spacerować, biegać, pływać, słuchać muzyki, oglądać filmy...
A doba ma tylko 24 h.

Próbowałem zabić wyrzuty sumienia powodowane nie dającym się ukryć spadkiem mojej aktywności na blogu alibi, polegającym na tym, że nie mam czasu bo ostatnio bardzo dużo czytam. Trochę w tym prawdy jest, ale faktem też pozostaje, że czasem po prostu trudno zabrać się za pisanie.
Czytam więc ostatni nabytek ("Lem Mrożek Listy" - fascynujących 700 stron) i trafiam na takie zdanie:
"Z pisaniem - wydaje mi się, że gdy wyczerpią się wszystkie rozterki, co i po co pisać, to najlepiej doprowadzić się do maszyny i zacząć".
Skoro Mistrz tak radzi, zaczynam.

Czytam ostatnio bardzo dużo nie ograniczając się do korespondencji między Panami St. i Sł. Między innymi męczę się z "Rodem Konstantyna" Aleksandra Krawczuka, a to za przyczyną takiej monetki:
Magnencjusz (350-353 n.e.), brąz z mennicy w Arles (PAR w odcinku)

Ciekawa to była postać, ten Magnencjusz. Jeden z wielu uzurpatorów. Augustem został  okrzyknięty podczas przyjęcia w domu Marcellinusa w Augustodunum, czego bezpośrednim skutkiem była śmierć Konstansa, syna Konstantyna Wielkiego. Postawił Konstancjusza II, drugiego z żyjących synów Konstantyna, przed trudnym wyborem - walka z Persami albo walka z uzurpatorem. W tej niezwykłej historii pojawia się jeszcze Vetranio, kolejny znany z monet "prawie cesarz", a jej finał  - samobójczą śmierć Magnencjusza w 353 roku, poprzedza bratobójcza masakra - bitwa pod Mursą, w której zginęło ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi. 30.000 z armii Konstancjusza i 24.000 z armii Magnencjusza. Po takim osłabieniu sił Rzymu nie trzeba było już długo czekać na upadek Imperium.

Niestety, im dłużej patrzę na tę monetę, tym bardziej wydaje mi się, że brązik Magnencjusza to współczesny falsyfikat. Podczyszczę, to się upewnię.

Poszukując kilku zdjęć, które schowałem kiedyś na lepsze czasy (tzn. na czas, kiedy będę miał czas)  natknąłem się na skany fragmentów z jakichś przedwojennych czasopism. Zgromadziłem je poszukując informacji o domniemanym pożarze w stuttgardzkiej mennicy (sprawa słynnego feniga Królestwa Polskiego z 1917 r.). Zupełnie o nich zapomniałem, a są ciekawe. Kilka przykładów:
i podobny przykład, ale na większą skalę
Brak drobnego pieniądza był bardzo dotkliwy, ludzie brali sprawy w swoje ręce:
Informacja z marca 1917 zapowiadająca pojawienie się monet 5, 10 i 20 fenigów z polskim orłem i polskimi napisami. O jednofenigówce nie ma nic.
Stare gazety są, jak widać, źródłem bardzo ciekawych i ważnych wiadomości, których często próżno szukać w literaturze fachowej.
Gdyby ktoś z Was dysponował nadmiarem wolnego czasu (czy to możliwe, że ktoś ma taki problem?), to polecam spedzenie kilku godzin w lokalnej bibliotece/czytelni.
Czytajcie, a potem piszcie!


poniedziałek, 10 października 2011

Tajemnicze literki

Podobno chodzenie po bagnie wciąga.
Mnie wciągnęła łamigłówka związana z miedziakami Augusta III Sasa. Problem męczy mnie już od kilku lat, ale zabierałem się do niego, jak pies do jeża, to znaczy głównie myślałem, jak też to ugryźć. Z której strony podejść.
Kilka dni temu obłożyłem się na parę godzin książkami i pojawiły się pierwsze przypuszczenia, którymi od razu podzieliłem się z Wami i z kolegami z Allegro.

Czas na kroki następne, czyli na analizę stempli.  Mam w zbiorze w tej chwili 49 różnych szelągów koronnych i 22 grosze A3S więc chwilę to potrwa.
Najpierw jednak spróbowałem zebrać w jednym miejscu wszystkie odmiany i warianty odnotowane w literaturze. Wygląda to tak.

Stopniowo będę teraz porządkował zdjęcia i odnotowywał w kolumnie "ZBIÓR" monety, które mam. Sprawa nie jest prosta, bo już na etapie tworzenia tabeli ujawniły się sprzeczności pomiędzy "katalogiem" opracowanym przez M. Gumowskiego, a katalogiem kolekcji Czapskiego. Obydwaj panowie podali treść legend łącznie ze znakami interpunkcyjnymi; Gumowski podaje numery z katalogu Czapskiego, ale czasem opisy są sprzeczne (łącznie z AVGVSTVS / AUGUSTUS).
Porządkując zdjęcia i przypisując monetom z mojego zbioru numery katalogowe Gumowskiego, Czapskiego, Kamińskiego staram się te sprzeczności weryfikować i (jeśli to tylko mozliwe) korygować.
Żmudna robota.

Przy okazji zaczynają się pojawiać pierwsze istotne spostrzeżenia. Na przykład:

Dwa szelągi z rocznika 1753 z literką A pod herbami (Czapski 2835, Gumowski 62). Ewidentne różnice w rysunku rewersu - kształt i wielkość tarczy herbowej (zwłaszcza herb Saksonii). To słabo pasuje to takiej małej teoryjki, którą zasugerowałem na Allegro. Według niej literki mogły by być wyróżnikami poszczególnych warsztatów wchodzących w skład mennicy (coś na kształt oficyn w mennicach rzymskich). No chyba, żeby były to warsztaty na tyle duże, by korzystać z większej ilości punc do stempli. Albo druga możliwość - stemple wytwarzano centralnie, rozporowadzano między warsztaty, a dopiero te znaczyły stemple swoimi literkami - wyróżnikami.

Jeszcze dwa zdjęcia:


Tu z kolei rzuca się w oczy duże podobieństwo obu monet do siebie (pomimo, że to różne roczniki). Tarcze herbowe są ładniej zakomponowane, a elementy herbów (orzeł, Pogoń) nie tak prymitywnie naszkicowane, jak na monetach z literką A. Najwyraźniej stemple szelągów bez liter wyszły spod innej ręki.

P.S.
Od 29 stycznia 2020 moja książka "Miedziane monety koronne Augusta III" jest dostępna tu:
https://ridero.eu/pl/books/miedziane_monety_koronne_augusta_iii/



Jak widać praca niezwykle ciekawa, choć jak już wspomniałem monotonna i nużąca. Konieczne są więc przerwy. Pogoda spsiała i spacery nie należą teraz do przyjemności ale na szczęście kupiłem sobie nową książkę. Zawsze lubiłem Lema, zawsze lubiłem Mrożka, więc kiedy zobaczyłem na półce tomiszcze z lakonicznym tytułem "Lem Mrożek Listy" sięgnąłem i uruchomiłem standardową procedurę testową.
Otwiera się książkę w trzech losowo wybranych miejscach i czyta drugie zdanie od góry po prawej stronie. Zakup zależy od wyniku testu:
  • żadne ze zdań mi się nie podoba, ani mnie nie zainteresowało - książka zostaje w księgarni, 
  • jedno zdanie dobre, dwa złe - książka zostaje w księgarni,
  • dwa zdania dobre - książka zostaje w księgarni, ale postaram się ją wypożyczyć - kiedy przeczytam i mi się spodoba, to być może ją kiedyś kupię,
  • trzy zdania dobre - idę z książką do kasy.
Trafiłem na takie zdania:
"Ha, ha" - oczy płoną, wyją jego biedne płuca z nagarem.
 W ten sposób patrzysz sobie na Ojca Świętego i od razu wiesz, jaka temperatura.
 Z powodu braku kobiet odpowiednich, życia seksualnego wewnątrz sympozjum nie było.
I jak tu tego nie kupić?

P.S.
59,90 PLN!


czwartek, 6 października 2011

H, jak Hertel



Dzisiejszy wpis sponsoruje literka H.

Pan Edmund Kopicki w czwartej części tomu dziewiątego "Katalogu podstawowych typów..." umieścił w rozdziale 7.2. "Znaki osób funkcyjnych i inne o róznym przeznaczeniu" następujący zapis:
" H - litera serii na szelągach koronnych 1752-1755 z mennicy gubińskiej".
Podobny zapis (litera serii) pojawia się w tej części katalogu wielokrotnie, bo jak wiadomo, na szelągach Augusta III literek o niewyjaśnionym znaczeniu jest cała masa. Pozostańmy jednak przy literze H.


Grosze koronne Augusta III z lat 1754 i 1755 z literą H pod herbami. 

Co wyróżnia literę H spośród tej masy? Taki mianowicie szczegół, że jako jedyna, litera ta pojawia się również na groszach z gubińskiej mennicy wybitych w latach 1754 i 1755. Szczegół ten, z nieznanych powodów E. Kopicki we wspomnianej części katalogu pominął.

Jak wiadomo, miedziane szelągi koronne Augusta III bito w trzech saskich mennicach. Najpierw w 1749 r. w Dreźnie powstała emisja "testowa". Po sprawdzeniu, że Polacy akceptują nowy pieniądz (może dlatego, że był podobny do boratynek?) następne, masowe już nakłady wybito w Gruntalu (Grünthal) i w uruchomionej specjalnie mennicy w Gubinie (Guben) położonym znacznie bliżej granic Polski.
Na temat tych mennic w tomie dziewiątym katalogu E. Kopickiego (część pierwsza) są oczywiście wzmianki.
Dowiadujemy się z nich, że mennica w Gruntalu za panowania Augusta III biła "miedziane szelągi dla Korony", a jej mincmistrzem w latach 1752-1755 był Jan Gotthelf.
O mennicy w Gubinie napisano podobnie. Mennica wybijała "miedziane szelągi dla Korony" w latach 1751-1755 i w roku 1758. O groszach ani słowa.
Kopicki podaje też, że mennicą zarządzał baron Stein, ale nie dodaje do tego żadnych nazwisk mincmistrzów medalierów -twórców stempli.
Tej informacji brak też w pracy M. Gumowskiego "Gubin i jego mennice".
Najwyraźniej lepszy dostęp do materiałów niemieckich miał T. Kałkowski, bo w jego świetnym "Tysiącu lat monety polskiej" znalazła się wzmianka, że zarząd mennicy w Gubinie objęli F. Hertel i baron von Stein. Mennicą w Gruntalu kierował baron von Unruh.
Potwierdzenie wiadomości Kałkowskiego znalazłem w książce Helmuta Kahnta "Die Münzen Friedrich Augusts II. von Sachsen/Polen 1733 – 1763".
Na ostatniej pozycji tej listy znalazł się Friedrich Ernst Hertel - mincmistrz gubiński w latach 1754-1755.

Stawiam tezę, że H na groszach Augusta III, 
to litera mincmistrza Hertela. 

Teza ta może mieć wiele implikacji. Można na przykład przeanalizować grosze z lat 1754-1755, porównać awersy i punce tarcz herbowych na rewersach i sprawdzić czy jest jakaś korelacja między ich wariantami, a znakiem pod tarczami (litera H albo cyfra 3).

Nasuwa się teza kolejna, że grosze z H są z Gubina, a z trójką z Gruntalu, ale może się okazać, że prawda jest bardziej skomplikowana.

Na tym zabawa się nie skończy, bo mamy przecież jeszcze szelągi z tymi wszystkimi tajemniczymi literkami. Może kiedy grosze pozwolą ujawnić swoje tajemnice, będzie można snuć jakieś przypuszczenia co do miejsca pochodzenia poszczególnych odmian szelągów?

Na razie w "Ilustrowanym skorowidzu pieniędzy polskich..." E. Kopickiego pozostają przy szelągach i groszach niejednoznaczne zapisy /Gub. Grünt./.
Gdzie wybito tego szeląga?
Czy to H, to też znak F. E. Hertela?



czwartek, 29 września 2011

Wystawy

„To nie Fenicjanie wynaleźli pieniądze”

W Olecku, w siedzibie Oleckiego Stowarzyszenia Aktywnych "Zamek" można do 21 października 2011 r. (zostało mało czasu!) obejrzeć wystawę numizmatyczną.
Antyczne monety chińskie, greckie, rzymskie i bizantyjskie udostępnił Pan Zdzisław Bereśniewicz.

"Pieniądz rządzi... 
Bogactwo złotem, srebrem i miedzią mierzone"


Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi z okazji 60-lecia swego istnienia zaprasza na ekspozycję numizmatów ze zbiorów własnych.
Na wystawie można zobaczyć kilkadziesiąt skarbów monet starożytnych, średniowiecznych i nowożytnych.



Złoty Poczet Królów Polskich
 
ze zbiorów Narodowego Muzeum Historii Ukrainy w Kijowie.
Wystawa z cyklu „Stanisław August – Mecenas i Kolekcjoner” Otwarcie: 26.11.2011 w Pałacu na Wyspie w Łazienkach Królewskich.
Na wystawie w Pałacu na Wyspie będą prezentowane złote medale wybite w przez Mennicę Warszawską na zlecenie Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Projekty wykonali na podstawie portretów królów polskich namalowanych przez Bacciarellego medalierzy Jan Filip Holzhäusser i Jan Jakubi Reichel.
Pokazane zostaną też oryginalne stemple medali (ze zbiorów Gabinetu Numizmatycznego Mennicy Polskiej SA).


Warto poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z tymi wystawami.
A może w Waszej okolicy tez można zobaczyć coś ciekawego? Proszę o sygnały.

poniedziałek, 26 września 2011

Przegląd Numizmatyczny 3/2011

Po uważnej lekturze pierwszego tegorocznego numeru Przeglądu Numizmatycznego zadecydowałem, że numer drugi kupie tylko pod tym warunkiem, że zauważę wyraźną poprawę jakości.
Krótkie oględziny przy półce w Empiku sprawiły, że czasopismo na tej półce pozostało.
Po tych doświadczeniach i po lekturze wpisu na blogu DagonX do półki z PN podchodziłem, jak pies do jeża. Podszedłem, przejrzałem numer 3/2011 i... udałem się z nim do kasy.

Fakt, część zastrzeżeń kolegi (i moich sprzed pół roku) potwierdziła się. Kwartalnikowi bardzo brakuje profesjonalnej redakcji tekstów. Część katalogowa rzeczywiście zajmuje zbyt dużo miejsca, ale ja bym jej całkowicie nie wyrzucał. W popularnych u nas miesięcznikach niemieckojęzycznych katalog też pojawia się w każdym numerze, ale stanowi znacznie mniejszą część całości. Redakcja Przeglądu mogłaby zastanowić się nad zmniejszeniem czcionki i upakowaniem lustrzanek w tabele, podobnie do części dotyczącej monet obiegowych. Było by więcej miejsca na ciekawe teksty merytoryczne.

A tych w ostatnim numerze PN jest więcej, niż w poprzednim. To oczywiście subiektywne odczucie. Po prostu bardzo zainteresowały mnie:
  • pierwsza część opracowania dotyczącego zbroi, w których prezentują się
    władcy na monetach,
  • list prof. Paszkiewicza do ministra Zdrojewskiego,
  • pierwsza część cyklu poświęconego kolekcjonowaniu monet antycznych.
     
Wygląda na to, że kupię i kolejny Przegląd, bo dwa z wymienionych artykułów maja być kontynuowane.
Pan Bohdanowicz, po ukończeniu cyklu propagującego kolekcjonowanie monet keszowych tym razem zajął się antykiem. Tematyka i umiejętność skupienia się na sprawach najistotniejszych połączona z żywym językiem sprawiają, że czyta się to świetnie. Pod tezami Pana Pawła podpisuje się obiema rękami (pewnie dlatego tak mi się ten tekst podoba).

Teraz pochwalę się  następnym nabytkiem, który dotarł do mnie w piątek.
Półtorak Zygmunta III Wazy, rocznik 1616, w katalogu półtoraków opracowanym na forum TPZN numer B.16.6.b.
Uwagę zwracają odwrócone litery N w legendzie rewersu. Przy bliższych oględzinach...
widać, a przynajmniej tak mi się wydaje, że takie odwrócone N to nie pomyłka powstała przy składaniu litery z trzech uderzeń puncy z kreską I. Wygląda na to, że pomyłkę popełniono przy obróbce puncy N. A może to nie pomyłka, tylko XVII-wieczne liternictwo dopuszczało taki kształt litery N?
W każdym razie takiego wariantu w zbiorze nie miałem, a teraz już mam. Kolejny powód do radości.

Żeby jeszcze trafić te 50 Mzł w Lotto.



niedziela, 25 września 2011

Gdzie te trójki?

Codziennie dostaję wiadomość e-mail z linkami do nowych aukcji Allegro, które mogą okazać się interesujące. Wiadomość wysyła mi oczywiście Allegro - wystarczą odpowiednie ustawienia w zakładce "Moje Allegro - moje zakupy - ulubione - kryteria wyszukiwania".
Niedawno, wśród potencjalnie interesujących aukcji pojawiła się taka szeląg 1763 Toruń August III -100%oryginał.

Patrzę na zdjęcia i tak sobie myślę - gdzie te trójki? To, że nie widać trójki w dacie, to nic takiego dziwnego. Moneta zachowana tak sobie, może ta trójka siedzi pod brudem, może jest niedobita, może się wytarła. Ważniejszy jest brak drugiej trójki. Tej, która powinna być częścią królewskiego inicjału. Tej, którą dobrze widać na przykład na takiej monecie:
 szeląg toruński Augusta III Sasa z roku 1761

Uśmiechnąłem się do siebie, ustawiłem limit w snajperze i poszedłem spać. Podobnie zrobiły jeszcze dwie osoby (co widać w wykazie "strzałów"), ale to mój limit okazał się zwycięski.
Poczta dostarczyła monetę. Awers wygląda tak:
Widać różnicę? Trójki nie ma! Ani jednej.
Przecież ten inicjał, to nie A3R - Augustus 3 (III) Rex tylko SAR - Stanislaus Augustus Rex!
Teraz  rzut oka na datę - miała być trójka, jest piątka, co nie dziwi, bo od koronacji 25 listopada 1764 r. królem Polski był Stanisław August Poniatowski.


Po śmierci Augusta III (5.10.1763 r.)  niepokoje związane z przyszłymi losami Rzeczpospolitej nasiliły się. Nasiliły się, bo przecież zaczęły się znacznie wcześniej. Jeszcze za życia Augusta III, stronnictwo Czartoryskich gotowe było do zamachu stanu i do współdziałania z Rosją w celu koronowania swojego przedstawiciela.
Katarzyna II postanowiła jednak wstrzymać zamiary konfederatów, ale po śmierci Wettyna czynnie wspomagała elekcję Poniatowskiego na polski tron.

Jak wiadomo, podczas panowania Augusta III, mennice koronne praktycznie nie funkcjonowały. Monety koronne bito w mennicach saskich. Trzy mennice miejskie rozpoczęły bicie monet dopiero po dwudziestu latach od wstąpienia króla na tron. Najpierw Gdańsk (1753), później Elbląg i Toruń (1760). Te trzy mennice kontynuowały działalność po koronacji Poniatowskiego. W Toruniu, nowy dyrektor mennicy Szymon Bruckmann (dawniejszy wardejn miejski) zmienił tylko cyfrę królewską na awersach szelągów oraz trojaków i umieścił portret Poniatowskiego na szóstakach. Innych nominałów w Toruniu nie bito.
Toruń planował przeprowadzenie reformy monetarnej, która miała między innymi polegać na zastąpieniu grzywny krakowskiej kolońską. Do reformy nie doszło, bo nowy król również miał w planach reformy monetarne i plany te zaczął wprowadzać w życie. Początkowo planował wynajęcie toruńskiej mennicy miejskiej i stworzenie na jej bazie centralnej mennicy koronnej. Przeprowadzono analizy, podjęto wstępne rozmowy z toruńskim magistratem ale wkrótce, po uruchomieniu mennic w Krakowie i Warszawie, król nakazał zamknięcie mennic miast pruskich. Protesty nie zdały się na nic. Ostatnie monety SAP w Toruniu wybito w roku 1765.


Co prawda Karol Plage nie uznał toruńskiego szeląga Stanisława Augusta za monetę rzadką (skatalogował cztery odmiany różniące się szczegółami rysunku i ozdobnikami), ale inni autorzy są zgodni w opiniach. Toruńskie szelągi Poniatowskiego są monetami rzadkimi. Tyszkiewicz wycenił je na 4 marki, to jest dwukrotnie więcej od trojaka "w zbroi", trzynaście razy więcej, niż szeląga toruńskiego Augusta III z 1763 r i o pół marki więcej, niż szeląga toruńskiego Augusta III bitego w czystym srebrze. Berezowski ocenił szeląga 1765 na 15 złotych czyli dwukrotnie wyżej, niż sześciozłotowego talara z 1794 r.


Toruńskie szelągi Poniatowskiego rzadko pokazują się na rynku. W archiwum WCN znalazłem tylko trzy notowania. Na Allegro ostatnio pokazała się ta moneta tylko raz - wariant z szerokim herbem miasta poszedł za przeszło 1000 zł (stan 3).
To właśnie dlatego, pomimo słabego stanu zachowania, postanowiłem kupić tę monetę. Następna okazja tak prędko się nie trafi.

środa, 21 września 2011

Kilka ciekawych aukcji

Najpierw ta najświeższa.

Pamiętacie "pokrakę"?

  

Czas robi swoje i właściciel tej niezwykłej monety spuścił z tonu i wystawił ją ponownie. 
Tym razem bez minimum. Zalicytowałem, dlaczego by nie, ale poległem. Poszła za 46,50 euro. 

Moneta "bez otworu ale z otworem"
Bardzo ciekawy destrukt. Firma gradingowa NGC opisała monetę jako "struck 5% off center, mint error" oceniając stan na AU55, czyli niemal menniczy. Zastanawiające, że średnica otworu jest mniejsza, niż na zwykłych pięciogroszówkach GG.
Na środku awersu pięknie widoczne jest gładkie pole - miejsce na wybijanie otworu.
Monetę wystawiono z ceną wywoławczą, ale pomimo dużego zainteresowania nie znalazł się chętny. Ciekawe, co będzie się działo dalej.

Trzy inne, rzadkie i piękne polskie monety, które sprzedano wczoraj na Allegro to
  • 2 złote 1813 Moneta w oblężeniu Zamościa, Kopicki 8450b - 3550,00 zł
  • powstańczy dukat 1831, NGC AU58 - 6101,00 zł
  • Zygmunt III Waza, talar koronny 1631 - 3033,00 zł
To oczywiście monety z tzw. górnej półki, ale i wśród tych tańszych trafiają się ciekawe egzemplarze .

18 września zakończyła się licytacja bardzo rzadkiej dziesięciogroszówki z roku 1840 - najwcześniejszy wariant, bity stemplem rewersu ciętym "od ręki".

Ciekawą monetę wypatrzył też na Allegro granit01 i podzielił się swoim odkryciem na forum http://allegro.pl/phorum/read.php?f=274&i=189663&t=189663
Jak widać, nawet wśród zdawało by się bardzo dobrze opisanych monet można natrafić na coś nowego.




niedziela, 18 września 2011

Giełdy staroci.

Przenosząc kolejne felietony na moją nową stronę czytam uważnie każdy z nich. Choćby po to, żeby dodać - gdy to konieczne - wyjaśniające komentarze.
Ostatnio były to dwa teksty dotyczące różnych źródeł i źródełek dostarczających kolejnych eksponatów do naszych kolekcji. Do omówienia aukcji (internetowych i tradycyjnych) niewiele można dodać. W zasadzie dziś napisał bym coś bardzo podobnego. Z tekstem drugim (chronologicznie jednak pierwszym) jest inaczej.

8 lat temu napisałem:
"Najbardziej lubię monety, które uzyskałem drogą "polowania". Tutaj dominują trzy z wymienionych sposobów - grzebanie w przepastnych skrzynkach z "badziewiem" na targach staroci i w niektórych sklepach (pozdrowienia dla Pana Jana), spacery z wykrywaczem i saperką oraz polowanie na okazje na aukcjach internetowych."

Z tego akapitu aktualny jest tylko początek - pierwsze zdanie i końcówka zdania ostatniego. Polowanie, to jest to, co tygrysy lubią najbardziej.
Wrodzone lenistwo sprawia, że nie jestem stałym bywalcem targów staroci. Bywam na nich tylko przy sprzyjających zbiegach okoliczności (pogoda, brak innych zajęć...). Tak też było i dzisiaj. W planach miałem długodystansowe bieganie - półmaraton mniej więcej, ale...
obudziłem się ciut za późno, słońce było wysoko, a słupek termometru wystawał mocno ponad 20 stopni. Jak dla mnie - zbyt wysoko na planowany dystans. Jeszcze sobie w tym sezonie pobiegam. Wobec powyższego po śniadanku pojechałem do Dąbrowy Górniczej. W każdą trzecią niedzielę jest tam duża giełda staroci.
Stoiska zajmują dużą część parku w samym centrum miasta. A na stoiskach wszystko. Potrzebny Wam wypchany struś? Jest struś! Są Kossaki, Fałaty, pepesze, moździerze, makatki, czajniki, kieliszki, sztućce, lampy, znaczki, monety, medale, szafy, płyty, książki...
Monety. Przeważają "produkty kolekcjonerskie" - lustrzanki, tzw. GieEny i "dukaty" lokalne. Mijam je bez żalu. Później mamy PRL - ty mam jeszcze kilka braków, ale nie w sensie jakiegoś konkretnego rocznika/nominału. Poluję na dwie czy trzy odmiany, o których wiem, że istnieją, a jakoś nie udaje mi się ich dopaść. Dalej jest II RP - Nike 32 ani "głębokiego sztandaru" na targu nie kupię. Aż takim optymistą nie jestem. Przerzucam klaserki wypatrując jakichś ciekawostek, ale nic nie znajduję. I tak już chyba od dwóch lat.
Sprzedawców oferujących monety starsze jest niewielu, a oferta skromniutka. I znów - nie znalazłem ani nic z tego, czego teraz szukam, ani nie trafiłem na nic, co przyspieszyło by mi puls.
Żeby nie wracać z pustymi rękami kupiłem kilkanaście miedziaków "z pola". Co na prawdę kupiłem, okaże się dopiero po czyszczeniu.
 Kolejny raz wróciłem z giełdy staroci z przeświadczeniem, że to już nie to. I pewnie za jakiś czas, przy sprzyjającym zbiegu okoliczności kolejny raz pojadę zapolować na jakąś giełdę. Taka choroba.

Po śmierci Pana Jana Mączki zniknął niestety mój ulubiony katowicki sklep numizmatyczny. Do innych jakoś nie mogę się przekonać. Zresztą mam teraz znacznie mniej okazji do bywania w Katowicach (i innych miastach) w godzinach otwarcia takich przybytków. Praca, praca, praca...

Spacery z wykrywaczem i saperką od pewnego czasu stały się, jakby to powiedzieć... emocjonujące inaczej.Mniej emocji z powodu tego, co w trawie piszczy, więcej z powodu, że grozi to bardzo poważnymi konsekwencjami prawnymi. A na nocne szychty, to ja juz chyba za stary jestem.

Pozostaje, a właściwie nie pozostaje, a wyrasta na lidera w tej klasyfikacji, źródło ostatnie - polowanie w sieci.  Tu możliwości rosną, bo przy odrobinie wysiłku można operować nie tylko na Allegro, czy eBay. Jest na świecie wiele lokalnych serwisów aukcyjnych. Są oferty mnóstwa firm. Są portale w rodzaju MA-Shops.
Ostatnie dwa moje sieciowe zakupy zrobiłem na Allegro i w internetowym sklepie WCN. Gdy monety dotrą do mnie powstanie kolejny odcinek z cyklu "moje monety". Szczególnie ciekawie zapowiada się zakup z Allegro.


niedziela, 11 września 2011

Pierwsze urodziny.

Wczoraj minął rok od publikacji pierwszego wpisu na tym blogu.

Statystyka:
  • Wpisów - 74 (więcej, niż jeden na tydzień).
  • Komentarzy - 142 (liczyłem na więcej).
  • Pełna historia wyświetleń stron - 36 689 (na początek - OK).
  • Liczba wyświetleń stron w ostatnim miesiącu - 3 366 (od stycznia 2011 mniej więcej na stałym poziomie).
  • Najpopularniejszy wpis - 10 groszy 1923 - aneks do katalogu specjalizowanego (1527 wyświetleń,  10 komentarzy).
  • Liczba wyświetleń stron według krajów
    Polska 33749
    Wielka Brytania 479
    Niemcy 468
    Irlandia 263
    Stany Zjednoczone 212
    Rosja 153
    Ukraina 132
    Szwecja 115
    Austria 104
    Kanada 101
  • Liczba wyświetleń stron według przeglądarek
    Firefox 19 046 (52%)
    Internet Explorer 8 569 (23%)
    Opera 3 257 (8%)
    Chrome 3 107 (8%)
    Apple-PubSub 1 628 (4%)
    Safari 836 (2%)
    Mobile Safari 27 (<1%)
    Iceweasel 26 (<1%)
    Flock 13 (<1%)
  • Liczba wyświetleń stron według systemów operacyjnych
    Windows 32 531 (93%)
    Linux 811 (2%)
    Macintosh 783 (2%)
    Other Unix 443 (1%)
    HTC 39 (<1%)
    Android 28 (<1%)
    Nokia 11 (<1%)
    iPhone 9 (<1%)
    iPad 7 (<1%)
    SonyEricsson 6 (<1%)
Oprócz tego kilkadziesiąt e-maili na prywatne konto z pytaniami, uwagami i sugestiami dotyczącymi treści wpisów.

I statystyki i Wasz odzew mobilizują mnie do utrzymywania i aktualizowania bloga. Będę się starał, by wpisów było  więcej i by były jeszcze ciekawsze.

Wakacje wybiły mnie trochę z rytmu. 5 tygodni urlopu to rzecz wspaniała, ale powrót do codziennych obowiązków nie jest łatwy i wymaga trochę czasu.
Przed urlopem zacząłem przygotowywać materiały do większego tekstu poświęconego szelągom Augusta III.
Porcelanowa figura króla Augusta - Muzeum Narodowe w Gdańsku

Te małe, miedziane monetki pełniły w drugiej połowie XVIII wieku rolę podobną do o stulecie wcześniejszych boratynek. Od poprzedniczek różnią je kwestie techniczne i miejsca wytwarzania. Wszystkie bito poza granicami Rzeczpospolitej. I nie tyle bito (bo to nie była już ręczna robota z użyciem młotków i stempli trzymanych w rękach), co tłoczono. Wszystko wskazuje na to, że szelągi produkowano przy użyciu bardziej skomplikowanych urządzeń menniczych.
Korzystano z mennic saskich, co znacząco utrudnia, a może nawet uniemożliwia dotarcie do archiwaliów. A w nich może kryć się rozwiązanie największej zagadki związanej z szelągami Augusta III Sasa - tajemniczych literek umieszczanych na rewersach, poniżej tarczy herbowej. M. Gumowski napisał w swoim Podręczniku numizmatyki polskiej (Kraków, 1914), pisownia oryginalna:
"Z tego też roku (1753) jak i z 1752 pochodzi najwięcej odmian tych monet, polegających na umieszczeniu rozmaitych liter między tarczami. Litery te, obejmujące prawie cały alfabet, oznaczają niewytłómaczone dotąd jakieś serye monet" 
Trzydzieści osiem lat później Profesor Gumowski opublikował artykuł "Gubin i jego mennice" (Księga pamiątkowa 75 lecia Towarzystwa Naukowego w Toruniu). Mimo upływu czasu, literki na szelągach nadal pozostały tajemnicą.


czwartek, 8 września 2011

Internetowe fora numizmatyczne

Kiedy zaczynałem poznawać internet, wszystko w nim było dla wszystkich (no może , prawie wszystko) i na dodatek za darmo.

Coś z ducha tamtych czasów spotykamy dziś na wszelkiego rodzaju listach dyskusyjnych, grupach zainteresowań, czy też forach internetowych.
To świetne miejsca dla uzyskania informacji, pomocy w identyfikacji monet, dla pochwalenia się okazami ze swoich kolekcji, dla publikowania własnych przemyśleń i prac.

Dziś przedstawię całkowicie subiektywny i daleki od kompletności wykaz/ranking takich stron, które mam na swojej liście niezbędnych linków.

POLSKA

Miejsce trzecie:  e-numizmatyka

Duże, aktywne forum z wieloma działami. Kiedyś aktywnie udzielałem się na nim, najpierw społecznie, pomagając w identyfikacji i wycenie monet. Później dodatkowo "etatowo" moderowałem całość (niezapomniane przeżycie - kto tego nigdy nie robił, nie zna życia). 

Miejsce drugie: Allegro

Forum równie aktywne i równie eklektyczne. Od rewelacyjnych opracowań tworzonych indywidualnie i zespołowo, przez literaturę faktu, aż po karczemne awantury. Dzięki numizmatycznej kafejce (sorry, teraz mówi się dzięki społeczności) powstało wiele ważnych publikacji numizmatycznych. Kwintesencja w przyklejonym wątku.

To największa porażka Allegro - "Cafe Allegro" zlikwidowano razem z całym archiwum. Posunięcie haniebne. Przepadło wszystko - od bezsensownych kłótni, pytań (i odpowiedzi) na żenującym poziomie po wątki i dyskusje bardzo ważne dla polskiej numizmatyki. Pozostało tylko to, co użytkownicy cafe zarchiwizowali na swoich komputerach.

Miejsce pierwsze: TPZN

Merytoryczne - to pierwsze określenie, które mi się nasuwa. To nie jest forum dla kolekcjonerów "monet" kolekcjonerskich.  Najciekawiej jest w dziale poświęconym monetom antycznym, ale kolekcjonerzy monet rodzimych też znajdą coś ciekawego dla siebie. Ostatnio forumowicze tworzyli (i tworzą nadal) katalog półtoraków - warto zajrzeć.
Dodatkowo, TPZN wydaje w trybie kwartalnika bardzo ciekawy biuletyn.


RESZTA ŚWIATA

Miejsce siódme: http://forums.collectors.com

Duże forum amerykańskie. Najobszerniejszy dział, to oczywiście monety USA, ale reszta świata też jest dobrze reprezentowana. Są też działy pozanumizmatyczne.


Miejsce szóste: http://www.lamoneta.it

Forum włoskie. Przeglądanie wymaga wcześniejszej rejestracji, ale warto. Dużo ciekawych informacji (m. innymi  na temat falsyfikatów Rzymu).


Miejsce piąte: http://zloty.su

Rosyjskojęzyczne forum kolekcjonerów polskich monet.



Miejsce czwarte: http://www.coinpeople.com

Wiele działów. Najczęściej zaglądam do bardzo obszernego działu na temat monet Rosji.


Miejsce trzecie:  http://www.numismatikforum.de

Forum niemieckie,  bardzo rozbudowane. Znakomite miejsce dla poszukiwań informacji o monetach średniowiecznych Niemiec. Bardzo obszerny dział monet rzymskich.



Miejsce drugie: http://www.cointalk.com

Moja ulubiona sekcja tego forum, to Error Coins


Miejsce pierwsze: http://www.forumancientcoins.com

Klasa sama dla siebie. Obowiązkowy przystanek dla kolekcjonerów monet antycznych. Warto zajrzeć do działu poświęconego czyszczeniu i konserwacji.


Opisy może lakoniczne, ale warto sprawdzić każdą z tych stron,  zorientować się w tematyce wątków i ocenić jakość dyskusji.

Na monetach świat się nie kończy - bywam też na forach użytkowników Kubuntu,  na forum fotograficznym (Fujifilm Klub Polska), bywam u "Poszukiwaczy skarbów" i u kajakarzy. Po prostu, kiedy potrzebne mi informacje na jakiś temat, to znajduję najbardziej prężne forum z tej dziedziny, przeszukuję je i albo znajduję odpowiedź, albo rejestruję się i grzecznie pytam. Zazwyczaj nie czekam długo na odpowiedź.
I jeszcze jedno - wypada czasem dać coś od siebie, więc kiedy pojawia się na forum pytanie, na które znam odpowiedź - piszę.

Aktualizacja 2021.12.05
Opis zmian, które zaszły w tej dziedzinie w ciągu dziesięciu lat:
https://zbierajmymonety.blogspot.com/2021/12/internetowe-fora-numizmatyczne-po.html


niedziela, 4 września 2011

Archiwum felietonów numizmatycznych.

Przez sześć lat, od czerwca 2002 do czerwca 2008 na portalu e-numizmatyka.pl publikowałem "artykuły numizmatyczne". Artykuł to słowo "duże", bardziej właściwe będzie nazwanie moich tekstów felietonami.

    Powstawały w zbożnym celu popularyzacji numizmatyki rozumianej jako kolekcjonowanie monet. Miały bawić ucząc i uczyć bawiąc.
Sądząc po obfitości korespondencji, którą otrzymywałem po każdym tekście i po pytaniach dotyczących ich treści, które stale otrzymuję (po dwóch latach od publikacji pożegnalnego felietonu!) cele zostały osiągnięte.

    Co jakiś czas trafiają do mnie prośby o pomoc w dotarciu do któregoś z tekstów. W miarę możliwości pomagam, ale przy tej okazji widzę, że część felietonów zniknęła, z części pozostały tylko fragmenty, w niektórych brak zdjęć. Przy okazji wiosennych porządków na dysku mojego komputera strawiłem godzinkę na przejrzenie archiwum felietonów i stwierdziłem, że warto by udostępnić je wszystkie w jednym miejscu. Przed wakacjami dostałem ofertę umieszczenia moich prac na jednym z popularnych serwisów numizmatycznych. W tej sytuacji uznałem, że pora na działanie. Zacząłem od wystąpienia o zgodę do właściciela portalu e-numizmatyka.pl - spółki INWESTYCJE ALTERNATYWNE PROFIT SPÓŁKA AKCYJNA (dawniej Express M Sp. z o. o.). Pan Prezes Mirosław Mejer zgodę wyraził - strona właśnie powstaje.

    Sukcesywnie, co kilka dni będę dodawał kolejne felietony zachowując oryginalny tekst, zdjęcia, porządek chronologiczny, w miarę możliwości podając linki do tekstów zachowanych na e-numizmatyce i aktualizując linki występujące w treści felietonów (jeśli to tylko możliwe).

Zapraszam więc serdecznie do odwiedzin
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/

wtorek, 30 sierpnia 2011

Dziś tylko kilka linijek...

bo po pięciotygodniowym urlopie nazbierało się mnóstwo rzeczy do zrobienia.

Jedną z nich było przeczytanie zaległej poczty i napisanie odpowiedzi na listy oraz e-maile, które długo, długo czekały (komputer też miał urlop, podobnie jak telewizor i codzienne gazety).
Kolejną rzeczą było nadrobienie zaległości w czytaniu dyskusji na internetowych forach, które zwykle odwiedzam. Zauważyłem, że w zeszłym roku, mimo krótszego ciut urlopu, ominęło mnie znacznie więcej ciekawych dyskusji. Najwyraźniej nie tylko ja postanowiłem odpoczywać.

Z rzeczy godnych polecenia dwie moim zdaniem najciekawsze:

Na obróbkę czekały też dwie karty pamięci ze zdjęciami zrobionymi w czasie urlopu.


Jest jeszcze jedna przyczyna powodująca, że nie mam teraz zbyt wiele czasu dla bloga (chwilowa). Kilka dni przed urlopem poczyniłem kroki do uruchomienia jeszcze jednego projektu, który chodził mi po głowie od pewnego czasu. Rezultaty pokażę podczas najbliższego weekendu.

Printfriendly